Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T3.djvu/082

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I tak się zaczął prędko romans klecić,
       30 Że chciałem do niéj przez kaskadę lecić;
Bo się lękałem, że jak widmo blade
Nim dusza ze snu obudzona krzyknie;
Upadnie w przepaść, w tęczę i w kaskadę,
I rostopi się i zgaśnie i zniknie;
       35 I byłem jak ci co się we śnie boją,
Bo jużem kochał, bo już była moją.
I tak raz piérwszy spotkałem ja samą,
Pod jasną tęczy różno farbrnéj bramą;
Powiew miłości owiał mię uroczy.
       40 Stanąłem przed nią i spuściłem oczy.


III.

Poszedłem za nią przez góry, doliny,
I szliśmy razem u stóp téj lawiny,
Gdzie śnieg przybiega aż do stóp człowieka
Spłaszczoną płetwą, jak delfin olbrzymi;
       45 Para mu z nozdrza srebrzystego dymi,
A Rodan z paszczy biękitnéj ucieka.
Pamiętam chwilę... poranek był skwarny.
Tameśmy szmerem spłoszyli dwie sarny;
Te jakby szczęścia ludzkiego świadome,
       50 Stanęły blisko, złote, nieruchome;
I utopiły oczów błyskawice,
W kochanki mojéj błękitne zrennice;
I długo patrząc, nieruchome obie,
Głowy promienne pokładły na sobie:
       55 Rzekłem: — one się zakochały w tobie!
Rzekłem — i za to z ust zamkniętych skromnie,
Najpiérwszy uśmiech jéj przyleciał do mnie,
Przyleciał szybko i wrócił z podróży,
Do swego gniazda, do pereł i róży;
       60 A gdy zobaczył że oczów nie mrużę,
Całą jéj białą twarz zamienił w róże.
A wiecie? ani tak za serce chwyta,
Rumieniec kwiatu co świéżo roskwita;
Ani tak oko wedrowca zachwyca,