Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T3.djvu/083

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


       65 Gór nad Alpejskich śnieżysta dziewica,
Kiedy od słońca różane ma lica:
Jak ten rumieniec bez wstydu i grzéchu,
Co się na twarzy urodził z uśmiéchu.


IV.

Odtąd szczęśliwi byliśmy i sami,
       70 Płynąc szwajcarskich jezior błękitami
I nie wiém czy tam była łódź pod nami;
Bom z duchy prawie zaczynał się bratać,
Chodzić po wodach i po niebie latać,
A ona tak mię prowadziła wszędzie!
       75 Ach! ona była jak białe łabędzie,
Była jeziora błękitnego panią;
Płynęła lecąc — łódź leciała za nią,
Za łodzią jasność szafirowym szlakiem.
Za tą jasnością rybek korowody,
       80 I wyrzucały się aż do niéj z wody;
I takimeśmy płynęli orszakiem,
Uśmiéchając się w błękitu krainie.
Bo ona była jak wodne Boginie:
Miała powozy z delfinów, z gołębi,
       85 I kryształowe pałace na głębi,
I xiężycowe korony w noc ciemną...
I mogła była co chce zrobić ze mną.


V.

Raz — że nie była niebieskim aniołem
Myślałem całe długie pół godziny,
       90 Wyspowiadałem się potém z téj winy —
Słuchajcie! — Oto przed Tela kościołem,
Piérwsza na kamień wyskoczyła płocha,
I powiedziała mi w głos że mnie kocha,
I odesłała mnie znów na jezioro;
       95 Łódkę mą piersią odtrąciwszy białą...
A ja — ach nie wiém co się ze mną stało!
Czy mnie anieli do nieba zabiorą,
Czy grzmiące fale jeziora pochłoną,
Czy uśmiéchami rozrywa się łono,