Wędrujący sak

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Wędrujący sak
Pochodzenie Monologi. Serya druga
Wydawca Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Data wydania 1898
Druk Drukarnia Artystyczna S. Sikorskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Franciszek Kostrzewski
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


Wędrujący sak.


Klemens Junosza - Monologi. Serya druga ilustracja 125.png



Nic łatwiejszego niema na świecie, jak omylić się, zrobić omyłkę.
Ja czasem się mylę, państwo często się mylą, nawet w tej chwili też są w błędzie.
Naprzykład, patrząc na mnie, na moją osobę, na moją słowiańską twarz, brodę à la Mierzwiński, na moje okulary, tuszę; widząc, że jestem ubrany elegancko, że mam ładne futro od bober, nowiutki cylinder prosto z pod żelazka, że posiadam chustkę na szyi, rękawiczki, dwa nowe kalosze, jeden mało używany parasol — państwo myślą sobie: oto musi być solidny kapitalista, który bardzo lubi złoto i drogie kamienie.
Ja potrzebuję się z tego grubo roześmiać!
Jestem wprawdzie trochę kapitalista, ale do złota, do drogich kamieni, do brylantów, rubinów, szafirów, szmaragdów, ja poprostu mam obrzydliwość.
Jak widzę sznur pereł, to mi się robi mdło, a jak mi kto pokaże kawałek złota, to mam ochotę splunąć.
Na prywatny użytek, dla żony na paradę, dla córeczek na wyprawę, dla siebie na gruby łańcuszek do zegarka, to jeszcze mogę znosić złoto, ale do interesu... pfe!
Państwo się dziwią, państwo zgadują, jaki to może być interes, co złota nie lubi, i państwo mogą mieć przypuszczenie, że ja prowadzę handel pierzem, żelazem, rybami, może białym towarem. Też jest omyłka, bo ja wcale nie jestem handlujący. Ja robię co innego i mogę się pochwalić, że prowadzę solidny, honorowy interes.
Mam kassę pożyczkową na zastaw ruchomości.
Złożyłem kaucyę, mam swoje biuro, swój magazyn, swoich oficyalistów.
Śliczny personel! Pan taksator (on jest mój wujaszek, bardzo porządny człowiek, dawniej handlował starzyzną i przez to jest gruby znawca na biżuterye kortowe), pan woźny (też mój krewny, ale kapcan), pani kasyerka, a naprawdę dwie panie kasyerki: jedna moja żona, druga moja córeczka. Eleganckie biuro, familijny i bardzo uzdolniony personel.
Krótko mówiąc, ja mam lombard...
Państwo powiedzą, że to właśnie proceder najbardziej chciwy na kosztowności, że on tak łyka zegarki, jak kot myszy. To jest omyłka! Ja nie lubię złota, ja wprost mówię takim klientom: Idźcie sobie do dyabła, albo do Banku dyskontowego i nie zawracajcie komu głowy z precyozami!
Państwo się dziwią; ma się rozumieć, nie każda głowa bierze w siebie odrazu sam cymes interesu, a kto nie jest znawca, ten nie może zmiarkować, w czem jest smak i co ja lubię?
Co ja lubię? Ja nie lubię kosztowności, ja nie lubię te waryackie rowery z wydymaną gumą, nie lubię maszyn do szycia, ani luster, nie wezmę obrazu olejnego, choćby nawet był malowany czystą prowancką oliwą. Od takich interesów są specyaliści, ja zaś jestem taki specyalista, że bardzo lubię używaną garderobę.
To jest niezły interes — a dlaczego niezły? Bo tak...
Bywa czas dobry, bywa gorszy, bywa jeszcze gorszy, teraz właśnie jest gorszy — teraz ciężko żyć. Co najwyżej, można brać jeden procent na miesiąc, jeżeli odrobinę więcej, to najporządniejszy człowiek jest nazwany lichwiarzem, a co to jest jeden procent? To jest nic... Niby prócz tego można mieć trzy procent za przechowanie. Państwo się śmieją, a ja powiadam, że to jest także nic.
W magazynie są myszy, trzeba trzymać kota.
Czy taki łajdak mało kosztuje? To jest pażerne zwierzę, on jak zobaczy kość, to aż się trzęsie, a jeżeli go nie zamknąć na klucz, to zamiast łapać myszy i pilnować garderoby — on idzie na dach śpiewać swoje uwertury. Nie można mu nic powiedzieć, a jeżeli kucharka wybije go miotłą, to on ucieka. Choćby z tej jednej przyczyny trzy procent za przechowanie nie jest dużo.
A teraz wojna z mólami! Czy państwo wiedzą co to jest mól? To jest taki maleńki ptaszek, bardzo maleńki, który lubi zjadać salopy i paltoty, ma wielką chciwość na futra i na wełniany towar. Jego trzeba straszyć, trzeba go truć, trzeba łapać. Ja niszczę tych mólów, ile mogę, mnie sama terpetyna dziesiątkę na miesiąc kosztuje, ja ich niszczę, a co nie wyniszczę, to sprzedaję przez licytacyę razem z niewykupioną w terminie garderobą.
Właśnie wczoraj było zdarzenie, że córeczka zobaczyła móla w składzie. On sobie fruwał, jak kanarek.
My wszyscy zaczęliśmy jego gonić. Ja nie jestem lekki człowiek, moja żona też waży blizko sześć pudów, wujaszek taksator ma astmę, woźny ledwie łazi, a mój syn buchhalter i córeczka kasyerka to są delikatne dzieci, nawet nieożenione jeszcze.
Och, myśmy wszyscy gonili i łapali tego jednego móla! To była ciężka, nadzwyczajna praca, myśmy zdrowie stracili. Ja dostałem ciężki oddech, moja żona chwyciła się za serce, wujaszek wpadł w kaszel, a woźny, zwyczajnie jak ordynaryjny człowiek, przeklinał swoich wrogów i życzył im, żeby przez całe życie mieli tylko z mólami wesele.
Swoją drogą mól uciekł.
Teraz państwo widzą sami, że jeżeli się bierze trzy procent za przechowanie, to się nic nie bierze i więcej jest przytem straty zdrowia, aniżeli zysku.
Oj, na moje sumienie, jabym już dawno ten lombard zamknął, żeby nie wędrująca garderoba, żeby nie podróżujący sak i beinkleidery. To jedno daje jeszcze cokolwieczek zysku.
Naprzykład tak: W poniedziałek rano, ledwie się dzień zrobi, to już u nas jest pełno interesantów. Oni siedzą w sieni, czekają na schodach, a niektórzy, gwałtowni, kołaczą do drzwi, wprost do kantoru, żeby im zaraz otworzyć.
No, cóż robić, oni potrzebują, a ja mam takie serce, że lubię ludziom wygodzić, więc zrywam się z łóżka, kładę na siebie szlafrok, każę otwierać biuro. Cały personel jest w negliżu, moja żona, moja córeczka też w negliżu, bo nie ma czasu na robienie elegancyi.
Zaczyna się ruch, każdy interesant zastawia sak, parę spodni albo, jak zimową porą, palto. Zastawia na miesiąc, dlatego, że na krótszy termin u nas się nie przyjmuje. Bierze pieniądze, bierze kwit i idzie sobie do swojej roboty.
Mamy takiego gwałtu dwie godziny, a potem, jak oni wszyscy sobie pójdą, my bierzemy się trochę do śniadania. Potem ja się ubieram, idę na miasto, do Saskiego ogrodu, pospaceruję koło giełdy...
Zawsze po pracy człowiek potrzebuje trochę ruchu i odpoczynku. Po obiedzie ja lubię iść do cukierni; tam jest bardzo porządne towarzystwo, można przeczytać „Gazetę Handlową,“ można trochę gawędzić, dowiedzieć się różnych nowości, zagrać w szachy — a ja jestem też trochę szachista.
Wieczorem to bywam w domu; pytam, co było, jak było, przeglądam księgę.
Przez cały tydzień u nas w lombardzie cicho jest ruch, ale nie ma gwałtu, niema hałasu; wujaszek może spokojnie robić swoje taksacye, obejrzeć porządnie każdą sztukę pod światło i przez okulary zobaczyć, ile razy była nicowana i czy się da jeszcze raz przewrócić, czy może z niej być kilka czapek.
Dopiero w sobotę na wieczór znowu się zaczyna. Wszystkie spodnie, saki, paltoty zaczynają wędrować.
Ledwie się u nas szabas skończy, już pełne schody interesantów, tych samych, co byli w poniedziałek.
Wtenczas oni potrzebowali zastawić, teraz potrzebują wykupić — i wykupują.
Płacą rzetelnie co się należy: kapitał, procent i za przechowanie za miesiąc, biorą swoją garderobę i idą na miasto.
W poniedziałek rano wszyscy są z powrotem, znowuż cały personel mego biura jest w negliżu, znowuż się robi gwałtowny ruch; saki, paltoty idą napowrót do magazynu, a ja, jak zwyczajnie, trochę na spacer.
To nie jest lekki chleb, wierzcie państwo, to nawet ciężka praca! Klientela jest głównie z prostego stanu, z takich ludzi, co zarabiają rękami.
Ja ich znam, ja wiem, co oni potrzebują... A co oni potrzebują?
W sobotę odbierają swoją zapłatę i zaraz im się chce pić i porządnie ubrać, więc wykupują swoje saki; w poniedziałek znowuż im się chce jeść, a do roboty im nie trzeba porządnej garderoby, więc zastawiają napowrót swoje odzienie — tym sposobem wędrujący sak jest zawsze w ruchu, a ja dwa razy tygodniowo mam wielkie zatrudnienie.
Ciężkie życie, na moje sumienie, i lombard nie słodki interes. Państwo sami wiedzą, że jeden procent na miesiąc, a trzy procenty za przechowanie to się nie opłaci.
Utrzymanie kota policzyć, terpentynę policzyć, a stratę zdrowia policzyć, gonienie móla, własne sapanie i kaszel, to co jest w zysku? Nic.
Całe szczęście, że ta zastawiana garderoba lubi wędrować, że w jednym roku bywa pięćdziesiąt dwie niedziele i kilkanaście świąt, że za każdym razem liczy się procent za miesiąc. Takim sposobem można jeszcze mieć odrobinkę życia.
Czy to człowiek dużo potrzebuje? — aby się kapitał trochę ruszał. Więcej nic.
Zastawiona kosztowność jest ociężała, nie robi prędkich obrotów i dlatego właśnie ja mam obrzydliwość do złota. Nie cierpię pereł, ani brylantów, ale bardzo, bardzo lubię wędrujący sak...







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.