Strona:Klemens Junosza - Monologi. Serya druga.djvu/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

dach śpiewać swoje uwertury. Nie można mu nic powiedzieć, a jeżeli kucharka wybije go miotłą, to on ucieka. Choćby z tej jednej przyczyny trzy procent za przechowanie nie jest dużo.
A teraz wojna z mólami! Czy państwo wiedzą co to jest mól? To jest taki maleńki ptaszek, bardzo maleńki, który lubi zjadać salopy i paltoty, ma wielką chciwość na futra i na wełniany towar. Jego trzeba straszyć, trzeba go truć, trzeba łapać. Ja niszczę tych mólów, ile mogę, mnie sama terpetyna dziesiątkę na miesiąc kosztuje, ja ich niszczę, a co nie wyniszczę, to sprzedaję przez licytacyę razem z niewykupioną w terminie garderobą.
Właśnie wczoraj było zdarzenie, że córeczka zobaczyła móla w składzie. On sobie fruwał, jak kanarek.
My wszyscy zaczęliśmy jego gonić. Ja nie jestem lekki człowiek, moja żona też waży blizko sześć pudów, wujaszek taksator ma astmę, woźny ledwie łazi, a mój syn buchhalter i córeczka kasyerka to są delikatne dzieci, nawet nieożenione jeszcze.
Och, myśmy wszyscy gonili i łapali tego jednego móla! To była ciężka, nadzwyczajna praca, myśmy zdrowie stracili. Ja dostałem ciężki oddech, moja żona chwyciła się za serce, wujaszek wpadł w kaszel, a woźny, zwyczajnie jak ordynaryjny człowiek, przeklinał swoich wrogów i życzył im,