Ugłaskanie sekutnicy (Shakespeare, tłum. Ulrich, 1895)/Akt trzeci

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Shakespeare
Tytuł Ugłaskanie sekutnicy
Pochodzenie Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare (Szekspira) w dwunastu tomach. Tom IX
Data wydania 1895
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Leon Ulrich
Tytuł orygin. The Taming of the Shrew
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

AKT TRZECI.
SCENA I.
Pokój w domu Baptysty.
(Lucencyo, Hortensyo i Bianka).

Lucencyo.  Skrzypaku, wara! zbyt się zapominasz,
Czyś poczęstunku tak prędko zapomniał,
Który dostałeś z ręki Katarzyny?
Hortens.  Zrzędny pedancie, pomnij, że stoimy
Przed opiekunką niebieskiej harmonii,
Że więc przed tobą służy mi pierwszeństwo;
Z końcem godziny cwiczeń muzykalnych
Przyjdzie godzina twej literatury.

Lucencyo.  Dardański osieł! Tego nawet nie wie,
Co dało życie pieśniom i muzyce!
Celem muzyki myśl ludzką odświeżyć
Znużoną pracą lub długiem ślęczeniem;
Więc po prelekcyi mej filozoficznej
Będziesz miał porę dla twojej harmonii.
Hortens.  Nie ścierpię dłużej twego grubiaństwa.
Bianka.  Panowie, proszę! oba mnie krzywdzicie,
Wiodąc spór o to, co do mnie należy;
Nie jestem dzieckiem, które w szkole chłoszczą,
I nie chcę godzin zostać niewolnicą;
Me lekcye od mej zależą fantazyi.
Żeby spór skończyć, usiądźmy we troje,
Ty weź instrument, graj jaki kawałek,
On skończy lekcyę, nim lutnię nastroisz.
Hortens.  Więc rzucisz książki, gdy nastroję lutnię? (wychodzi).
Lucencyo.  Więc nigdy! Zacznij stroić twój instrument.
Bianka.  Gdzieśmy stanęli?
Lucencyo.  Tu, pani.
Hac ibat Simois; hic est Sigeia tellus;
Hic steterat Priami regia celsa senis.
Bianka.  Tłómacz.

Lucencyo.  Hac ibat, jak ci już powiedziałem, — Simois, nazywam się Lucencyo, — hic est, jestem synem Wincencya z Pizy, — Sigeia tellus. tak przebrany, aby zyskać twoją miłość, — Hic steterat, a ów Lucencyo, który w konkury przyjechał, — Priami, jest sługa mój Tranio, — regia, który zajął moje miejsce, — celsa senis, abyśmy mogli oszukać starego Pantalona. (Wchodzi Hortensyo).
Hortens.  Pani, instrument mój już nastrojony.
Bianka.  Słuchamy. (Hortensyo gra).
Wyższa struna brzmi fałszywie.
Lucencyo.  Pluń w dziurkę, człeku, strój lutnię na nowo.

Bianka.  Zobaczmy teraz, czy będę w stanie tłómaczenie powtórzyć. Hac ibat Simois, nie znam cię; — hic est Sigeia tellus, nie ufam ci; — Hic steterat Priami, daj baczność, żeby nas nie podsłuchano; — regia zbyt sobie nie dufaj; — celsa senis, nie rozpaczaj.

Hortens.  Lutnia już strojna.
Lucencyo.  Oprócz nizkich tonów.
Hortens.  Strojne są tony wysokie i nizkie,
Gbur tylko nizki rozdźwiękiem jest tutaj.
Patrzcie, jak pedant ognisty i śmiały!
Gbur się umizga do mojej kochanki;
Mam ja na ciebie oko, bakałarzu.
Bianka.  Może uwierzę z czasem, dziś nie ufam.
Lucencyo.  O, ufaj, pani! (postrzegają zbliżającego się Hortensya).
Wierzaj! Aeacides
Jest Ajax, imię to po dziadku dostał.
Bianka.  Trudno nie uwierzyć profesora słowu,
Chociaż mam jeszcze pewne wątpliwości.
Skończmy na teraz. Licyo, twoja kolej.
Niech mi przebaczą kochani mistrzowie,
Żem sobie z nimi żartów pozwoliła.
Hortens.  (do Lucencya). Zostaw nas samych, bo w mojej muzyce
Nie mam pisanych pieśni na trzy głosy.
Lucencyo.  Mopanku, wiele robisz ceregielów.
(Na str.). Muszę tu zostać; jeśli się nie mylę,
Piękny muzykant kochać się zaczyna.
Hortens.  Pani, nim weźmiesz instrument do ręki,
Nim zaczniesz palce do strun lutni wkładać,
Od pierwszych zasad sztuki muszę zacząć.
Mam ja skrócone prawidła gamuta,
Dla mych uczennic milsze, skuteczniejsze
Od innych mistrzów zwyczajnej metody;
Wszystko spisałem w skróceniu; racz czytać.
Bianka.  Lecz ja nad gamut dawno postąpiłam,
Hortens.  Lecz nie znasz jeszcze gamuta Hortensya.
Bianka  (czyta). Gamut, ja wszelkiej harmonii podstawa,
A. re, Hortensya miłość ci przynoszę;
B. mi, O, Bianko! przyjmij go za męża!
C. fa, ut, Z serca całego cię kocha;
D. sol-re, Dwie mam nuty na klucz jeden;
E. la-mi, Umrę, gdy się nie zlitujesz.
Zowiesz to gamut? nie jest po mej myśli,
Przenoszę starą metodę, nie jestem

Dosyć wykwintną, abym chciała zmienić
Stare prawidła na wymysły nowe.

(Wchodzi Sługa).

Sługa.  Na prośbę ojca porzuć pani księgi,
Pomóż mu siostry komnatę meblować;
Wiesz, że na jutro ślub zapowiedziany.
Bianka.  Żegnam was obu; muszę się oddalić.

(Wychodzą: Bianka i Sługa).

Lucencyo.  I ja więc, pani, nie mam co tu robić! (wychodzi).
Hortens.  Lecz ja mam powód szpiegować pedanta,
Bo mi wygląda na zakochanego.
Lecz jeśli myśli twe, Bianko, tak nizkie,
Że lada pedant twój wzrok błędny ściąga,
Bierz, kogo zechcesz, nie mam chęci fukać;
Kwita z Hortensyem: pójdę innej szukać (wychodzi).


SCENA II.
Przed domem Baptysty.
(Baptysta, Gremio, Tranio, Katarzyna, Bianka, Lucencyo i Służba).

Baptysta  (do Trania). Signor Lucencyo, dziś, wedle umowy,
Miał ślub się odbyć mojej Katarzyny,
Lecz ani słychu o mym przyszłym zięciu.
Jak nam urągać świat się będzie cały,
Gdy nadaremnie kapłan będzie czekał
Z błogosławieństwem na młodego pana!
Na hańbę naszą co mówi Lucencyo?
Katarz.  Ta hańba na mnie jedną tylko spada.
Ty mnie zmusiłeś, mimo mego serca,
Rękę pustemu oddać wietrznikowi,
Który się spieszył, gdy szło o konkury,
Ale do ślubu używać chce wczasu.
Czy nie mówiłam, że to postrzeleniec,
Szczeroty płaszczem słoniący szyderstwo?
By sobie zjednać żartownisia sławę,
Tysiącom panien dzień ślubu oznaczy,
Sprosi przyjaciół, da na zapowiedzi,
Choć o małżeństwie ani mu się nie śni.

Ludzie palcami będą mnie wytykać,
Wołać: „patrz! żona waryata Petruchia,
Gdyby przyjść tylko i pojąć ją raczył“.
Tranio.  Cierpliwość, signor Baptysto i pani!
Uczciwe były Petruchia zamiary,
Choć nie znam przeszkód, które go wstrzymały.
Trochę jest szorstki, lecz pełny rozumu,
I choć wesoły, uczciwy jest razem.
Katarz.  Bogdaj go oczy moje nie widziały!

(Wychodzi, płacząc, za nią Bianka i Słudzy).

Baptysta.  Idź, biedna córko! Łez twoich nie ganię:
Czyn taki nawet świętąby oburzył,
A cóż podobną do ciebie złośnicę!

(Wchodzi Biondello).

Biondello.  Panie, panie! nowiny, stare nowiny, takie nowiny, jakich jeszcze nie słyszałeś!
Baptysta.  Nowiny, a przecie stare nowiny? jak to być może?
Biondello.  Jakto? alboż to nie nowina słyszeć o powrocie Petruchia?
Baptysta.  Czy wrócił?
Biondello.  Nie, panie.
Baptysta.  Cóż więc?
Biondello.  Wraca.
Baptysta.  Kiedy tu będzie?
Biondello.  Gdy stanie, gdzie ja stoję i zobaczy was, jak ja widzę.
Tranio.  Ale wróćmy do twoich starych nowin; co widziałeś?
Biondello.  Słuchaj tylko, panie; Petruchio przybywa w nowym kapeluszu, a starej sukmanie; w starych spodniach, trzy razy nicowanych; w parze butów, które kiedyś na skład świec służyły, jeden zapięty sprzączką, drugi sznurowany; ze starą, zardzewiałą karabelą, dobytą z miejskiego arsenału, ze złamaną rękojeścią bez skówki, o dwóch złamanych ostrzach. Koń jego osiodłany starą, robaczliwą kulbaką, której strzemiona nie z jednej familii; do tego nosaty, z grzbietem jak kolano, gruzłowaty, parchowaty, sednisty, guzowaty, poznaczony żółtaczką, zołzowaty nie do wyleczenia, napół zdechły od zawrotu, rupiami toczony, łękowaty, z wybitą łopatką, kulawy na przednie nogi; munsztuk z jednym cugiem, z baraniej skóry nagłówek, który przez nieustanne ciągnienie, aby nie utknął, sto razy się zerwał i tylko węzłami się trzyma; z popręgiem sześć razy łatanym; z aksamitnem podogoniem od jakiejś pani siodła, na którem jeszcze widać dwie litery jej nazwiska, pięknie gwoździami wybite, a tu i owdzie cerowane szpagatem.
Baptysta.  Kto z nim przybywa?
Biondello.  O, panie, jego lokaj, jak koń jego cudacznie ubrany: z nicianą pończochą na jednej nodze, z wełnianą na drugiej; jedna podwiązka czerwona a druga niebieska; stary kapelusz, a na nim „Wybór czterdziestu fantazyi“[1] zamiast piórka; potwór, prawdziwy potwór z ubioru, a nie chrześcijański pachołek albo lokaj szlachecki.

Tranio.  Tak się ustroił przez fantazyi wybryk,
Choć nieraz w lichych widziałem go szatach.

Baptysta.  Rad jestem, że przybywa, jakkolwiek przybywa.
Biondello  Lecz, panie, on nie przybywa.
Baptysta.  Czy nie powiedziałeś, że przybywa?
Biondello.  Kto? że Petruchio przybywa?
Baptysta.  Tak jest, że Petruchio przybywa.
Biondello.  Nigdy, panie; powiedziałem tylko, że koń jego przybywa, niosąc go na grzbiecie.
Baptysta.  To na jedno wychodzi.
Biondelło.  Nie, panie, na świętego Kubę; o grosz się zakładam, że koń i człowiek to więcej jak jeden, a przecie nie kilku. (Wchodzą: Petruchio i Grumio).

Petruchio.  Gdzie są panowie? kogom zastał w domu?
Baptysta.  Dobrze, żeś przybył.
Petruchio.  Jednak źle przybywam.
Baptysta.  Wszak nie kulejesz.
Tranio.  Nie tak wystrojony,
Jakbym chciał widzieć —
Petruchio.  Szło mi o to głównie,
Ażebym przybył na dzień oznaczony.

Lecz gdzie jest Kasia? droga narzeczona?
Cóż to, panowie? zda się brwi marszczycie?
Czemuż tak na mnie wytrzeszczacie oczy,
Jakgdyby nagle kościół z ziemi wyrósł,
Lub cud się jaki zjawił lub kometa?
Baptysta.  Wszak wiesz, że dzisiaj jest twoje wesele;
Twa nieobecność smuciła nas wprzódy,
Twój ubiór teraz zasmuca nas więcej.
Fe! zrzuć tę odzież, przez wzgląd na twą godność,
Nie chciej zatruwać naszego wesela.
Tranio.  Powiedz nam, jakie sprawy wielkiej wagi
Tak długo zdała żony cię trzymały,
I sprowadziły taką w tobie zmianę?
Petruchio.  Nudna to powieść, słuchaczom niemiła;
Dość, że przybywam, wierny memu. słowu,
Pomimo kilku dziwactw przymuszonych,
Które w sposobnej porze wytłomaczę,
Pewny, że wszystkich zyskam aprobacyę.
Lecz gdzie jest Kasia? Tęskno mi jest do niej.
Ranek ubiega, czas iść do kościoła.
Tranio.  Strzeż się, by w takim ujrzała cię stroju.
Idź do mej izby; przywdziej moją odzież.
Petruchio.  Uchowaj, Boże! ujrzy mnie jak jestem.
Baptysta.  Czy i do ślubu chcesz iść tak jak jesteś?
Petruchio.  Bądź tego pewny; lecz dość gadaniny.
Bierze za męża mnie nie moją odzież.
Gdybym tak łatwo mógł siebie naprawić,
Jak łatwo zmienię te biedne łachmany,
Byłoby dobrze dla niej, dla mnie lepiej.
Lecz jaki pustak ze mnie! Tu gawędzę,
Zamiast dzień dobry nieść mej narzeczonej,
Przypieczętować tytuł pocałunkiem.

(Wychodzą: Petruchio, Grumio i Biondello).

Tranio.  Musi być sekret jakiś w tem przebraniu.
Nim do kościoła pójdziem, spróbujemy,
Czy się nie zechce lepiej trochę ubrać.
Baptysta.  Idę zobaczyć, jak tam stoją rzeczy.

(Wychodzi, za nim Gremio).

Tranio.  Prócz jej miłości, ojca przyzwolenie
Równie potrzebne; aby je otrzymać,
Jak ci poprzednio wyłożyłem, panie,
Znajdę człowieka, (kto on, mniejsza o to,
Byle potrzebną oddał nam usługę)
Który Wincencya z Pizy przyjmie rolę,
I będzie w Padwie naszym ręczycielem
Na sumy większe, niż ta, którąm przyrzekł;
Tak więc twe piękne spełnią się nadzieje,
I pojmiesz Biankę za zgodą jej ojca.
Lucencyo.  Gdyby mej Bianki kroków nie szpiegował
Tak bystrem okiem kolega profesor,
Byłoby dobrze ślub zawrzeć tajemny;
Raz ożeniony — niech świat co chce gada —
Na przekór światu zatrzymam co moje.
Tranio.  We wszystkiem, panie, dobrze się rozpatrzym,
I nie zaśpimy żadnej sposobności,
Starego Gremia w pole wyprowadzim,
Poślemy za nim i ojca Minolę,
I muzykanta wykwintnego Licya,
Na korzyść pana mojego Lucencya. (Wchodzi Gremio).
Ha, signor Gremio! czy wracasz z kościoła?
Gremio.  A kontent, jakbym ze szkoły uciekał.
Tranio.  Czy z panią młodą powraca pan młody?
Gremio.  Pan lecz nie młody, to pan nie na żarty,
Ostry i szorstki, aż mi żal dziewczyny.
Tranio.  Od niej zrzędniejszy? nie, to być nie może.
Gremio.  Tak jest; to dyabeł, dyabeł, żywy dyabeł!
Tranio.  Jeśli on dyabeł, to ona dyablica.
Gremio.  Ba! ona przy nim gołąbek lub jagnię.
Słuchaj, Lucencyo; gdy ksiądz go zapytał,
Czyli za żonę bierze Katarzynę,
„Biorę, do kroćset stu tysięcy beczek“,
Głośno zawołał; kapłan zadziwiony
Upuścił brewiarz z swojej drżącej ręki,
A gdy się schylił, żeby książkę podnieść,
Takiego kuksa dał mu waryat młody,
Ze z brewiarzem i ksiądz się powalił:

„Niechże ich teraz zbiera kto chce,“ krzyknął,
Tranio.  Co dziewka, kiedy ksiądz na nogi powstał?
Gremio.  Drżała jak listek; on klął, nogą tupał,
Jak gdyby proboszcz chciał go brać na fundusz.
Po rozmaitych w końcu ceremoniach,
„Wina“, zawołał, „wiwat, wiwat!“ krzyczał,
Jak na pokładzie sternik do swych ludzi
Po strasznej burzy; gdy kielich wychylił,
Plusnął mętami na twarz zakrystyana,
Dając za powód, że biedaka broda
Zbyt rzadko rosła, chudą miała minę,
Jakby prosiła o napitku męty;
Potem swą żonę uchwycił za szyję,
Z tak głośnym cmokiem usta jej całował,
Że się po całym rozległo kościele.
Świadek wszystkiego, ze wstydu uciekłem,
A wiem, że za mną wszystko się ruszyło.
Nikt szaleńszego nie widział małżeństwa.
Lecz cicho! odgłos muzyki już słychać.

(Wchodzą: Petruchio, Katarzyna, Bianka, Baptysta, Hortensyo, Grumio i Służba).

Petruchio.  Dzięki, panowie! dzięki, przyjaciele!
Wiem, że zamiarem waszym dać mi ucztę,
Że ślubny bankiet suto zastawiony;
Lecz interesa me nie cierpią zwłoki,
Natychmiast przeto pożegnać was muszę.
Baptysta.  Jakto? chcesz jeszcze tej nocy wyjechać?
Petruchio.  Muszę wyjechać jeszcze przed wieczorem.
Nie dziw się, gdybyś znał me interesa,
Sambyś mnie naglił, bym co prędzej ruszał.
Zacni panowie, z serca wam dziękuję,
Żeście świadkami byli mego ślubu
Z słodką, cierpliwą i cnotliwą żoną.
Z mym teściem jedzcie, pijcie za me zdrowie,
Ja, muszę jechać; żegnam was raz jeszcze.
Tranio.  Odłóż twój odjazd choć do poobiedzia.
Petruchio.  Nie mogę.
Gremio.  Zrób to na moje błaganie.

Petruchio.  Nie mogę.
Katarz.  Zrób to na moje błaganie.
Petruchio.  Rad jestem bardzo —
Katarz.  Że odjazd odkładasz?
Petruchio.  Rad jestem bardzo, że prosisz, bym został;
Lecz jak chcesz błagaj, chwili nie zostanę.
Katarz.  Jeśli mnie kochasz, zostań.
Petruchio.  Grumio, konie
Grumio.  Stoją gotowe; owies zjadł już konie.
Katarz.  Gdy tak, to dobrze, rób po twojej woli,
Co do mnie, dzisiaj odjeżdżać nie myślę,
Ni dziś, ni jutro, ale kiedy zechcę.
Drzwi są otworem, tędy pańska droga;
Możesz bruk zbijać, póki służą buty,
Ja zaś pojadę, gdy mi przyjdzie chętka.
Pięknego widzę dostałam mężulka,
Gdy już w dzień ślubu taką śpiewa piosnkę.
Petruchio.  Kasiuniu droga, nie gniewaj się, proszę.
Katarz.  Będę się gniewać. Uspokój się, ojcze,
Mąż mój zostanie, dopóki ja zechcę.
Grumio.  Ha, ha! coś mięknąć jegomość zaczyna.
Katarz.  Panowie, proszę, czas do uczty zasiąść.
Łatwo na dudka wystrychnąć się żonie,
Jeśli jej braknie serca do oporu.
Petruchio.  Goście posłuszni będą twym rozkazom.
Raczcie wykonać panny młodej wolę;
Pijcie, hulajcie, popuszczajcie pasów,
Za jej panieństwo spełniajcie kielichy,
Bądźcie weseli — lub idźcie do dyabła!
Lecz moja Kasia musi ze mną jechać.
Nie tup tak nóżką, ocząt nie wytrzeszczaj:
Umiem być panem tego co jest moje,
A żona moja, to własność jest moja,
Mój dom, me meble, spichlerz mój, me pole,
Koń mój i wół mój, mój osieł, me wszystko.
Tu, przy mnie stoi; kto śmie, niech jej dotknie,
A największego padewskiego zucha,
Co chce mnie wstrzymać, rozumu nauczę.

Grumio, do szabli! śród bandy złodziei
Ratuj twą panią, jeśli masz odwagę.
Nie bój się, Kasiu, włosek ci nie spadnie,
Będę ci tarczą przeciwko milionom.

(Wychodzą: Petruchio, Katarzyna i Grumio).

Baptysta.  Niech z Bogiem jedzie ta gołębi para!
Gremio.  Pękłbym od śmiechu, gdyby dłużej został.
Tranio.  Z szalonych małżeństw to jest najszaleńsze.
Lucencyo.  A ty co myślisz, pani, o twej siostrze?
Bianka.  Szalona sama, wzięła szalonego.
Gremio.  Okatarzony widzę nasz Petruchio.
Baptysta.  Drodzy sąsiedzi, choć brak państwa młodych,
Aby na miejscu honorowem zasiąść,
Na smacznym kąsku wiecie, że nie zbywa.
Na miejscu męża niech siądzie Lucencyo,
A miejsce żony niech Bianka zastąpi,
Tranio.  Żeby się uczyć swojej przyszłej roli?
Baptysta.  Zgadłeś, Lucencyo. Panowie, prosimy. (Wychodzą).


Przypisy

  1. Tytuł wyboru ballad i piosneczek.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Shakespeare i tłumacza: Leon Ulrich.