Tajemniczy ogród/Rozdział XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Frances Hodgson Burnett
Tytuł Tajemniczy ogród
Data wydania 1937
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz F. Wyszyński i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Jadwiga Włodarkiewiczowa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XI.

GNIAZDO MYSIKROLIKA.[1]

Przez kilka minut stał, rozglądając się dokoła, podczas gdy Mary przyglądała się zkolei jemu; potem zaczął ostrożnie posuwać się naprzód, może ostrożniej i ciszej jeszcze, niż Mary, gdy weszła tu po raz pierwszy. Oczy jego zdawały się wszystko dostrzegać: i drzewa szare z szaremi zasłonami wijących się po nich pnączy i zwieszających się festonami z gałęzi, i gąszcz splątanych gałązek na murach i trawie, i altany z kapryfoljum z kamiennemi ławkami wewnątrz i wielkiemi, kamiennemi wazonami.
— Nigdybym nie był myślał, że to miejsce zobaczę kiedykolwiek — rzekł wreszcie szeptem.
— A wiedziałeś już o niem? — spytała Mary.
Mówiła głośno — Dick dał jej znak ręką.
— Musimy rozmawiać cichuteńko — powiedział — bo nas jeszcze kto może usłyszeć i wynaleźć.
— O, mój Boże! Zapomniałam zupełnie! — rzekła Mary wylękniona, kładąc rękę na ustach. — Czyś już dawniej wiedział o tym ogrodzie? — spytała powtórnie, gdy się uspokoiła nieco.
Dick zrobił głową ruch potakujący.
— Marta mi mówiła, że jest tu ogród, do którego nigdy nikt nie wchodzi — odrzekł. — Zawsześmy byli ciekawi, jak też wygląda.
Zatrzymał się, rozglądając się dokoła, na cudny, szarawy gąszcz nad swą głową, a okrągłe jego oczy wyglądały dziwnie uszczęśliwione.
— O! co tu gniazd będzie, gdy wiosna nadejdzie! — rzekł. — Tutaj to w całej Anglji najlepsze miejsce do budowania gniazdek. Nikt tu nie wchodzi, a gąszczu drzew i róż tyle! Można gniazdka zakładać. Dziwię się, że wszystkie ptaszki ze stepu tu się nie zlecą, by tu gniazdka swe budować.
Mary znów, nie zdając sobie z tego sprawy, uchwyciła go za rękaw.
— Czy będą tu róże? — wyszeptała. — Możesz mi powiedzieć? Bo ja myślę, że może one wszystkie poschły.
— O, nie! Nie wszystkie! — odparł. — Niechno panienka spojrzy!
Podszedł do najbliższego drzewa — starego bardzo, którego kora pokryta była grubą warstwą szarego mchu, a gałęzie poobwieszane splątanemi pędami róż. Wyjął z kieszeni duży nóż i rozciął jeden z pędów.
— Mnóstwo tu suszków, które trzebaby poobcinać — rzekł. — I duża część drzewa sucha, ale w przeszłym roku puściło jeszcze świeże pędy. Ten, naprzykład, świeży — to mówiąc, wskazał na odrośl, która miała brunatnozielony kolor, nie zaś suchy, szary.
Mary dotknęła gałązki z pewnym rodzajem czci i zapału zarazem.
— Ta tutaj? — rzekła. — Czy ona całkiem żywa — całkiem?
Dick zęby pokazał w szerokim uśmiechu.
— Taka żywa, jak panienka, albo jak ja — odparł.
— Jakam ja szczęśliwa! — wyszeptała. — Takbym chciała, żeby wszystkie drzewa żywe tu były. Obejdźmy najlepiej ogród dokoła i porachujmy, ile jest uschniętych, ile żywych.
Dziewczynka cała drżała z zapału, Dick niemniej był przejęty. Szli więc od drzewa do drzewa, od krzewu do krzewu. Dick nie wypuszczał noża z ręki i pokazywał jej różne rzeczy, które jej się cudem wydały.
— Rosną one wprawdzie dziko — rzekł — lecz te silniejsze jednak się ostały. Słabsze poschły, lecz zato te inne rozrastały się i rozrastały, i puszczały pędy młode, aż dziw! Niech panienka spojrzy! — i nagiął grubą, szarą, jakby suchą gałąź. — Mógłby kto myśleć, że to drzewo suche aż do korzenia, ale ja temu nie wierzę. Przytnę przy ziemi, to zobaczymy.
Przyklęknął i nadciął bezlistną gałąź trochę nad ziemią.
— A co! Nie mówiłem! — wyrzekł uradowany. — W środku drzewo żywe, zielone. Niech panienka zobaczy!
Zanim to wyrzekł, Mary klęczała już na ziemi, cała pochłonięta i we wzrok zamieniona.
— Kiedy takie zielone i wilgotne, to żyje — tłumaczył.— A jak w środku suche i łatwo się łamie, jak ten tutaj kawałek, którym odciął, to już po niem. Ten oto pień gruby jest żywy, i te świeże gałązki z niego puszczają, i jak się suszki powycina, obkopie dokoła i będzie się staranie miało o nim, to zupełnie wydobrzeje. — Zatrzymał się, wzniósł wzrok ku górze na zwieszające się i pnące gałązki i dodał:
— W lecie to tutaj będzie cała powódź róż!
Chodzili od krzewu do krzewu, od drzewa do drzewa. Dick był silny, nożem zręcznie się posługiwał, wiedział, gdzie suchą gałąź wyciąć, umiał określić, która rzeczywiście uschnięta, a w której, mimo pozoru, życie młode zamknięte. Po upływie pół godziny Mary zdawało się, że teraz i ona potrafi to wszystko, a gdy Dick nacinał sucho wyglądającą gałąź, miała ochotę krzyczeć z radości, gdy dostrzegła najmniejszy cień wilgotnej zieleni. Łopatka, grabie, motyka przydały się ogromnie. Dick pokazał dziewczynce, do czego użyć grabi, gdy on korzenie obkopywał i ziemię wkoło nich poruszał, i dostęp czynił dla przypływu świeżego powietrza[2]
Pracowali pilnie koło jednego z największych pni róży sztamowej, gdy naraz Dick dostrzegł coś, co mu okrzyk zdziwienia z piersi wyrwało.
— Co to? — zawołał, wskazując na trawę o kilka kroków od siebie. — Kto to zrobił?
Było to jedno z oczyszczonych miejsc naokoło zielonych kiełków.
— To ja — odparła Mary.
— A jam myślał, że panienka nic się nie zna na ogrodnictwie — zawołał.
— No, i nie znam się — odrzekła — ale one takie były malutkie, a trawa wokoło nich tak gęsia i silna, że wyglądały, jakby miejsca nie miały, i jakby im tchu brakło. Więc im zrobiłam miejsce. Nawet nie wiem, co to są te kiełkujące roślinki.
Dick znów ukląkł na ziemi i zaśmiał się swoim szerokim śmiechem.
— Miała panienka rację — rzekł. — żaden ogrodnik inaczejby panience nie powiedział. Teraz wyrosną aż do nieba. To są krokusy i pierwiosnki, a te oto, to narcyzy — potem wskazując na inny kawałek, dodał: — A to żonkile. Oj! będzież to widok cudny!
Biegał od jednego miejsca do drugiego.
— To panienka huk roboty zrobiła, jak na taką małą — rzekł, patrząc na nią[2]
— Ja też teraz jestem tłuściejsza — rzekła Mary — i wiele silniejsza. Dawniej to zawsze byłam zmęczona. Ale gdy kopię, to się wcale nie męczę. A tak lubię wąchać ziemię świeżo skopaną!
— Dla panienki to bardzo zdrowo — rzekł Dick, trzęsąc głową z powagą. — Niema na świecie nic milszego, jak zapach czystej, świeżej ziemi, z wyjątkiem może świeżych, wyrastających z niej roślinek, gdy deszczyk wiosenny je skropi. Kiedy pada, to bardzo często idę na step, pod krzakiem się kładę i słucham słodkiego poszumu spadających kropli na wrzosy — i wącham a wącham. Matka mówi, że mi się koniec nosa tak rusza jak królikowi.
— A nie zaziębisz się? — pytała Mary, patrząc nań z podziwem. Nigdy w życiu nie widziała tak zabawnego chłopca, a może i tak miłego.
— Ja! zaziębić się — rzekł z zabawnym grymasem. — Nigdym jeszcze nie był zaziębiony, odkąd na świat przyszedłem. Nie wychowywali mnie na panicza. Biegałem po stepie — jak królik, czy deszcz, czy śnieg, czy słońce. Matka mówi, żem się tyle świeżego powietrza nałykał, że się już nigdy nie zaziębię. Takim zahartowany, jak stal w ogniu.
Przez cały ten czas Dick nie przestawał pracować, Mary zaś pomagała mu, grabiąc lub odrzucając chwasty.
— Ale będziemy tu mieli huk roboty! — rzekł do niej naraz rozradowany, oglądając się dokoła.
— A czy wrócisz tu, żeby mi pomóc? — prosiła Mary. — Jestem pewna, że i ja już dobrze pomóc mogę tobie. Umiem już kopać, zielska wyrywać i wszystko, co mi każesz, zrobić. Przyjdź, Dicku, przyjdź koniecznie!
— Jeżeli panienka chce, to codzień przyjdę, czy będzie deszcz, czy słońce — odparł z godnością. — To najładniejsza, najmilsza zabawa, jaką w życiu miałem — zamknięty tu i budzący się do życia tajemniczy ogród.
— Jeśli przyjdziesz, jeśli mi pomożesz naprawdę ożywić ten ogród, to ja — to ja — nie wiem, co zrobię — dokończyła bezradnie. — Cóż bowiem zrobić mogła dla takiego chłopca!
— Ja panience powiem, co panienka zrobi — rzekł Dick z swym promiennym uśmiechem. — Panienka utyje, a głodna będzie, jak lisiak młody, i nauczy się rozmawiać z gilem, jak ja. Będziemy mieli moc uciechy!
Począł chodzić tu i tam, spoglądając zamyślony na drzewa, mury i krzewy.
— Nie chciałbym go zrobić podobnym do ogrodu zwykłego, wymuskanego, wycackanego, przycinanego — rzekł. — Ładniejszy jest tak, z dziko rosnącemi, pnącemi się i czepiającemi siebie wzajem różami. Prawda?
— Ja nie chcę, żeby on był porządny — rzekła Mary z przestrachem. — Jakby był taki strasznie porządny, toby przestał być tajemniczy.
Dick począł gładzić swą rudą czuprynę nieco zmieszany nagle.
— Tak, to ogród tajemniczy, to pewna, — rzekł — a jednak, tak mi się zdaje, że oprócz gila jeszcze tu ktoś wchodzić musiał przez tych dziesięć lat.
— Ależ drzwi były na klucz zamknięte, i klucz pochowany — rzekła Mary. — Nikt wejść wszakże nie mógł.
— Tak, to prawda — odrzekł. — Dziwne to miejsce. Mnie się zdało, że później, niż dziesięć lat temu, tu i ówdzie obcinano tu gałęzie.
— Ale jak to możliwe? — rzekła Mary.
Dick przyglądał się gałęzi róży sztamowej i głową potrząsał.
— Tak, jak to możliwe? — wyszeptał. — Skoro drzwi były zaryglowane, a klucz pochowany.
Mary zdawało się, że jakkolwiek wiele już lat przeżyła, to jednakże nigdy nie zapomni owego pięknego ranka, kiedy jej ogród począł rosnąć. A rzeczywiście tego rana zdawało się, że zaczyna się rozwijać. Kiedy Dick począł ziemię oczyszczać pod siew, przypomniała jej się piosenka, którą Bazyli śpiewał, gdy ją chciał drażnić.
— Czy są kwiatki, które mają kształt dzwonków? — zagadnęła.
— Konwalje mają kształt dzwonków i kampanule, i dzwonki.
— Posadzimy je — rzekła Mary.
— Konwalje tu są, bom już widział. Rosną za gęsto, trzeba je będzie rozsadzić, ale ich moc tu jest. Te drugie to dopiero po dwóch latach kwitną, jak je się sieje, ale mogę flance przynieść od nas, bo je w ogródku mamy. Czemu panienka chce je zasadzić?
Wtedy Mary opowiedziała mu o Bazylim i jego rodzeństwie w Indjach, i o tem, jak ich niecierpiała, i jak oni nazywali ją «panną Mary kapryśnicą».
— Tańcowali około mnie i śpiewali:

«Panno Mary, kapryśnico,
Odwróć zagniewane lico!
Czy w ogródku rosną kwiatki,
Róże, dzwonki i bławatki?»


— Przypomniało mi się to właśnie, i ciekawa byłam, czy istnieją kwiatki, jak dzwonki.
Zmarszczyła czoło i jakby ze złością uderzyła grabiami w ziemię.
— Ale ja nie byłam taka kapryśnica, jak oni.
Dick śmiał się.
— Ej! — zawołał, rozdrabniając ręką ziemię i wdychając jej zapach — zdaje mi się, że nikt nie potrzebuje kaprysić, gdy ma wkoło siebie kwiatki takie śliczne i tyle cudnych, dzikich rzeczy, co tu się pną i zwieszają, i takie stworzonka, co domki i gniazdka sobie budują, a ćwierkają i śpiewają. No, czy nieprawda?
Mary, klęcząca obok niego i podająca mu nasionka, zwolna czółko rozmarszczyła.
— Dicku, jesteś tak miły, jak Marta mówiła. Lubię cię, i to już piąta osoba. Nie byłabym nigdy myślała, że będę lubiła aż pięć osób.
Dick usiadł na piętach, jak Marta, gdy czyściła kominek. W Mary przekonaniu wyglądał zabawnie i uroczo zarazem z swojemi okrągłemi oczyma, czerwonemi policzkami i zabawnym, zadartym nosem.
— Tylko pięć osób panienka lubi? — zawołał. — A kto są ci czterej pozostali?
Mary poczęła wyliczać na palcach:
— Matka twoja, Marta, gil i Ben Weatherstaff.
Dick zaczął się śmiać tak, że musiał sobie dłonią usta zatknąć.
— Ja wiem, że panienka myśli, żem dziwny chłopak — rzekł — ale ja znów myślę, że panienka jest najdziwniejsza dziewczynka pod słońcem.
Wtedy Mary zrobiła coś dziwnego. Pochyliła się ku niemu i zadała pytanie, jakie jej nigdy przedtem nie byłoby do głowy przyszło.
— A ty czy mnie lubisz? — spytała.
— Ojoj! — odpowiedział serdecznie — jeszcze jak! Strasznie panienkę lubię i jestem pewny, że gil tak samo lubi panienkę.
— To byłoby dwóch już przyjaciół — rzekła Mary. — Dwóch przyjaciół własnych!
Poczem oboje zaczęli pracować jeszcze pilniej i radośniej, niż przedtem. Mary przelękła się i zmartwiła, gdy posłyszała dzwon podwórzowy, wzywający na obiad.
— Będę musiała iść już — rzekła smutno. — A i ty pewnie musisz wracać, prawda?
Dick uśmiechnął się.
— Mój obiad nietrudno zabrać z sobą — wyrzekł. — Matka mi zawsze do kieszeni cośkolwiek włoży.
Podniósł kurtkę z trawy i wyjął z kieszeni niezdarne zawiniątko z grubej, czystej chustki niebieskiej w białe centki. Były w niej dwa grube kawałki chleba z kawałkiem czegoś jeszcze w pośrodku.
— Zwykle dostaję sam chleb tylko — objaśnił Dick — alem dziś dostał kawałek tłustej słoninki.
Mary pomyślała, że to dziwny obiad, ale Dick zdawał się bardzo z niego zadowolony.
— Niech panienka śpieszy się zjeść obiad — rzekł. — Ja się prędko z moim uwinę. Jeszcze tu trochę popracuję, zanim do domu pójdę.
Usiadł na ziemi, opierając się o drzewo.
— Zawołam tu sobie gila, — powiedział — dam mu skórkę słoniny do dziobania. Gil bardzo lubi tłustość.
Mary trudno było z nim się rozstać. Naraz wydało jej się, że Dick — to wróżka leśna, która zniknie, i której nie zastanie, gdy po obiedzie wróci do ogrodu. Wydawał się zbyt dobry, by mógł być rzeczywistością. Zwolna podeszła na pół drogi ku drzwiom, poczem zatrzymała się i zawróciła.
— Cokolwiekby się stało, nigdy nic nie powiesz? — rzekła.
Czerwone jak maki policzki chłopca wydęte były pierwszym kęsem chleba ze słoniną, lecz usiłował zachęcająco się uśmiechnąć.
— A gdyby panienka była mysikrólikiem i pokazała mi swoje gniazdko — czy sądzi panienka, żebym komukolwiek powiedział? Nie, ja nie jestem taki. Panienka może spokojna być, jak mysikróliczek.
I Mary rzeczywiście była całkiem spokojna.


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – MYSIKRÓLIKA.
  2. 2,0 2,1 Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Frances Hodgson Burnett i tłumacza: Jadwiga Włodarkiewiczowa.