Strona:PL Frances Hodgson Burnett - Tajemniczy ogród.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Mary, klęcząca obok niego i podająca mu nasionka, zwolna czółko rozmarszczyła.
— Dicku, jesteś tak miły, jak Marta mówiła. Lubię cię, i to już piąta osoba. Nie byłabym nigdy myślała, że będę lubiła aż pięć osób.
Dick usiadł na piętach, jak Marta, gdy czyściła kominek. W Mary przekonaniu wyglądał zabawnie i uroczo zarazem z swojemi okrągłemi oczyma, czerwonemi policzkami i zabawnym, zadartym nosem.
— Tylko pięć osób panienka lubi? — zawołał. — A kto są ci czterej pozostali?
Mary poczęła wyliczać na palcach:
— Matka twoja, Marta, gil i Ben Weatherstaff.
Dick zaczął się śmiać tak, że musiał sobie dłonią usta zatknąć.
— Ja wiem, że panienka myśli, żem dziwny chłopak — rzekł — ale ja znów myślę, że panienka jest najdziwniejsza dziewczynka pod słońcem.
Wtedy Mary zrobiła coś dziwnego. Pochyliła się ku niemu i zadała pytanie, jakie jej nigdy przedtem nie byłoby do głowy przyszło.
— A ty czy mnie lubisz? — spytała.
— Ojoj! — odpowiedział serdecznie — jeszcze jak! Strasznie panienkę lubię i jestem pewny, że gil tak samo lubi panienkę.
— To byłoby dwóch już przyjaciół — rzekła Mary. — Dwóch przyjaciół własnych!
Poczem oboje zaczęli pracować jeszcze pilniej i radośniej, niż przedtem. Mary przelękła się i zmartwiła, gdy posłyszała dzwon podwórzowy, wzywający na obiad.
— Będę musiała iść już — rzekła smutno. — A i ty pewnie musisz wracać, prawda?
Dick uśmiechnął się.