Strona:PL Frances Hodgson Burnett - Tajemniczy ogród.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nikt nie wchodzi — odrzekł. — Zawsześmy byli ciekawi, jak też wygląda.
Zatrzymał się, rozglądając się dokoła, na cudny, szarawy gąszcz nad swą głową, a okrągłe jego oczy wyglądały dziwnie uszczęśliwione.
— O! co tu gniazd będzie, gdy wiosna nadejdzie! — rzekł. — Tutaj to w całej Anglji najlepsze miejsce do budowania gniazdek. Nikt tu nie wchodzi, a gąszczu drzew i róż tyle! Można gniazdka zakładać. Dziwię się, że wszystkie ptaszki ze stepu tu się nie zlecą, by tu gniazdka swe budować.
Mary znów, nie zdając sobie z tego sprawy, uchwyciła go za rękaw.
— Czy będą tu róże? — wyszeptała. — Możesz mi powiedzieć? Bo ja myślę, że może one wszystkie poschły.
— O, nie! Nie wszystkie! — odparł. — Niechno panienka spojrzy!
Podszedł do najbliższego drzewa — starego bardzo, którego kora pokryta była grubą warstwą szarego mchu, a gałęzie poobwieszane splątanemi pędami róż. Wyjął z kieszeni duży nóż i rozciął jeden z pędów.
— Mnóstwo tu suszków, które trzebaby poobcinać — rzekł. — I duża część drzewa sucha, ale w przeszłym roku puściło jeszcze świeże pędy. Ten, naprzykład, świeży — to mówiąc, wskazał na odrośl, która miała brunatnozielony kolor, nie zaś suchy, szary.
Mary dotknęła gałązki z pewnym rodzajem czci i zapału zarazem.
— Ta tutaj? — rzekła. — Czy ona całkiem żywa — całkiem?
Dick zęby pokazał w szerokim uśmiechu.
— Taka żywa, jak panienka, albo jak ja — odparł.
— Jakam ja szczęśliwa! — wyszeptała. — Takbym chciała, żeby wszystkie drzewa żywe tu były. Obejdźmy naj-