Tajemnice Londynu/Tom II/Część pierwsza/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Paul Féval
Tytuł Tajemnice Londynu
Wydawca S. H. Merzbach
Data wydania 1847
Druk S. H. Merzbach
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Seweryn Porajski
Tytuł orygin. Les Mystères de Londres
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


X.
PODCZAS OPERY.

Kapitan Paddy wciągnął Ślimaka w jeden z ciemnych, zakątków, których jest mnóstwo wzdłuż uliczki przezwanéj Before-Lane.
Nim otworzył usta, starannie się oglądał. Nie dostrzegł nikogo, i tak zaczął:
— Moje kochane dziécię, rzekł poważnym i dogmatycznym głosem — chociaż z pewnością twierdzić można, że u ciebie przewrotność wyprzedziła lata, i chociaż dusza twoja czarniejszą jest jak najczarniejsza dziura na téj tu przeklętéj uliczce, dotąd jednak nie wykonałeś jeszcze nigdy ważnego polecenia... miauczenie, do djabła! nie jest rzemiosłem, dodał Paddy, którego wymowa pociągnęła do zwykłych formuł, całe życie, nikczemny włóczęgo, mój kochanku, jak Bóg żywy! nie możesz miauczeć. Trzeba przecie obrać sobie jakieś stanowisko, zapewnić los, albo niech mię djabli porwą!... Kassy oszczędności (saving’s banks) nie są wyłącznie dla samych psów urządzone!... Mówiłem więc, niech mię piorun trzaśnie!... Hm!... hm!... Mówiłem, obrzydły kandydacie do Botauy-Baj, biédny mój kochany chłopcze... pewny jestem, że mówiłem, do kroćset djabłów! mówiłem... cóż wreszcie mówiłem łotrze?
— Nie wiém kapitanie, odpowiedział Ślimak.
— Nie wiész gapiu, pewno nie wiész... bo i ja także nie wiém... ale inną razą przypomnę sobie... Czy chcesz zarobić dziesięć gwineów?
— To mi wszystko jedno, kapitanie.
— Co, padalcze! co, mój synu!... mówię ci o dziesięciu gwineach... jest za co wypić kilka garncy wódki, prześliczny mały szelmo; jest za co, brudny gadzie, kupić tytoniu dla twéj pięknej Madge, bezwątpienia najobrzydliwszej istoty!... ale nie mówmy o tém.
Od kilku już sekund Ślimak nieco odwrócił głowę i nie słuchał. Inaczej byłby surowo skarcił nieprzyzwoite wyrażenie się kapitana o Madge pięknéj roznosicielce wody.
Nie słuchał, bo był mocno zatrudniony śledzeniem poruszeń czarnéj, zaledwie dostrzegalnej massy, co się przesuwała wzdłuż domów od strony szynkowni pod fajką i garnkiem. Massa ta postępowała powoli, ale bez przerwy, dążąc ku wklęsłości, w któréj kapitan Paddy miał ważną ze Ślimakiem naradę.
— I cóż, piekielny Ślimaku! zaczął znowu kapitan, cóż ty na to?
— To Bob, szepnął malec.
— Ten dzieciak albo pijany albo głupi, pomyślał Paddy: Ślimaku, mój synu, cóżeś tam mówił o tém szkaradnym żebraku Bobie-Lantern, naszym godnym towarzyszu?
— Oto go masz! odpowiedział Ślimak.
— Gdzie? spytał Paddy drżąc.
Ślimak wskazał palcem na czarną massę, która powoli a ciągle się zbliżała.
— To, to Bob? mruknął kapitan; można powiedzieć, że ten kochany chłopak i w dzień i w nocy podobny jest do kupy błota!... Co do ciebie, mała zarazo, skarbie nieoszacowany, nie znam tobie równego... do djabła, ja bym tego był nie widział, chociaż mam nie złe oczy... Mówmy po cichu... pozwól niech się zbliży kochany przyjaciel; coś mu winienem; czyń jakbyś na nic nie uważał... Mówiliśmy więc, że masz szczerą chęć, zarobić dziesięć gwineów.
— Wolałbym piętnaście kapitanie.
— Piętnaście, zgoda, młoda pijawko! nie będę się z tobą targował... Łatwą i zwyczajną dostaniesz robotę... Pójdziesz do tandeciarza i kupisz sobie całkowity ubiór dżentlmena... Wpakujesz w niego twoje kruche kości, wejdziesz do teatru i usiądziesz w bufecie... Czy rozumiesz?
— Dobrze... Bob już tylko o trzydzieści kroków.
Kapitan głębiéj posunął się w kąt, który go ukrywał.
— Daj mu pokój moje dziecko, niech się przybliży... w bufecie zaczekasz... aż przyjdzie do ciebie jeden dżentlmen i tak twéj ręki dotknie.
I dotknął jego ręki pewnym sposobem.
— Ale, spytał Ślimak, poczémże pozna mnie ten dżentlmen?
— Czym ci tego nie powiedział? zawołał Paddy; starzeję się, albo niech mię djabli porwą, wisielcze ziarna, mój kochany synu!... Włożysz sobie w dziurkę od guzika kawałek żółtéj wstążki.
— Rozumiem... Bob już tylko o dwadzieścia kroków.
— Pozwól mu niech się zbliża mój synu... Ten dżentlmen powie ci co masz robić, a ty będziesz mu posłuszny... Masz oto pięć gwineów na ubiór człowieka światowego i drugie pięć gwineów, szatańskie plemię, dla nabrania serca. Resztę dostaniesz potém.
— Dobrze kapitanie... Bob już tylko o dziesięć kroków.
— Ah! już tylko o dziesięć, kochany chłopak! mruknął Paddy.
I nagle zmieniając głos, dodał, tak aby go słyszano na całej Before-Lane.
— Prawda Ślimaku, dla Boga! młody złoczyńco... Największych filutów najchętniéj oszukują... Patrz naprzykład na tego obrzydliwego psa Boba, naszego poczciwego towarzysza, którego kochamy według jego zasługi; na szatana!... A więc mój synu, niebezpieczny molu, Bob jest oszukany, niegodnie oszukany, przez tę swoję Temperancyą, za którą szaleje biédny djabeł!
Bob stanął jak wryty. Ślimak śmiał się pocichu. Kapitan silnie ścisnął gałkę swéj laski.
— Niech mię Bóg skarze, zaczął znowu, szkoda go! Bob jest to żyjąca hańba, kawałek taczającego się gnoju, ale do djabla, przytém wszystkiém poczciwy kolega... A skoro człowiek pomyśli, że go żona zdradza dla tego wielkiego szelmy Toma Turnbull.
— Turnbulli ryknął wściekły Bob.
— Ktoś tu przemówił; zawołał Paddy wyskakując z ukrycia; ktoś przemówił, śmierć i krew!... kto tu gada?... kto tu jest!... kto tu podsłuchuje!...
Kapitan schwycił laskę w obie ręce i całémi silami wymłócił nią Boba po karku. Ten uciekł wyjąc. Ślimak trzymał się za boki.
— Nauczę ja cię na przyszłość kraść mi moje fularowe chustki! mruknął Paddy z tryumfem.
Ale zemsta jego dalej sięgnęła niż mniemał. Bob nie bardzo czuł razy jego laski; Paddy serce mu raczéj rozranił.
Nim wrócił do szynku pod fajką i garnkiem, chwiejąc się oparł się o mur i konwulsyjnie ściskał sobie piersi rękami.
— Temperancyo! rzekł, ah!... Temperancyo!... Turnbull! Ścisnął pięści i wściekle niémi pogroził.
— Ah! Turnbull, powtórzył.
Wróciwszy do szynkowni, usiadł obok Micha.
Kapitan Paddy, kontent ze skutku swojéj komedyi, opuścił Ślimaka i wrócił do Cowent-Garden.
Zapomniał kupić pomarańczy dla mistress Brunett, która mu nigdy nieprzebaczyła tego lapsus galanteryi.
Ślimak poszedł do tandeciarza kupować suknie dżentlmena.
W chwili gdy wracamy do sali wraz z poczciwym kapitanem przedstawienie odbywało się jak najlepiéj. Drugi akt Wolnego Strzelca i dobrze i źle śpiewany przez niemiecką trupę, bez przeszkody zbliżał się do końca. Była to, prawdę mówiąc, rzecz najmniejszéj wagi. My londyńscy barbarzyńcy, najpiękniejszą w świecie operę oddalibyśmy za połowę baletu. Nie chętnie się do tego przyznajemy, ale w końcu prawda otwiera sobie drogę i prędzéj lub późniéj wychodzi na wierzch.
Oczekiwano zatem baletu. Weber był tylko pozorem zgromadzenia, a prawdziwym jego celem były zwinne nóżki signory Briotty.
W ciągu takowego oczekiwania, oddawano sobie wizyty, co chwila otwierała się jaka loża zajęta przez damy, dając w sobie schronienie dżentlmenowi, który przybywał złożyć swoje uszanowanie.
Znani nam dżentlmenowie odwiedzali z kolei także i hrabinę de Derby i księżnę de Longueville. Zuzanna tak się umiała znaleźć z każdym, jakby wiek dziecinny przypędziła na owych modnych pcensyach, w których córki lordów uczą się dobrego znalezienia się.
W środku aktu Brian de Lancester wyszedł z łozy lady Campbell. Serce Zuzanny mocno biło. Czekała rachując każdy krok, który mógł zrobić na korytarzu okalającym loże. Czuła że przyjdzie.
Oczekiwanie trwało minutę. W końcu tego czasu lekki szelest dał się słyszéć u drzwi loży. Otoż i on! szepnął tajemniczy głos do ucha Zuzanny: bądź szczęśliwa, ale i roztropna!...
Drzwi otworzyły się i wszedł Brian de Lancester.
Z uszanowaniem przywitał lady Ofelię i prosił, aby go przedstawiła księżnie de Longueville.
Gdy rozmawiał z hrabiną, Zuzanna chciwie mu się przypatrywała, nie potajemnie i ukradkiem, jak to zwykle czynią młode dziewice, ale z podniesioną głową i nieukrywając bynajmniéj téj pociągającéj siły, która ją ku niemu porywała.
Brian może to postrzegł, ale udał, że nic nie widzi.
— Nie byłeś pan wczoraj na balu w Trewor-house? spytała hrabina.
— Nie pani, odpowiedział Brian; mimo całego pociągu jaki ma bal dany nie we właściwéj porze, cały wieczór musiałem poświęcić zatrudnieniom moim i ciągle sprzedawałem zapałki chemiczne u drzwi milorda brata mego.
Powiedział to naturalnym tonem i zupełnie seryo.
Hrabina nie mogła powstrzymać na sobie uśmiechu.
— Biédny hrabia, rzekła, pan nie masz nad nim litości!... Ale sądzę że przecież nie całą noc sprzedawałeś pan zapałki?
— Nie pani, tylko do godziny jedenastéj... Potém przytrafił się mały przypadek, który będę miał przyjemność opowiedzieć pani hrabinie... Siedziałem sobie spokojnie u drzwi pałacu, krzycząc na całe gardło: zapałki! zapałki! gdy wtém intendent mego brata, — który się nazywa Paterson — zawołał na mnie z ganku, abym poszedł precz... Naturalnie zapytałem go, czy nie chce kupić paczki zapałek za dwa pensy... Za całą odpowiedz, łotr wysłał na mnie grooma, który mnie porządnie swą laską osmagał.
— Do prawdy! zawołała hrabina.
Zuzanna poczerwieniała.
— Mam honor powtórzyć pani hrabinie, że istotną prawdę mówię — odpowiedział pan de Lancester, — porządnie mnie wybił.
— I cóżeś pan uczynił?
— Na nieszczęście pani, nie jestem bogaty... wyjąłem pugilares i tylko lichą pięcio-liwrową bankocetlę dałem groomowi.
— Pięć liwrów za to, że pana obito!
— Byłbym chętnie i z dobrego serca zapłacił za nie dziesięć gwineów, gdyby moje dochody na to pozwalały... O! bo widzi pani, milord mój brat musiał opłakaną noc przypędzić!... Miałem tam kilku dobrych przyjaciół, którzy mi posłużą za świadków, i zaniosłem skargę do sądu... Stąd wzrośnie proces, skandal, milady!... brat kazał lokajowi obić brata... Pragnę, aby adwokat mój wszystkich słuchaczy do gorących łez pobudził... Wszak jest czego płakać, nie prawdaż?... Ale racz mi pani powiedzieć, czy nie postrzegłaś w sali hrabiego de White-Manor?
— Właśnie, gdybym go nawet widziała, nie przyznałabym się panie do tego, odrzekła hrabina; w istocie litość bierze nad tym biédnym lordem.
— Dziękuję pani! odpowiedział Brian, z lekką dobitnością — i to już coś znaczy dla słabszego, kiedy może oddalić od siebie litość ludzi i przelać ją przytłaczającą i szyderczą na swego przeciwnika!
Brian de Lancester powstał domawiając tych słów; oko jego błyszczało, w całéj jego osobie malowała się energia wielki stanowiąca kontrast z pozorną swawolą jego mowy.
Zuzanna nie wiele zrozumiała z całéj téj rozmowy. — Literalnie biorąc wszystko co Brian powiedział, mniemała, iż zgaduje, że on jest nieszczęśliwym. Serce jéj oburzało się na samą myśl o zniewadze jakiéj doznawał człowiek, którego tak dalece nad innych przekładała. Chciała go pocieszyć i miłość swą jak balsam przyłożyć do rany zakrwawiającej duszę Laucestra.
Wizyta jego zdawała się już być skończoną, a właśnie tego obawiała się Zuzanna, bo miał zamiar odejść tak jak przyszedł, nieokazawszy jéj najmniejszéj przychylności, jéj, co go tak mocno, tak namiętnie kochała.
I kiedyż go znowu ujrzy?
Drzwi loży znowu się otworzyły. Wszedł nowy gość. Brian, który już pożegnał hrabinę i miał odchodzić, nagle się opamiętał, i bez ceremonii usiadł przy Zuzannie.
Hrabina rozmawiała teraz z nowo przybyłym.
Mogło to uchodzić za prawdziwe sam na sam.
Brian milczał przez kilka sekund. Wlepił w Zuzannę dziwny, silny i nieprzerwany wzrok. Biédna dziewica drżała pod tém spojrzeniem, co kruszyło jéj silną naturę, co ją poskramiało i czyniło niewolnicą. — Tysiące powikłanych myśli tłoczyło się jéj do głowy, a serce głucho biło w piersi, jakby nagle wzdęte nie mogło już pomieścić w sobie zbytku powietrza.
— Jakże pani jesteś piękna! rzekł nakoniec Brian poważnie i smutno. Lepiéj byłoby żebym pani był nie widział.
Zamilkł i ujął rękę Zuzanny, która jéj wcale nie cofnęła.
— Nie lękam się śmieszności, mówił daléj, jeżeli mię oszukano dla naśmiewania się potém zemnie, mniejsza oto... poprzestanę na twojém pani przebaczeniu, o które z góry błagam... Powiedziano mi, że mię pani kochasz.
— Prawda, odpowiedziała Zuzanna.
Brian de Lanccster został jakby odurzony tak niespodzianą odpowiedzią. Mimowolnie spuścił oczy. Gdy je znowu podniósł, dwie łzy zwolna spłynęły po zbladłém licu pięknéj dziewicy.
Brian de Lancester był Anglikiem w całém znaczeniu tego wyrazu. Wszelkie wzruszenie obcém mu było. Dla téj to właśnie przyczyny, kiedy, coby się zdawało niepodobném, wzruszenie znalazło drogę do jego serca, dobywał się do niego szturmem. Był wzruszony, a wzruszony silnie, bo płaszczyk oziębłości, co go zwykle okrywał, rozdarł się jakby czarami.
— Kochasz mię pani! powtórzył drżącym głosem; niestety, ale mię pani nie znasz!... nie znasz pani mego płochego życia!...
Ja, ja cię pani nie kocham, ja cię nie chcę kochać... bo by to było okrucieństwem, zdradą, niegodziwością!...
Zuzanna spojrzała na niego, a uśmiech oświecił jéj powiekę, na której łzy już usychały.
— Pan mię będziesz kochał, rzekła; o! będziesz!.. czuję to, wiém to... głos pański mówi mi to wbrew jego słów.
Brian nie zaraz odpowiedział; nasycał się przez chwilę wpatrywaniem w tę cudowną istotę, którą jedném słowem mógł sobie przywłaszczyć; pełną czarą pił namiętność błyskającą z pod przymkniętych do połowy oczu Zuzanny; był zwyciężony.
— Tak jest, będę cię pani kochał, rzekł nakoniec cicho, zgłębi duszy; oddam ci pani wszystko co oddać mogę... Wiele rozsądnych osób ma mnie za szalonego, i ja sam czasami nie wiém co myśleć o sobie... Ale czekaj pani!...
Brian sucho ostatnie słowa wymówił. Oko jego dopiéro namiętnie wpatrujące się w piękną duszę Zuzanny, rzuciło teraz w głąb sali błysk pełen goryczy i gniewu.
Spostrzegł w przeciwległéj loży drzemiącą, znudzoną twarz swego brata, hrabiego White-Manor.
— Pani, zaczął znowu — usiłując przybrać maskę zwykłéj zimnéj krwi, jeżeli mię pani za dziesięć minut jeszcze kochać będziesz, ja nawzajem kochać cię będę przez całe życie. Wstał i wyszedł nagle zostawując Zuzannę zdumioną.
Lady Ofelia, z delikatnym taktem kobiéta, umyślnie nie uważała na to co zaszło, i zupełnie oddała się słuchaniu finału drugiego aktu, który w téj chwili śpiewano.
Pan de Lancester tymczasem zbiegł czémprędzéj po schodach i zatrzymał się dopiéro aa ulicy.
— Johnny! zawołał.
Kabryolet, który go przywiózł, stał nie daleko. Wysiadł z niego jakiś człowiek.
— Moja skrzynka i bluza Johnny! rzekł Brian prędko zrzucając elegancki czarny frak i idąc do kabryoletu.
Johnny wyjął z pojazdu bluzę i biały fartuch.
Brian de Lancester ubrał się w bluzę, przypiął fartuch, wziął pod pachę skrzynkę, którą mu podał Johnny i znowu pobiegł na schody teatru Cowent-Garden.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Paul Féval i tłumacza: Seweryn Porajski.