Szkoła tańca

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Szkoła tańca
Pochodzenie Cztery siostry
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze RÓJ
Data wydania 1929
Druk Drukarnia „GRAFJA“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
SZKOŁA TAŃCA.

Ze wszystkich szkół tańca, jakie kiedykolwiek oglądały światło dnia, żadna chyba nie cieszyła się tak wielką popularnością w obrębie swej dzielnicy, jak szkoła Signor Billsmethi’ego. Nie mieściła się ani w Wiosennych Ogrodach, ani na Newman-street, ani na Berners-street, ani Gower-street, ani Charlotte-street, ani na Percy-street, ani na żadnej innej z niezliczonych „streets“, które są odwiecznem siedliskiem robotników, aptekarzy i drobnych hotelarzy; wogóle nie leżała na Zachodnich Krańcach — zbliżała się raczej do wschodniej części Londynu, — sąsiadowała z ludną i ciekawą okolicą karczmy Gray’a. Nie była to arystokratyczna szkoła tańca — cztery szylingi i sześć pensów za kwartał, to stanowczo bardzo niewiele. Towarzystwo dobierano starannie, ograniczając liczbę uczniów do siedemdziesięciu pięciu i pobierając kwartalną opłatę zgóry. Były lekcje ogólne i prywatne — była sala balowa, był mały salonik. Rodzina Signor Billsmethi’ego liczyła się razem z salonem, jako umeblowanie, i przyczyniała się arcy — dzielnie do podniesienia opłaty za ten lokal. A więc uczeń miał salon Signor Billsmethi’ego, aby tańczyć w nim, i rodzinę Signor Billsmethi’ego, aby tańczyć z nią. A kiedy już dostatecznie otrzaskał się ze sztuką tańca w salonie, awansował do sali balowej. Taką była postać szkoły Signor Billsmethi’ego, kiedy pan August Cooper, zamieszkały przy Fetter-lane, po raz pierwszy zauważył żywą reklamę, posuwającą się powoli wzdłuż Helborn-hillu, a zawiadamiającą, że niejaki Signor Billsmethi, przełożony szkoły tańca, zamierza otworzyć sezon wielkim balem.
Wspomniany pan August Cooper należał do znakomitego cechu mydlarzy — był w kwiecie lat, miał małą pensyjkę, małą izdebkę i małą matkę, która rządziła swym mężem i jego interesami, póki żył, i poczęła z kolei rządzić swym synem i jego interesami, gdy umarł. Podczas dni powszednich musiał siedzieć biedny August w komorze obok sklepu, a w niedzielę ślęczeć w kaplicy Bethel, w małem sosnowem pudle bez pokrywki, zwanem przez grzeczność „lożą“. To też wiedział o świecie tyle, co siedmioletnie dziecko, gdy tymczasem Young White, czeladnik gazomontera z przeciwka, młodszy od Augusta o całe trzy lata, hulał sobie, jak młody bóg — chodził do teatru — bywał na wieczorkach — ostrygi łykał całemi baryłkami — wódkę chlał całemi galonami — po nocach nie bywało go w domu, a nazajutrz przychodził trzeźwy i spokojny, jakgdyby nic. A więc pan August Cooper powziął postanowienie, że raz wreszcie skończy z tem niemowlęctwem, i tego samego dnia wyjawił matce gotowość oddania się w szpony wszystkim djabłom, o ile natychmiast nie znajdzie się w posiadaniu klucza od bramy. Potem puścił się luzem po Hollborn-hill’u, rozmyślając na temat swej przyszłości i kombinując, jakby tu się dostać do jakiegoś eleganckiego towarzystwa. Wtedy właśnie padł jego wzrok na ogłoszenie Signor Billsmethi’ego, które mu dziwnie przypadło do smaku, pozwalało bowiem dobrać sobie za jednym zamachem kółko wesołych towarzyszy z pośród siedemdziesięciu pięciu uczniów, a równocześnie wyćwiczyć się w oberku gwoli własnemu zadowoleniu i ku wielkiej radości przyjaciół. Stanął więc przed afiszem — był to żywy sandwicz: chłopiec ściśnięty dwiema deskami — i zaopatrzywszy się w kartkę z adresem Signora, skierował się natychmiast do jego domu — przyczem maszerował z zawrotną szybkością, w obawie, aby przed jego przyjściem lista nie została zamknięta i liczba siedemdziesięciu pięciu uczniów dokompletowana.
Signor był w domu i — co za niespodzianka! — okazał się Anglikiem! Jaki elegancki — i jaki uprzejmy! Lista nie była zamknięta, ale dziwnym zbiegiem okoliczności, pozostało tylko jedno miejsce, a i to zostałoby wypełnione przed połową godziny, tylko, że Signor Bilsmethi nie był zadowolony z kandydatki, i obawiając się, że nie należy do śmietanki towarzystwa, nie zechciał jej przyjąć.
— I bardzo się cieszę, że jej nie przyjąłem. Zapewniam pana, panie Cooper — nie mówię tego w formie pochlebstwa, gdyż wiem, że Pan dla pochlebstw jest niedosiężony — zapewniam Pana, że czuję się szczęśliwym, mogąc włączyć do kompletu dżentlmena o pańskim wyglądzie i pańskich manierach.
— Cieszę się z tego również — odparł August.
— To też spodziewam się, że wkrótce zawrzemy bliższą znajomość.
— Podobnież ja, — odpowiedział August.
W tej samej chwili drzwi się otworzyły i weszła młoda, przystojna panna. Włosy miała krótkie, spierścienione, kostki nóg owiązane sznurowadłem od pantofli — na wzór antycznych sandałów.
— Nie uciekaj, kochanie — rzekł Signor Billsmethi, — albowiem panna weszła nie wiedząc nic o obecności pana Coopera i teraz, zawstydzona, próbowała umknąć. — Nie uciekaj, pozwól, że cię przedstawię — pan Cooper z Fetter-lane — moja córka, panna Billsmethi, która, spodziewam się, będzie miała zaszczyt przetańczyć z Panem niejednego kadryla, niejednego menueta, gawota, kontredansa, fandango, oberka i farinagolkadżingo. Ona zna wszystkie te tańce — a i Pan będzie je znał, zanim się Pan postarzeje o jeden kwartał.
Tu Signor Billsmethi poklepał pana Augusta Coopera po plecach tak przyjaźnie, jakgdyby się znali przynajmniej dziesięć lat, a pan Cooper skłonił się przed panną, a panna dygnęła przed panem Cooperem, a Signor Billsmethi orzekł, że tworzą razem najpiękniejszą parę pod słońcem. Wtedy panna krzyknęła „Tatusiu!“ i zaczerwieniła się tak mocno, jak sam pan Cooper, — możnaby pomyśleć, że stoją pod czerwoną lampą w oknie apteki. Zanim pan Cooper opuścił lokal, postanowiono, że tego jeszcze wieczoru zjawi się w familijnem kółku państwa Billsmethi — tylko bez ceremonij! — i nauczy się tanecznych pas, aby nie tracić czasu i wziąć udział w zbliżającym się balu.
Doskonale. Pan August Cooper udał się do najtańszego szewca w całem Holborn, u którego można było dostać eleganckie półbuty za siedem szylingów sześć pensów, a przyzwoite buty na codzień zupełnie za bezcen. August kupił parę djabelne szykownych półbutów ze szpicami i zadziwił w nich najpierw samego siebie, a potem swój dostojny pień macierzysty. Następnie pogalopował do Signor Billsmethi’ego.
W salonie czekało już czterech nowych uczniów: dwie panie i dwaj panowie. Przemili ludzie! Ani krzty pychy! Zwłaszcza jedna z pań, która uczyła się roli Kolombiny, okazała się niezwykle uprzejmą i razem z panną Billsmethi zajęła się panem Augustem Cooper ze wzruszającą troskliwością: śmiała się, żartowała i wyglądała tak czarująco, że zaraz poczuł się, jak u siebie w domu, i w pięć minut opanował wszystkie tajniki tanecznych pas. Gdy lekcja dobiegła do końca, Signor Billsmethi, panna Billsmethi, młodszy pan Billsmethi, pewna młoda panna, dwie panie i dwaj panowie zatańczyli kadryla. To był przynajmniej kadryl! Żadnych powolnych, flegmatycznych kroków, żadnych ciężkich, powłóczystych ruchów — ale tak że, się — psiakrew! — gorąco robiło na duszy. Skoki z jednego rogu pokoju na drugi, nurki pomiędzy krzesłami, przeprawy pod stołem — to się nazywa taniec! Zwłaszcza Signor Billsmethi, jakkolwiek miał przez cały czas niemało kłopotu z lilipucich rozmiarów skrzypkami, na których rzępolił gościom do tańca, pomimo to dokazywał cudów akrobatyki, a młody pan Billsmethi, kiedy już wszystkich innych opuściły siły, tańczył wciąż jeszcze oberka z laską w ręku, z talerzem od sera na głowie, zyskując gorące oklaski towarzystwa.
Ze względu na doskonały nastrój nie wypadało się tak wcześnie rozchodzić, więc Signor Billsmethi postanowił zatrzymać gości na kolację i zaproponował, aby posłać młodego Billsmethi’ego po piwo i wódkę. Słysząc to, dwaj panowie zaklęli zcicha: — Niech ich jaśni djabli, nie chcą fundować, psiajuchy! — i zaczęli się kłócić, kto ma zapłacić za trunki. Na szczęście pan August Cooper oświadczył, że chętnie poniesie wszystkie koszty, jeżeli mu tylko łaskawie na to zezwolą — i, oczywiście, zezwolono mu łaskawie. Wtedy młody pan Billsmethi przyniósł baryłkę piwa i kwartę rumu — i zaczęła się pijatyka. Co to była za radość! Panna Billsmethi uścisnęła pod stołem rękę pana Augusta; pan August oddał uścisk z procentem. Kiedy powrócił do domu, była godzina szósta nad ranem. Natychmiast został wpakowany do łóżka przez starszego czeladnika, ale przedtem kilkakrotnie wyraził dziką chęć zrzucenia swej szanownej macierzy z drugiego piętra i uduszenia czeladnika jego własnym szalikiem, który także służył jako chustka do nosa.
Minęły tygodnie. Półbuciki ze szpicami zdarły się niemal do cna. Zbliżał się termin wielkiego balu kostjumowego, na którym pełna liczba siedemdziesięciu pięciu uczniów miała się zaprezentować pierwszy raz w tym sezonie i odwetować sobie pewną część zapłaconych za kwartał czterech szylingów sześciu pensów — w postaci oliwy do lamp i bandy rzępołów. Pan August Cooper obstalował nową marynarkę i zapłacił za nią dwa funty dziewięć szylingów. Miał to być jego pierwszy występ publiczny. Po odtańczeniu sycyljany przez czternaście panien w powiewnych szalach, winien był pan August wykonać kadryla w towarzystwie samej panny Billsmethi, z którą łączyły go obecnie węzły bardzo intymnej przyjaźni. Co to była za noc! Niewiadomo było, co bardziej podziwiać. Sandwiczowy chłopiec stał w bramie i zabierał gościom kapelusze i czapki. W pokoju od tyłu mieściło się składane łóżko, które zapomocą zręcznej manipulacji można było zamienić na stół, i na niem przygotowywała panna Billsmethi kawę i herbatę dla tych panów, którzy zechcieli łaskawie zapłacić za poczęstunek, i dla tych pań, którym panowie zechcieli łaskawie wyżej wspomniane napoje zafundować. Roznoszono czerwone wino, poncz i lemoniadę, po osiemnaście pensów porcja. A na skutek uprzedniego porozumienia z karczmą, mieszczącą się na rogu ulicy, zjawił się nadliczbowy kelner i zadziwił gości swą zręcznością. Krótko mówiąc — organizacja balu była tak wspaniała, że nic jej nie mogło przewyższyć, oprócz samego chyba towarzystwa. Co za kobiety! Jakie pończochy — wszystko z czerwonego jedwabiu! A co za sztuczne kwiaty! A ile dorożek! Zaledwie jedna dorożka przywiozła transport pań, zaraz nadjeżdżała druga z nowym transportem. I co najdziwniejsze: znały nietylko jedna drugą, ale także większość obecnych panów, którzy dodawali zgromadzeniu tyle życia, ile tylko zdołali z siebie wykrzesać. Signor Billsmethi w czarnym, obcisłym garniturze, z szeroką błękitną wstążką przerzuconą naukos przez frak, przedstawił panie tym panom, którzy jeszcze nie znali całego towarzystwa, a panie szczebiotały i śmiały się rozkosznie — trzeba było je widzieć!
Taniec panien w szalach było to coś bajkowego. Jedwab szeleścił, lśnił i powiewał, panie zarzucały na siebie girlandy sztucznych kwiatów, plątały się w nich, wyplątywały nanowo! Co się zaś tyczy roli, jaką miał pan August Cooper odegrać w kadrylu, to trzeba przyznać, że odtworzył ją znakomicie. Prawda, że gubił niekiedy partnerkę; prawda, że od czasu do czasu tańczył z chwalebnym uporem nie tę figurę, którą należało tańczyć; prawda, że czasem bez wyraźnego celu kręcił się przed oczami zachwyconych widzów; ale biorąc rzecz ogólnie, udało się państwu Billsmethi przeprowadzić go przez te wszystkie przeszkody i postawić na właściwem miejscu. Za to kiedy skończył, zbliżyło się do niego kilku panów i wiele pań, winszując talentu i przysięgając, że nie widzieli jeszcze, aby początkujący zdobył się na podobną brawurę. Nic dziwnego przeto, ze pan August Cooper był z siebie całkowicie zadowolony i „postawił“ znaczną ilość porcyj whisky z wodą, ponczu i śliwowicy, ku wielkiemu zbudowaniu dwóch czy trzech tuzinów przyjaciół, dobranych z pośród dobranego grona siedemdziesięciu pięciu uczniów.
Może podziałał tu odurzający wpływ śliwowicy, może olśniewająca piękność dam, może jakieś inne czynniki: pozostaje rzeczą stwierdzoną, że pan August Cooper zachęcał raczej, niż zniechęcał, pewną młodą, uroczą pannę w białym perkalu, okrytym bronzową gazą; panna ta od samego początku wieczoru zwracała na niego wielką uwagę i obdarzała go szczególnemi względami. Kiedy flirt zaczął przybierać charakter poważny, panna Billsmethi dała wyraz swemu oburzeniu i zazdrości, nazywając pannę w bronzowej gazie „łotrzycą“, na co ta odpowiedziała krótko i węzłowato, wypominając w sposób dość drażliwy uiszczoną przez siebie sumę czterech szylingów sześciu pensów za kwartał. Wtedy pan August Cooper, będąc zlekka podochoconym i niebardzo wiedząc, co się święci, dał wyraz swej zupełnej zgodzie z oświadczeniem panny w bronzowej gazie. Na to panna Billsmethi poczęła drzeć się, jak mogła najgłośniej, w tempie czternastu wrzasków na minutę; a po nieudanym ataku na oczy panny w gazie i nos pana Augusta rozpaczliwym tonem wezwała pozostałych siedemdziesięciu trzech uczniów, aby ją zaopatrzyli w kwas szczawiowy gwoli jej własnej wygodzie. Wezwania nie uwzględniono, atak się ponowił, rozcięto jej taśmę od gorsetu, zaniesiono w triumfie do łóżka.
Pan August Cooper, nie będąc obdarzonym wybujałą inteligencją, nie rozumiał, co to wszystko znaczy, dopóki Signor Billsmethi nie dał mu wyczerpującego wyjaśnienia, oświadczając uczniom, że rzeczony August Cooper wielokrotnie zobowiązywał się wstąpić z jego córką w związki małżeńskie, a teraz zdradza ją najbezczelniej w świecie. Słuchających ogarnęło oburzenie, a że kilku rycerskich panów zapytało pana Augusta w sposób dość natarczywy, czy mu się przypadkiem coś nie należy, albo mówiąc innemi słowy, „czy nie chce oberwać“, przeto pan August uznał natychmiastową ucieczkę za najrozsądniejsze wyjście z sytuacji.
Skutki całej awantury wyszły na jaw następnego dnia: nadszedł nadzwyczaj niemiły list od prokuratora i zaczął się proces. Dwakroć błądził pan August po brzegu Serpentyny, ważąc myśl o samobójstwie, dwakroć wracał do domu, nie zamoczywszy nogi. Wreszcie zdecydował się przypuścić matkę do tajemnicy, a ta załagodziła sprawę, wyjmując z puszki dwadzieścia funtów szterlingów; co wraz z sumą zapłaconą panu Billsmethi czyni dwadzieścia funtów cztery szylingi sześć pensów, jeżeli pominąć poczęstunki i półbuciki.
Pan August Cooper wrócił na drogę cnoty i posłuszeństwa, do dziś dnia żyje pod opieką swej matki. A że zrezygnował z ambicyj towarzyskich i sam nie rusza się na krok z domu, przeto wedle wszlkiego prawdopodobieństwa nie wpadnie mu nigdy w rękę ten świstek, biedny August nie pozna opowieści o swych losach i nie zmądrzeje od niej ani trochę.

(Z cyklu „Characters“)




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: anonimowy.