Strona:PL Karol Dickens - Cztery siostry.djvu/79

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


panny Billsmethi, z którą łączyły go obecnie węzły bardzo intymnej przyjaźni. Co to była za noc! Niewiadomo było, co bardziej podziwiać. Sandwiczowy chłopiec stał w bramie i zabierał gościom kapelusze i czapki. W pokoju od tyłu mieściło się składane łóżko, które zapomocą zręcznej manipulacji można było zamienić na stół, i na niem przygotowywała panna Billsmethi kawę i herbatę dla tych panów, którzy zechcieli łaskawie zapłacić za poczęstunek, i dla tych pań, którym panowie zechcieli łaskawie wyżej wspomniane napoje zafundować. Roznoszono czerwone wino, poncz i lemoniadę, po osiemnaście pensów porcja. A na skutek uprzedniego porozumienia z karczmą, mieszczącą się na rogu ulicy, zjawił się nadliczbowy kelner i zadziwił gości swą zręcznością. Krótko mówiąc — organizacja balu była tak wspaniała, że nic jej nie mogło przewyższyć, oprócz samego chyba towarzystwa. Co za kobiety! Jakie pończochy — wszystko z czerwonego jedwabiu! A co za sztuczne kwiaty! A ile dorożek! Zaledwie jedna dorożka przywiozła transport pań, zaraz nadjeżdżała druga z nowym transportem. I co najdziwniejsze: znały nietylko jedna drugą, ale także większość obecnych panów, którzy dodawali zgromadzeniu tyle życia, ile tylko zdołali z siebie wykrzesać. Signor Billsmethi w czarnym, obcisłym garniturze, z szeroką błękitną wstążką przerzuconą naukos przez frak, przedstawił panie tym panom, którzy jeszcze nie znali całego towarzystwa, a panie szczebiotały i śmiały się rozkosznie — trzeba było je widzieć!
Taniec panien w szalach było to coś bajkowego. Jedwab szeleścił, lśnił i powiewał, panie zarzucały