Szkoła mężów/Akt pierwszy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Molier
Tytuł Szkoła mężów
Podtytuł Komedja w trzech aktach
Część Akt pierwszy
Pochodzenie Dzieła / Tom drugi
Data wydania 1922
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy »Bibljoteka Polska«
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI

Cały tom drugi

Indeks stron



AKT PIERWSZY.
SCENA PIERWSZA.
SGANAREL, ARYST.

SGANAREL:
Mój bracie, nie spierajmy się napróżno oba;
Niech każdy sobie żyje, jak mu się podoba.
Jakkolwiek niepomału mnie przewyższasz wiekiem,
I miałbyś prawo być już rozsądnym człowiekiem,
Wyznaję, że twój przykład wcale mnie nie skłania,
Bym miał, w jakiejbądź rzeczy, słuchać twego zdania;
Ze mojego rozsądku wystarcza mi władza,
I że mój sposób życia całkiem mi dogadza.
ARYST:
Lecz nie innym.
SGANARÉL: Tak, innym z przewróconą głową,
Jak ty, mój bracie.
ARYST:Dzięki za uprzejme słowo.
SGANAREL:
Pragnąłbym więc usłyszeć, gdy już mowa o tem,
Za cóż nagany jestem tak srogiej przedmiotem?
ARYST:
Za tę zawziętość, z jaką twoja niechęć dzika
I świata i niewinnej zabawy unika;
We wszystkiem się lubuje w surowym pozorze,
I dziwactwem się znaczy nawet w tym ubiorze.
SGANAREL:
Pewnie za modą trzeba zdążać, twojem zdaniem,
I ona, nie ja, rządzić winna mem ubraniem?
Czyżby to może miał być morał twej piosenki,
Mój panie starszy bracie, gdyż nim, Bogu dzięki,

Jesteś o lat dwadzieścia, powiem prosto z mosta
(Choć i mówić nie warto, tak ta rzecz jest prosta),
Czy ma mnie ona skłonić, ażebym w tej mierze
Na fircyków się młodych wzorował manierze?
Abym kapelusikiem przybrał głowę małym,
Co pozwala się wietrzyć móżdżkom przemądrzałym?
Może białej peruki włósieniem obfitym,
Ludzką twarz mi zasłonić każesz jeszcze przytem?
U ramion mały płaszczyk nosić, miast opończy,
Zaś kołnierz, co zaledwo u pępka się kończy?
Mankiety, co wśród sosów pływają po misie,
I pludry w kształt spódniczki, jako ci modnisie?
Trzewiczki zdobne w wstęgi włożyć zamiast buta,
Na podobieństwo łapy kosmatej koguta?
Owe krezy, wśród których, w kunsztownym sposobie,
Co rano musisz więzić swoje nogi obie,
I stąpać rozkraczony, gdy już moda taka,
Co człowieka podobnym czyni do wiatraka?
Udałbym ci się pewnie w takim pięknym stroju,
Bo i ty sam się nosisz podług tego kroju.
ARYST: Do powszechnej należy stosować się miary,
Posłusznym jej być winien, czy młody czy stary.
Zbytek szkodzi we wszystkiem; stąd, człowiek, co w głowie
Ma rozum, tak w ubraniu czyni, jako w mowie:
Bez zbytniego pośpiechu i umiarkowanie,
Zwyczajów się kolejnej poddaje przemianie.
Nie mówię ja bynajmniej, ażeby iść torem
Tych, co wiecznej gonitwy za modą są wzorem,
I, w swej głupiej próżności, bardzo są nieradzi,
Jeśli kto w tych wybrykach ich samych przesadzi;
Lecz sądzę, że znów nie jest zbyt roztropnem wcale,
Tego, za czem świat idzie, unikać wytrwale,
I lepiej wraz z innymi zostać w głupców rzędzie,
Niż być mędrcem, co w wojnie z całym światem będzie,

SGANAREL:
Znać w tem starca, co, pragnąc wiek swój pokryć sztuką,
Własną siwiznę czarną przystraja peruką.
ARYST:
Szczególną jest twa troska, z jaką, niezbyt grzecznie,
Lata moje na pamięć mi przywodzisz wiecznie,
I zgryźliwość twa ciągłe drwinki sobie stroi
Tak z ubioru, jakoteż z wesołości mojej;
Jakgdyby już, skazanej na mękę powolną,
Starości tylko śmierci czekać było wolno;
Czyż, że czerstwość i żywość służyć jej nie mogą,
Nie godzi się jej nosić rzeźko i chędogo?
SGANAREL:
Cobądźbyś gadał, moim niezmiennym zamiarem
Póki życia pozostać przy mym stroju starym.
Chce mieć na łbie przykrycie, modne czy nie modne,
Pod którem głowa znajdzie schronienie wygodne;
Płaszcz dostatni i w którym, czy jesień czy zima,
Brzuch mój pod czas trawienia dość ciepło się trzyma,
Szarawary do mojej skrojone figury,
Trzewiki, w których noga nie cierpi tortury;
Taki był strój mych przodków, taki mnie dziś służy,
A komu się nie zdaje, niech oczy przymruży.


SCENA DRUGA.
LEONORA, IZABELA, LIZETA; ARYST i SGANAREL
rozmawiają pocichu niepostrzeżeni na przodzie sceny.

LEONORA do Izabeli:
Gdyby cię miał połajać, na mnie wszystko złożym.
LIZETA do Izabeli:
Zawszeż siedzieć zamknięta przed tym światem bożym?
IZABELA:
Taką już ma naturę.

LEONORA: Żal mi ciebie, siostro.
LIZETA do Leonory:
Brat jego mniej poczyna sobie z panią ostro;
Doprawdy, los dla pani nie był zbyt surowy,
Dając cię w ręce człeka, co ma rozum zdrowy.
IZABELA:
To cud, że mnie nie zamknął w domu na trzy spusty,
Lub nie kazał iść z sobą.
LIZETA: Śmiech porywa pusty!
Już jabym tam umiała wysłać go do djaska!
SGANAREL potrącony przez Lizetę:
Dokąd, moje panienki, dokąd, jeśli łaska?
LEONORA:
Nie wiemy jeszcze; chciałam, razem z siostrą, chwilę
Skorzystać dziś z pogody, co nęci tak mile;
Lecz...
SGANAREL do Leonory:
Panna sobie możesz uganiać po mieście,
wskazując na Lizetę:
Możecie iść na spacer, wszak we dwie jesteście.
Do Izabeli:
Panna się ani krokiem nie ruszy z pokoi.
ARYST:
Pozwólże jej, mój bracie, niech trochę pobroi.
SGANAREL:
Sługa brata najniższy.
ARYST: Wszak ich młodość z nami...
SGANAREL:
Młodość jest głupia; starość nie mędrsza czasami.
ARYST:
Że przejdzie się z Lenorką, cóż w tem złego będzie?
SGANAREL:
Nic; lecz lepiej, gdy sam ją mam na oku wszędzie.
ARYST: Ależ.
SGANAREL: Opieka nad nią w mojem ręku leży,
I sam wiem, o co troszczyć mi się tu należy.

ARYST:
Czyliż dbać o jej siostrę ja powodu nie mam?
SGANAREL:
Każdy swą mózgownicą rządzi się, jak mniemam,
Są sieroty; ich ojciec, swą ostatnią wolą,
Umierając, nam zlecił czuwać nad ich dolą;
Zaś, której z nich zaślubić jeden z nas nie raczy,
Sam ma jej ręką mądrze rozrządzić inaczej.
W naszem reku złożona została od dziecka
I ojca i małżonka wszelka władza świecka;
Wychowania tej oto przypadła ci troska,
Mnie tę znów za pupilkę oddała moc boska;
Gdy więc ty jedną rządzisz wedle własnej woli,
Niechże brat mnie znów drugą kierować pozwoli.
ARYST: Ja sądzę...
SGANAREL: I ja sądzę, że, jak rzeczy stoją,
Dość trafnie w tym przedmiocie myśl wyrażam swoją.
Ty chcesz swą pannę chować na modną kokietkę:
Zgadzam się; chcesz lokaja jej dać i subretkę:
Zezwalam; by pędziła dni w próżniactwie świętem,
I karmiła swe uszy gaszków komplementem:
Owszem; bardzo się cieszę; lecz żądam, bez sporu,
By moja żyła podług mojego wyboru;
Niechaj na codzień nosi perkaliki czyste,
Zaś czarną suknię tylko w święta uroczyste;
Niech przesiaduje w domu; stateczna i rada
Do gospodarskich robót niechaj się przykłada;
Niech w wolnym czasie moją bieliznę naprawia,
Lub pończochą na drutach zacnie się zabawia;
Niechaj nie słucha próżno co fircyki gwarzą,
I pod czujną jedynie dom opuszcza strażą.
Człowiek jest słaby: toteż, ja na wszystko baczę;
Nie myślę wcale zasiąść pomiędzy rogacze;
I, gdy mi jest za żonę przeznaczona w niebie,
Muszę jej być tak pewny, jak samego siebie.
IZABELA: Ale w czemże ja...

SGANAREL: Proszę nie gadać daremnie!
Nauczę pannę z domu wychodzić bezemnie.
LEONORA:
Jakto? wiec..
SGANAREL:
Próżna sprzeczka na nic się nie zdała;
Z panną wolę nie gadać: nadtoś przemądrzała.
LEONORA:
Nie rad pan więc, że siostra z nami się zadaje?
SGANAREL:
Tak; psujecie ją tylko; otwarcie przyznaję.
Wasze wizyty u mnie nie zdały się na nic,
I, gdyby raz ustały, byłbym rad bez granic.
LEONORA:
Chcesz, bym równie otwarcie wyrzekła me zdanie?
Choć nie wiem, jakie siostry o tem jest mniemanie,
Wiem, dokąd mnie nieufność-by zawiodła taka;
I, chociaż w żyłach naszych płynie krew jednaka,
Nie jest snać moją siostrą, jeżeli kto z ludzi
Przez podobne sposoby w niej miłość obudzi
LIZETA:
Któżbo widział żyć w sposób równie nieużyty;
Czyżeśmy Turcy, byśmy więzili kobiety?
Bo tak czynią podobno w tem plemieniu srogiem,
I za to jest na wieki przeklęte przed Bogiem.
Widać czemś bardzo słabem jest honor niewieści,
Jeśli pewność w zamknięciu jedynie się mieści!
Myślisz pan, że niewola i ten przymus cały
Przeciwko naszym chęciom na coś się przydały?
Ze, gdy kobieta zręcznie swoje sieci utka,
Najchytrzejszy mężczyzna nie zmieni się w dudka?
Szaleńców-to majaki są te wszystkie straże;
Lepiej uczyni, kto nam ufność swą okaże.
Kto nas więzi, doczeka się srogiej niedoli,
Bo honor nasz sam siebie chce strzec, z własnej woli.
Prawdziwie, że pokusę rodzi w nas do zbrodni,

Kto tyle starań jawi aby odwieść od niej;
I mąż, coby przymusu względem mnie chciał użyć,
Zbudziłby tylko chętkę by mu się odsłużyć.
SGANAREL do Arysta:
To nauki czerpane w wychowaniu twojem!
I ty potrafisz słuchać ich z takim spokojem?
ARYST:
Mój bracie, jej wywody bawią mnie jedynie;
A zresztą, jest coś racji w owej gadaninie.
Ta płeć swobody w sercu pożądanie chowa;
Złym jest dla niej hamulcem niewola surowa;
I najgorliwsza czujność, kraty ni wrzeciądze,
Żon naszych ani córek nie chronią, jak sądzę.
Własny honor powinien starczyć im za stróża,
Nie dozór, co je tylko przeciw nam oburza.
Szczerze ci powiem, że to dla mnie wielkie dziwo
Widzieć kobietę tylko z przymusu cnotliwą.
Próżno pragniemy śledzić ją w każdej potrzebie:
Raczej serce jej trzeba zjednać nam dla siebie;
I honor mój, pomimo twe wszystkie sposoby,
Nie czułby się zbyt pewnym w ręku tej osoby,
Która, przed niebezpieczeństw i pokus atakiem,
Strzeżona jest jedynie sposobności brakiem.
SGANAREL:
Bajki!
ARYST: Nie: kto rozumny, ten pewno się zgodzi,
Że z uśmiechem nauki trzeba dawać młodzi;
Za błędy jej łagodnie napominać zrazu
I straszydłem nie czynić jej cnoty obrazu.
W ten sposób z Leonorą poczynam, nie inny;
Nie czynię zbrodni z lada igraszki niewinnej,
Nie ganię za młodości godziwe pragnienia,
I do skarg dotąd przyczyn nie widzę ni cienia.
Uciech jej towarzystwa nie zabraniam woale
Pozwalam na zabawy, teatry i bale;
Uważam te rozrywki za najlepszy sposób,

Aby kształtować umysł młodych wiekiem osób,
I szkoła świata, w którym Bóg nam żyć przeznaczy,
Lepiej od wszystkich książek życia treść tłómaczy.
Lubi mieć piękne wstążki, bieliznę i stroje:
Cóż chcesz? i te życzenia chętnie zaspokoję;
Nic zdrożnego nie widzę w nich, i, w naszym stanie,
Skoro jest na to, czemu nie zezwolić na nie?
Ma mnie wprawdzie zaślubić przez ojca wyroki,
Lecz nie jest mym zamiarem niewolić jej kroki;
Pojmuję, że nie idziem z sobą wiekiem w parze,
I wolnością wyboru pełną ją obdarzę.
Jeśli cztery tysiące talarów mej renty,
Opieka moja, tkliwość, no, i spokój święty,
Nierówność wieku mogą nagrodzić, jej zdaniem,
Wówczas małżeńskim węzłem złączeni zostaniem;
Jeśli nie, szukać męża zezwolę jej wszędzie.
Pojmuję, że z kim innym los jej lepszym będzie,
I wolę ją szczęśliwą widzieć w innej doli,
Niż gdyby moją żoną została wbrew woli.
SGANAREL:
Aj, jaki słodki! cukier wsypany do miodu!
ARYST: Na mą naturę żalić się nie mam powodu,
Nie pragnę życia młodych zatruwać goryczą,
Która sprawia, iż dzieci dni swych ojców liczą.
SGANAREL:
Lecz, gdy raz do wolności przywyknie wiek młody,
Nie tak łatwo ukrócić później te swobody;
I na swoich zasadach zawiedziesz się ładnie,
Gdy odmienić tryb życia kiedyś ci wypadnie.
ARYST: Pocóż odmieniać?
SGANAREL: Poco?
ARYST: Tak.
SGANAREL: Poczciwa dusza!
ARYST:
Czy jest w nim coś, co honor w czemkolwiek narusza?

SGANAREL:
Jakto! gdy już po ślubie będziesz ją miał w ręce,
Zostawisz jej te wszystkie swobody dziewczęce?
ARYST: Czemu nie?
SGANAREL: W swej słabości dla kochanej żonki,
Zezwolisz jej na muszki, wstążki i koronki?
ARYST: Zapewne.
SGANAREL: Będziesz cierpiał, by, jak opętana,
Po zabawach i balach hasała do rana?
ARYST: Tak.
SGANAREL: I fircyków strawi twa cierpliwość święta?
ARYST: Jakżeby?
SGANAREL: Będą grali, znosili prezenta?
ARYST: Wybornie!
SGANAREL: Będą wdzięczyć się do twojej żony?
ARYST: Doskonale!
SGANAREL: Ty będziesz znosił ich androny,
I powolności twojej to nie spełni miary?
ARYST: Ani trochę.
SGANAREL: Mój bracie, dudek z ciebie stary.
Do Izabeli:
Idź do domu, nie słuchaj tej bezecnej mowy.


SCENA TRZECIA.
ARYST, SGANAREL, LEONORA, LIZETA.

ARYST: Jam na żony mej wierze polegać gotowy,
I mam zamiar żyć zawsze tak, a nie inaczej.
SGANAREL:
Z jakąż rozkoszą ujrzę go pośród rogaczy!
ARYST:
Nie wiem, czy mnie w istocie czeka los tak srogi,
Lecz to wiem, że, jeżeli ciebie miną rogi,
Nikt nie powie, żeś niedość miał o to staranie,
Czynisz bowiem co możesz, by zasłużyć na nie.

SGANAREL:
Śmiej się, śmieszku: niech wszyscy podziwiają wkoło,
Że sześćdziesięciolatek bryka tak wesoło!
LEONORA:
Los, o którym wspominasz, jemu nie zagraża,
Jeśli ze mną złączony pójdzie do ołtarza,
To pewna: lecz za siebie wcale, z drugiej strony,
Nie ręczyłabym, będąc na miejscu twej żony.
LIZETA: Kto nam ufa, takiego zawieść się nie godzi,
Ale podobnych panu z rozkoszą się zwodzi.
SGANAREL:
Precz, języku przebrzydły, zuchwała dziewczyno!
ARYST:
Sam, mój bracie, tych drwinek stałeś się przyczyną.
Bądź zdrów; staraj się zmienić, i bądź przekonany,
Że źle jest żonę więzić między cztery ściany.
Przyjm, bracie, mój szacunek.
SGANAREL: Bez mej wzajemności.


SCENA CZWARTA.
SGANAREL sam:

Widząc tę parę, można uśmiać się z radości!
Cóż za śliczna rodzina! starzec oszalały,
Jeszcze galant, choć w proch się już rozpada cały,
Dziewczyna zalotnica, strojnisia i dama!
Służba zuchwała w gębie! Nie, roztropność sama
Nie doszłaby z tem ładu; życie mógłby strawić,
Ktoby się jeszcze kusił taki dom naprawić.
Izabela-by mogła, przez takie przykłady,
Stracić nabyte u mnie zbawienne zasady;
Miałaby ponieść szkodę jej niewinność święta,
Lepiej niech wraca między gęsi i kurczęta.


SCENA PIĄTA.
WALERY, SGANAREL, ERGAST.

WALERY w głębi sceny:
Patrz, Ergaście, to Argus co mi w drodze stoi,
Surowy ów opiekun ubóstwianej mojej.
SGANAREL myśląc, że jest sam:
Czyż to nie jest rzecz dziwna, niepojęta zgoła,
Jak teraz obyczaje psują się dokoła?
WALERY:
Chciałbym się doń przybliżyć i, jeżeli można,
Spróbuję z nim znajomość nawiązać z ostrożna.
SGANAREL myśląc, że jest sam:
W miejsce tej dawnych czasów surowej prostoty,
Co tak chlubnie zdobiła ojców naszych cnoty,
Młodzież dzisiaj zuchwała, pewna swego zdania,
Rozpustna... Walery kłania się zdaleka.
WALERY: Nie spostrzega, że ktoś mu się kłania.
ERGAST: Może on na tę stronę niedowidzi trochę;
Zajdźmy z drugiej.
SGANAREL myśląc, że jest sam:
To miasto trza nam rzucić płoche.
Dłuższy nasz pobyt tutaj jeszczeby był zdolny...
WALERY zbliżając się powoli:
Muszę do jego domu znaleść przystęp wolny.
SGANAREL słysząc szelest:
He?... Ktoś jakby tu mówił.
myśląc że jest sam: Wśród wiejskiej zaciszy,
Człowiek o modnych głupstwach przynajmniej nie słyszy.
ERGAST do Walerego:
Niechże się pan przybliży.
SGANAREL słysząc znów szelest:
He?
nie słysząc nic: W uszach mi dzwoni.
Myśląc, że jest sam:
Tam się młodą dziewczynę najłatwiej uchroni.

Spostrzegając Walerego, który się kłania.
Czy do mnie?
ERGAST do Walerego:
Panie, dalej!
SGANAREL nie zwracając uwagi na Walerego:
Tam mi żaden gaszek
Walery kłania się znowu.
Nie przyjdzie... Cóż u licha?..
Odwraca się, spostrzega Ergasta, który kłania mu się
z drugiej strony: A to co za ptaszek?
WALERY: Może panu nie w porę to zjawienie gości?
SGANAREL:
Być może.
WALERY: Jednak, zaszczyt pańskiej znajomości,
To dla mnie takie szczęście, rozkosz tak niezwykła,
Że z tej gorącej chęci śmiałość ma wynikła.
SGANAREL:
Przypuśćmy.
WALERY: Pan wybaczy, że go niepokoje,
Lecz cały chcę się oddać na usługi twoje.
SGANAREL:
Bardzo wierzę.
WALERY: Mam zaszczyt sąsiadować z panem;
Jest to traf, który szczęściem może być nazwanym.
SGANAREL:
Bardzo proszę.
WALERY: A czy też pan już słyszał może
Najnowsze wieści, które krążą dziś na dworze?
SGANAREL: Co mi do nich?
WALERY: Lecz czasem bywają nowiny,
Co ciekawości naszej dają dość przyczyny.
Czy pójdzie pan zobaczyć, jak w Paryżu całym
Dzień Delfina[1] obchodzą festynem wspaniałym?

SGANAREL:
Jak zechcę.
WALERY: Bo też pobyt w stolicy rzecz słodka;
Tysiąc rozrywek, jakich nigdzie się nie spotka:
Napróżno na prowincji szukać tej zabawy.
Cóż pana w dzień zajmuje?
SGANAREL: Moje własne sprawy.
WALERY:
Umysł pragnie wytchnienia i łatwo się nuży,
Gdy poważne czynności zaprzątną go dłużej.
Wieczorkiem, przed spoczynkiem, co pan czasem robi?
SGANAREL:
To, co mi się podoba.
WALERY: Jakiż rozum zdobi
Te odpowiedź; najchętniej zgodzimy się oba,
Że ten mądry, kto robi co mu się podoba.
Gdybym nie był natrętny, pragnąłbym najszczerzej
Odwiedzić pana czasem, ot tak, po wieczerzy.
SGANAREL:
Padam do nóg.


SCENA SZÓSTA.
WALERY, ERGAST.

WALERY: Cóż mówisz na tego dziwaka?
ERGAST:
Uprzejmy jak niedźwiadek, a wzrok wiłkołaka.
WALERY:
Wściekły jestem!
ERGAST: Dlaczego?
WALERY: Dlaczego? Że ona,
Którą ubóstwiam, w takiem jest ręku więziona,
Tego smoka, co trzyma ją w srogiej niewoli
I najmniejszej swobody w niczem nie dozwoli.
ERGAST:
Ja zaś sądzę, że na tem co się tutaj dzieje

Możesz pan bardzo wielkie pokładać nadzieje.
Wierz mi pan, jest to prawda nazbyt pospolita,
Że kobieta strzeżona jest już wpół-zdobyta,
I że ojców i mężów dozór nad nią ścisły
Jaknajlepiej wspomaga kochanków zamysły.
Ja-bo się sam nie wdaję w te miłosne sprawy
I małom jest z natury do kobiet ciekawy,
Ale służyłem nieraz przy tym interesie,
I wiem, że tam najlepiej rzeczy idą, gdzie się
Ma do czynienia z mężem kłótnikiem i gburem,
Co dom napełnia cały zrzędzeniem ponurem;
Z brutalem, co, posądzeń jadem wciąż trawiony,
Bez racji krok najmniejszy szpieguje swej żony,
I, jak głupiec, swa władzą mężowską nadęty,
W oczach jej wielbicieli lży ją jak najęty.
To wszystko na kochanka woda młyn jest właśnie;
I dama, rozjątrzona przez te ciągłe waśnie,
Z ust swego gaszka słysząc same czułe słowa,
Chętnie u niego szukać pociechy gotowa.
Słowem, w radości winien pan trwać nieustannej,
Że takim, a nie innym jest opiekun panny.
WALERY:
Lecz, od czterech miesięcy kochając z zapałem,
Nawet jej uczuć swoich wyznać nie zdołałem.
ERGAST:
Miłość czyni przemyślnym; nie pana widocznie;
I gdybym był.
WALERY: Co byłbyś! I któż tu co pocznie,
Skoro bez tego gbura spotkać ją niesposób,
I gdy nie ma przy boku żadnych innych osób,
Których pomoc kupiwszy sowitą nagrodą,
Skuteczniej mógłbym całą kierować przygodą.
ERGAST: Zatem ona nic nie wie o pańskiej miłości?
WALERY:
I tu niepewność sroga w sercu mojem gości.
Gdziekolwiek ten okrutnik prowadzi mą panią,

Wszędzie jak cień w oddali posuwam się za nią,
I me spojrzenia, wiecznie wlepione w jej oczy,
Wciąż mówią o miłości co serce me tłoczy.
Wzrok mój wyznał jej wszystko, ale kto mi powie,
Czy jej dusza umiała czytać w tej wymowie?
ERGAST:
Tak, nie bardzo się można spuszczać na ten system,
Jeśli go pan nie poprze rozmową lub listem.
WALERY: Co czynić, by uśmierzyć serca niepokoje,
I zgadnąć, czy też ona zna pragnienia moje?
Znajdź sposób.
ERGAST: Trza pomyśleć nad jakim obrotem,
Wejdźmy więc, by spokojnie móc pogadać o tem.




Przypisy

  1. Aluzja do współczesnego obchodu urodzin syna Ludwika XIV, które przypadły 1 listopada 1661.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Molier i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.