Szkoła mężów/Akt drugi

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Molier
Tytuł Szkoła mężów
Podtytuł Komedja w trzech aktach
Część Akt drugi
Pochodzenie Dzieła / Tom drugi
Data wydania 1922
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy »Bibljoteka Polska«
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI

Cały tom drugi

Indeks stron



AKT DRUGI.
SCENA PIERWSZA.
IZABELA, SGANAREL.

SGANAREL:
Nie bój się; dom ten znajdę, wiem o kogo chodzi:
Z opisu twego zgadłem, który to dobrodziej.
IZABELA na stronie:
O Boże, racz dopomóc mi w swej łasce świętej,
W podstępie, co z niewinnej miłości poczęty.
SGANAREL: I zowie się Walery, jeśli się nie mylę?
IZABELA:
Tak.
SGANAREL:
Bądź spokojna; idź już: ja wrócę za chwilę;
Na miejscu z nim uczynię rachuneczek mały.
IZABELA odchodząc:
Jak na pannę, mój zamiar jest może zbyt śmiały,
Ale niewola, w której tak bezbronna ginę,
W oczach poczciwych ludzi przemaże mą winę.


SCENA DRUGA.

SGANAREL sam; puka do drzwi Walerego
Nie traćmy czasu. Hola! To tutaj. Hej, ludzie!
Otwieraj! czyż nikogo niema tam w tej budzie?
Po tem co mi wyznała, pojmuję wybornie,
Czemu on tu koło mnie tańczył tak pokorniej
Lecz zaraz rzecz rozjaśnię, i jego zamiary...


SCENA TRZECIA.
WALERY, SGANAREL, ERGAST.

SGANAREL do Ergasta, który wypadł nagle:
Niechże cię licho porwie, ty wałkoniu stary!
Małoś mnie z nóg nie zwalił! Widzicie bałwana!
WALERY:
Przykro mi...
SGANAREL: A ja właśnie szedłem tu do pana.
WALERY:
Do mnie?
SGANAREL: Tak jest, do pana. Wszakże pan Walery?
WALERY:
Tak
SGANAREL:
Mam pomówić z panem w sposób nader szczery.
WALERY:
W służbach dla pana całe szczęście swoje kładę.
SGANAREL:
Nie; to ja raczej panu chcę dać dobrą radę,
I dlatego odwiedzić go śmiem o tej porze.
WALERY:
Jakto, mnie?
SGANAREL: Tak jest, pana. Cóż wtem dziwić może?
WALERY:
Och, i bardzo; i radość, jaką w mojem łonie
Ten zaszczyt...
SGANAREL: Ech, zaszczyty zostawmy na stronie.
WALERY:
Proszę zatem...
SGANAREL: Nie; wolę byśmy tu zostali.
WALERY:
Proszę, niechże pan wstąpi.
SGANAREL:
Nie; nie pójdę dalej.
WALERY:
Dopóki pan nie wejdzie, słuchać mi nie wolno.

SGANAREL:
Nie ruszę się.
WALERY: Tu zatem przyjm służbą powolną.
Prędko, gdy pan odmawia mej prośbie gorącej,
Krzeseł tutaj.
SGANAREL: Nie; będę rozmawiał stojący.
WALERY:
Mogęż cierpieć?...
SGANAREL: Ach, cóż za puste ceregiele!
WALERY:
Niegrzeczności z mej strony byłoby za wiele.
SGANAREL:
Lecz na większą niegrzeczność ma przyczyną biadać
Ten, kogo nie chcą słuchać, chociaż pragnie gadać.
WALERY:
Jestem zatem posłuszny.
SGANAREL: No, to Bogu chwała.
Certują się długo z nakryciem głowy.
Ta ceremonja na nic się tutaj nie zdała.
Chcesz więc słuchać?
WALERY: Najchętniej; przystąp pan do rzeczy.
SGANAREL:
Czy wiadomo ci zatem, że mam w swojej pieczy
Dziewczynę, dosyć młodą i nieszpetną wreszcie,
Co zwie się Izabelą i bawi w tem mieście?
WALERY:
Tak
SGANAREL:
Skoro wiesz, nie będę cię pouczał o tem.
Lecz, czy słyszałeś również, że, będąc przedmiotem
Starań, które z opieką na mnie wraz włożono,
Osoba ta ma zaszczyt być mą przyszłą żoną?
WALERY Nie.
SGANAREL: Więc cimówię, prosząc, by twoje zapały
Ścigać ją tak natrętnie na zawsze przestały.

WALERY:
Jakto, moje?...
SGANAREL: Tak, twoje. Daj pokój udaniu.
WALERY: Któż-to panu powiadał o owem kochaniu?
SGANAREL:
Ktoś, co moje poglądy w tej mierze podziela.
WALERY:
Ale któż?
SGANAREL: Ona sama.
WALERY: Ona?
SGANAREL: Izabela.
Ta poczciwa dziewczyna, szczerze mi oddana,
Przed chwilą mi wyznała wszystko co do pana,
I, co więcej, prosiła, bym rzekł ci otwarcie,
Że, od czasu jak kroki jej ścigasz zażarcie,
Jej serce, które ranią postępki takowe,
Zrozumiało zbyt dobrze oczu twych wymowę,
Że twe życzenia skryte pojmuje dość jasno,
I że próżno fantazję już wysilasz własną,
Aby jej zwierzyć miłość, co tylko obraża
Tę, która ze mną wkrótce ma iść do ołtarza.
WALERY: I ona to mówiła...Więc, w owem zleceniu...
SGANAREL:
Tak, prosiła, bym jeszcze ci rzekł w jej imieniu,
Że, widząc twej miłości rosnące pożary,
Wcześniej chciała ci swoje objawić zamiary,
Gdyby, w tych uczuć nazbyt dotkliwej rozterce,
Miała przez kogo własne ci otworzyć serce;
Że wreszcie, przez czas długi walcząc sama z sobą,
Umyśliła się moją posłużyć osobą,
Aby cię przestrzec o tem, że rozkazy moje
Dla wszystkich pragną zamknąć jej serca podwoje,
Ze na oczkowań nie czas już zabawki płoche,
I że, jeżeli w głowie masz rozsądku trochę,
W inną drogę się zwrócisz. Teraz, do widzenia.
To wszystko, co dziś miałem ci do powiedzenia.

WALERY pocichu:
Ergaście, cóż ty mówisz na tę sprawę całą?
SGANAREL na stronie:
Alem mu klina zabił!
ERGAST pocichu do Walerego: Mnieby się zdawało,
Że dobrą są dla pana otuchą te słowa,
Że jakaś tajemnica w tem wszystkiem się chowa,
Lecz że przestroga taka pochodzić nie może
Od osoby, co pragnie trwać w szczerym oporze.
SGANAREL na stronie:
W pięty mu poszło.
WALERY pocichu do Ergasta:
Myślisz, że w tej tajemnicy...
ERGAST: Tak... ale on nas śledzi; zejdźmy z tej ulicy.


SCENA CZWARTA.

SGANAREL sam:
Ha! jakież w twarzy jego widać pomięszanie!
Nie czekał-bo z pewnością na takie wyznanie.
To przykład, wychowania jak słodkie owoce
Zbiera, kto o ich zasiew wcześnie się kłopoce.
Cnota włada w jej sercu wpływem tak zwycięskim,
Iż każe czuć zniewagę już w spojrzeniu męskiem.


SCENA PIĄTA.
IZABELA, SGANAREL.

IZABELA na stronie, wchodząc:
Lękam się, że mój miły, w namiętności szale,
Zamiaru mej przestrogi mógł nie pojąć wcale;
Zatem, w niewoli co mnie więzi nakształt grobu,
Pragnę do pewniejszego uciec się sposobu.
SGANAREL:
O to jestem.
IZABELA: I jakże?

SGANAREL: Och, zlecenie twoje
Skutek miało zupełny; o to się nie boją.
Zrazu, próbował przeczyć mi w najkrótszej drodze,
Ale gdym mu oznajmił od kogo przychodzą,
Wraz osłupiał, i stanął bez słowa zmiąszany;
I nie sądzą, by kiedy ponowił swe plany.
IZABELA:
Bądź pewien, że on ważyć się na wszystko gotów,
I że jeszcze nie mało sprawi nam kłopotów.
SGANAREL: Ale na czem opierasz te obawy swoje?
IZABELA: Zaledwie opuściłeś przed chwilą pokoje,
Stojąc w oknie, spostrzegam, na ulicy skręcie,
Młokosa, co się w dom nasz wpatruje zawzięcie,
I, ujrzawszy mnie w oknie, zuchwale pokorny,
Od tamtego hultaja śle mi ukłon dworny;
Następnie zaś, pod ścianą zakradłszy się zbliska,
Bilecik w małej skrzynce przez okno mi ciska.
Chciałam mu wszystko razem odrzucić bez zwłoki,
Lecz już w boczną ulicą zwrócił szybkie kroki;
Doprawdy, z oburzenia drżę dotychczas cała.
SGANAREL:
Patrzcie tego nicponia! To sztuka zuchwała!
IZABELA:
Lecz serce me wie dobrze, co z tym śmiałkiem pocznie:
List i skrzynką chcą dzisiaj zwrócić mu bezzwłocznie.
Przez kogo to uczynić, chciej objawić zdanie...
Gdyż panabym nie śmiała...
SGANAREL: I owszem, kochanie;
Tem mocniej mi okażesz swą miłość tak wierną,
I podejmą się tego z radością niezmierną.
Nie mam ci tego za złe ani ociupinkę.
IZABELA:
O to list.
SGANAREL: Dobrze; zatem otwórzmy tę skrzynkę.
IZABELA:
Nie trzeba jej otwierać, Boże broń!

SGANAREL: Dlaczego?
IZABELA: By mniemał, żem ten bilet czytała od niego?
Czyż to nie jest słabości dowód oczywisty,
Gdy kobieta się godzi czytać takie listy?
Ciekawość, którą w takiej przygodzie okaże,
Że rada w duszy, czyliż przypuszczać nie każe?
Pragnę zatem ten bilet, nietykany wcale,
Zwrócić temu, kto przesłać śmiał go tak zuchwale;
Chcę, by, przez ten postępek, uczuł dziś dotkliwie,
Że dla takich zapałów wzgardę jeno żywię,
Że próżno liczy u mnie na względy łaskawsze,
I że winien nadziei wyrzec się na zawsze.
SGANAREL:
Masz rację, moje dziecko, ma duszyczko złota;
Rozum twój mnie zachwyca, również jak twa cnota.
Widzę, że ma nauka nie była straconą.
I godna jesteś wreszcie, by zostać mą żoną.
IZABELA:
Jednakże, nie chcę pana krępować w tym względzie,
Jeśli chcesz list otworzyć, niechaj i tak będzie.
SGANAREL:
Nie; we wszystkiem się z tobą godzę najzupełniej.
Spieszę zaraz, życzenie twoje niech się spełni.
Jeszcze, stąd o dwa kroki, mam maleńką sprawę,
Poczem wracam, by twoją uśmierzyć obawę.


SCENA SZÓSTA.
SGANAREL sam.

Nie, to doprawdy rozkosz jest nie do pojęcia,
Patrzeć na tak niewinną duszyczkę dziewczęcia!
Taka żona, to będzie skarb prawdziwy w domu.
Od spojrzenia mężczyzny płonić się ze sromu!
Za zniewagę wziąć bilet rzucony ukradkiem,
I prosić, bym sam zrobił rachunek z gagatkiem!
Ha! w takiem położeniu chciałbym widzieć tylko,

Coby to było z brata mojego pupilką!
Kobieta tem jest, czem ją uczynimy sami.
Hej! puka do drzwi Walerego.


SCENA SIÓDMA.
SGANAREL, ERGAST.

ERGAST: Co tam?
SGANAREL: Oddaj panu, aby znów czasami
Do bazgrania liścików nie nabrał ochoty,
Które słać się ośmiela w tej szkatułce złotej.
Powiedz, że Izabela nań trzęsie się cała,
Patrz, nawet listu jego otworzyć nie chciała.
Niechaj widzi, jak cenią serca jego dary,
I niech porzuci wreszcie szalone zamiary.


SCENA ÓSMA.
WALERY, ERGAST.

WALERY: Cóż ci tam znów oddała owa bestja dzika?
ERGAST: List, panie, a znów z mowy jego tak wynika,
Że ten list Izabela dostała od pana,
I, że natychmiast, gniewem okrutnym miotana,
Zwraca pismo, którego otworzyć nie raczy.
Niech pan czyta: zobaczym, co to wszystko znaczy.
WALERY czyta:
„List ten zadziwi pana z pewnością: zarówno za —
„miar pisania, jak i sposób przesłania listu może się
„wydać wielką śmiałością z mej strony; ale znajduję
„się w położeniu, które nie pozwala mi przebierać
„w środkach. Łatwo zrozumiały wstręt do związku
„ który grozi mi za dni kilka, każe mi ważyć się na
„wszystko; zatem, w niezłomnem postanowieniu wy-
„zwolenia się jakąbądź drogą, mniemałam iż lepiej
„będzie szukać ocalenia w panu, niż w rozpaczy. Nie
„sądź pan wszelako, iż wszystko zawdzięczasz jedynie

„memu nieszczęśliwemu położeniu: nie niewola w któ-
„rej się znajduję zrodziła uczucia me dla pana; ale
„ona przyspiesza ich wyznanie, i każe mi zamknąć
„oczy na niejedne względy, które płci mojej przy-
„stoją. Od pana tylko zależeć będzie, bym została
„twoją w najkrótszym czasie: czekam jedynie obja-
„wienia zamiarów twej miłości, by cię uwiadomić
„wzajem o mem postanowieniu; ale, przedewszyst-
„kiem, myśl o tem że czas nagli i że dwa serca
„które się kochają winny się rozumieć w pół słowa“.
ERGAST: I cóż, jakże ta sztuczka panu się podoba?
Obrotna, jak na młodą panienkę, osoba.
Ktoby ją był posądził aż o tyle sprytu?
WALERY:
Och, serce moje przed nią korzy się z zachwytu!
Rozum jej i sympatji tak jawne wyrazy
Miłość dla niej w mem sercu zwiększają dwa razy;
I uczucie, pięknością jej zbudzone rzadką...
ERGAST:
Wraca ten bałwan: w pole trza go wywieść gładko.


SCENA DZIEWIĄTA.
SGANAREL, WALERY, ERGAST.

SGANAREL myśląc że jest sam:
Niech będzie ten przemądry edykt[1] pochwalony,
Co poskromił w ubiorów zbytku nasze żony!
Dola mężów w tym kraju mniej będzie obrzydłą,
Gdy kobiety w swych chętkach znalazły wędzidło.
Jakąż wdzięczność król u mnie zyskał tym zakazem!
Obyż, również dla mężów spokoju, zarazem
Taksamo był położył tamę zalotności,

Jak uczynił z gipiurą i haftem ichmości!
Kupiłem już ten edykt i rad jestem wielce,
Że do lektury głośnej dam go Izabelce;
By go poznała, bardzo mi na tem zależy.
Pyszna rozrywka będzie dzisiaj po wieczerzy.
Spostrzegając Walerego.
I cóż, młody paniczu z tą jasną czuprynką,
Czy jeszcze będziesz rzucał bilety ze skrzynką?
Myślałeś, że to jakaś zalotnisia płocha,
Co się w czułem gruchaniu i intryżkach kocha?
Widzisz, jak wdzięcznem sercem przyjmuje twe cacka!
Wierzaj mi, na nic twoja ochota junacka;
Kocha mnie, jest cnotliwą: więc, paniczu gładki,
Szukaj szczęścia gdzieindziej i pakuj manatki.
WALERY: W istocie, twa przewaga, której muszę ulec,
Zbyt silny dla mych uczuć stanowi hamulec,
I byłoby szaleństwem u mnie niesłychanem,
O miłość Izabeli walczyć jeszcze z panem.
SGANAREL:
W samej rzeczy, szaleństwem.
WALERY:
Niech pan wierzyć raczy,
Że pewnie byłbym serce skierował inaczej,
Gdybym przeczuł, że moje niegodne zapały,
Tak przemożnego w panu rywala spotkały.
SGANAREL:
Bardzo wierzę.
WALERY: Nadziei gdy więc los mi wzbrania,
Ustępuję ci placu i to bez szemrania.
SGANAREL:
Dobrze robisz.
WALERY: Z przeznaczeń godzę się rozkazem;
Twa zaś postać jest tylu przymiotów obrazem,
Iż nawet mi się gniewać nie wolno, prawdziwie,
Za to, iż Izabela sprzyja ci tak tkliwie.
SGANAREL:
Rozumie się.

WALERY: Zostawiam ci więc miejsce wolne;
Lecz w jednem niech mi będą twe chęci powolne,
O jedno cię dziś błaga kochanek zbolały,
Ciebie, coś jest przyczyną mej niedoli całej;
Błagam cię, to odemnie chciej rzec swojej pani,
Że, choć od trzech miesięcy płonę tylko dla niej,
Ni myśli nie poczęła miłość ma bez zmazy,
W którejby mógł dopatrzeć jej honor obrazy.
SGANAREL: Dobrze.
WALERY:
Że, w mych zamiarach, byłem szczerze skłonnym
Połączyć się z nią węzłem małżeństwa dozgonnym,
Gdyby los, z tobą wiążąc ją ślubem wieczystym,
Nie był stanął zaporą mym pragnieniom czystym.
SGANAREL: Tak.
WALERY:
Że, pomimo wszystko, mniemać jej nie wolno,
By miłość ta w mem sercu zgasnąć była zdolną;
Że, cobądź zapisano mi u niebios tronu,
Przeznaczeniem mem będzie kochać ją do zgonu;
I, jeślibym miłości swej wyrzec się gotów,
To chyba przez szacunek dla pańskich przymiotów.
SGANAREL:
Oto rozsądna mowa: spieszę przed mą panią,
Powtórzyć słowa, co jej skromności nie zranią.
Ty zaś, radzi ci szczerze mój rozsądek zdrowy,
Tę miłość tak szaloną wybij sobie z głowy.
Bądź zdrów.
ERGAST do Walerego:
A, cóż za bałwan!


SCENA DZIESIĄTA.
SGANAREL sam:

Litość patrzeć bierze
Na biedaka, co klęskę swą uznał tak szczerze;

Ale pocóż do głowy wbił sobie daremnie,
By oblegać fortecę, zajętą przezemnie.

Sganarel puka do drzwi swojego domu.


SCENA JEDENASTA.
SGANAREL, IZABELA.

SGANAREL:
Ha! nigdy jeszcze gaszek nie był tak zmieszany,
Jak on, gdy z rąk mych dostał list ów, nieczytany.
Stracił wszelką nadzieję i poprostu stchórzył,
Lecz prosił mnie najczulej, abym ci powtórzył:
„Że nie poczęła myśli ta miłość bez zmazy,
„W którejby mógł twój honor dopatrzeć obrazy;
„Że, w swych gorących chęciach, był on szczerze skłonnym,
„Złączyć się z tobą węzłem małżeństwa dozgonnym,
„Gdyby los, ze mną wiążąc cię ślubem wieczystym,
„Nie był stanął zaporą tym pragnieniom czystym;
„Że, mimo wszystko, mniemać ci zgoła nie wolno
„By miłość w sercu jego zgasnąć była zdolną;
„Że, cobądź zapisano mu u niebios tronu,
„Przeznaczeniem dlań będzie kochać cię do zgonu;
„I, jeśliby miłości swej wyrzec się gotów,
To chyba przez szacunek dla moich przymiotów“.
W słowach tych znać uczciwość, nie zamiary płoche,
Umiem to też ocenić, i żal mi go trochę.
IZABELA na stronie:
Nie myliłam się zatem, gdy miłość tak stałą
W spojrzeniach jego dawno me serce czytało.
SGANAREL:
Co mówisz?
IZABELA: Ze mi przykro, gdy współczucie widzę
Dla kogoś, kogo całem sercem nienawidzę;
I, gdybyś dla mnie w sercu miał tkliwość prawdziwą,
Pewnie zniewagę moją czułbyś bardziej żywo.

SGANAREL:
Lecz on nie wiedział przecież o twych ślubach bliskich,
I chęć jego, daleka od pożądań niskich,
Nie powinna...
IZABELA: Więc to są uczciwe żądania,
Gdy ktoś przemocą wykraść chce tę, co się wzbrania?
Czy ten, komuby w piersiach zacne serce biło,
Byłby zdolny kobietę chcieć zaślubić siłą?
Czyliż istotnie wierzyć może serce czyje,
Że ja, nieszczęsna, hańbę podobną przeżyję?
SGANAREL:
Jakto?
IZABELA: Tak: jawnie głosi, że, dniem albo nocą,
Z pod twej czujnej opieki wydrze mnie przemocą;
I nie pojmuję tylko, jakie dziwne czary
Sprawiły, iż on twoje przeniknął zamiary;
Skąd związków naszych bliska wiadomą mu pora,
Gdy ty mnie ją zwierzyłeś dopiero od wczora?
Lecz wiem, że chce uprzedzić ten dzień niedaleki,
Co wspólne losy nasze ma złączyć na wieki.
SGANAREL:
A to nicpoń dopiero!
IZABELA: Och, wybacz mi, panie,
Wszak to człowiek tak zacny, i jego oddanie...
SGANAREL:
Nie, nie, to już, doprawdy, zbyt głupie są żarty.
IZABELA: Miękkość twoja podsyca go w chęci upartej;
Gdyby słyszał od ciebie surowsze wyrazy,
Zląkłby się twego gniewu i mojej urazy.
Wszak już po swego listu tak haniebnym zwrocie,
On o planu swojego rozgłaszał niecnocie;
I wiem, z wszelką pewnością, że dotychczas wierzy
Aż serce me tajemnie sprzyja mu najszczerzej;
Iż me chęci ze wstrętem twoje śluby znoszą,
A wyzwolenie z rąk twych będzie mi rozkoszą.

SGANAREL:
Oszalał!
IZABELA: On przed tobą maskuje się zgrabnie,
W nadziei, że twa czujność nareszcie osłabnie.
Wierz mi, zdrajca dobroci twojej nadużywa.
Doprawdy, jestem bardzo, bardzo nieszczęśliwa,
Że, mimo iż chcę w cnoty obronie stać twardo
I pokusy nikczemne odepchnąć z pogardą,
Muszę znosić, bez własnej winy i niechcący,
Brudnych jego zabiegów ciężar tak hańbiący!
SGANAREL:
Nie obawiaj się, duszko.
IZABELA: Nie, to jest zbyt mało;
I, jeśli nie wystąpisz w tej mierze dość śmiało,
Jeśli, w najbliższym czasie, nie wynajdziesz broni
By mnie od tego śmiałka uwolnić pogoni,
I ja opuszczam ręce; niech się co chce stanie;
Skoro ty o to nie dbasz, próżne me staranie.
SGANAREL:
No, no, niech się duszyczka moja już nie gniewa;
Idę doń; zobaczymy, co on tu zaśpiewa.
IZABELA:
Powiedz mu, że zaprzeczać daremnie się trudzi;
Że o jego zamiarach wiem od pewnych ludzi;
Że, jakkolwiek w głowie-by obmyślił plany,
Nie zastanie mnie na nie nieprzygotowanej;
Że, na westchnienia czasu nie tracąc daremnie,
Wie już, jakie uczucia dziś mieszkają we mnie;
I, gdy przyczyną nie chce być mojej niedoli,
Niech dwa razy powtarzać sobie nie pozwoli.
SGANAREL:
Powiem mu, jak należy.
IZABELA: Odsłoń wszystkie karty;
Niech wie, że już skończyła się pora na żarty.
SGANAREL:
Nie przepomnę niczego; upewniam cię o tem.

IZABELA:
Pragnęłabym już tutaj widzieć cię z powrotem.
Kończ sprawę jak najspieszniej; to rzecz niesłychana,
Jak mi smutno, gdy chwilę mam zostać bez pana.
SGANAREL:
Wrócę za chwilę, wrócę, mój koteczku złoty.


SCENA DWUNASTA.

SGANAREL sam:
Możnaż skojarzyć więcej rozsądku i cnoty?
Ach, jakim jest szczęśliwy! ileż w tem słodyczy,
Znaleść w żonie to wszystko czego serce życzy!
Oto, jaką powinna być każda niewiasta;
Nie tak, jak to bywają owe damy z miasta,
Co jawne sobie czyniąc z płochości igrzysko,
Zacnych mężów podają światu w pośmiewisko.
Puka do drzwi Walerego.
Hola! mój paniczyku, coś upadł na głowę!


SCENA TRZYNASTA.
WALERY, SGANAREL, ERGAST.

WALERY:
Cóż pana tu sprowadza?
SGANAREL: Twe szaleństwa nowe.
WALERY: Jakto?
SGANAREL: Ty się mnie pytasz; do kroćset tysięcy!
W istocie, przyznawałem ci rozsądku więcej.
Więc ty chcesz w pięknych słówek pochwycić mnie sidła,
A w sercu pieścisz skrycie szalone mamidła?
Doprawdy, chciałem z tobą postąpić łagodniej;
Lecz widzę, że to może przywieść cię do zbrodni.
Jak też się pan nie wstydzi, pan, człowiek uczciwy,
W sercu hodować zamiar równie niegodziwy:

Chcieć cnotliwą panienkę uprowadzać z domu,
I szczęście jej tak blizkie zakłócać bez sromu?
WALERY:
Ale skądże urosła ta bajeczka cała?
SGANAREL:
Porzuć udanie; ona wszystko mi wyznała;
I raz ostatni przez me usta ci powiada,
Że wiesz chyba, jej miłość komu z nas przypada;
Że jej serce w uczuciach wiernych dla mnie wzrosło,
Toż umrze raczej, niżby tę hańbę przeniosło,
I, w swoim słusznym gniewie, wie dobrze co pocznie,
Jeśli z zamysłem swoim nie skończysz bezzwłocznie.
WALERY:
Jeżeli twoim głosem brzmią jej słowa własne,
Wyznaję, że już wszystko jest dla mnie dość jasne;
Z ust jej kornie przyjmuję wyroki takowe,
I, wobec jej życzenia, chętnie schylam głowę.
SGANAREL:
„Jeżeli“... Zatem, acan nie wierzysz mi wcale,
Gdy ci oznajmiam własne jej skargi i żale?
Chcesz z własnych ust jej gniewu otrzymać tu znaki?
Zgadzam się więc, by twoje rozprószyć majaki.
Chodź ze mną, gdyż innego już niema sposobu,
By ci dowieść, którego przekłada z nas obu.


SCENA CZTERNASTA.
IZABELA, SGANAREL, WALERY, ERGAST.

IZABELA:
Jakto! jego tu wiedziesz? i w jakiejże roli?
Czy chcesz wstawiać się za nim, wbrew mej własnej woli?
Czy może, w twem uznaniu cnót jego ogromu,
Chcesz, bym go pokochała i cierpiała w domu?
SGANAREL:
Nie, duszko, na czyn taki cenię cię zbyt szczerze,
Lecz, gdy on me przestrogi za wymysły bierze,

Gdy mniema, że ja kreślę z podstępu chytrego
Twą miłość dla mnie i twą nienawiść dla niego,
Przez usta twoje pragnę go, po raz ostatni,
Pozbawić złudzeń, co go wikłają w tej matni.
IZABELA do Walerego:
Czyż nie dość ci są jasne serca mego chęci,
I możesz wątpić komu czucia swoje świeci?
WALERY:
Tak; wszystko, com usłyszał tu w imieniu twojem,
Napełniło me serce dziwnym niepokojem;
Wyznaję, że twój wyrok brzmiący w jego głosie,
Co o miłości mojej rozstrzyga i losie,
Dosyć ma dla mnie wagi, bym, bez twej obrazy,
Mógł żądać usłyszenia go choćby dwa razy.
IZABELA:
Nie; nikt tu nie zamierzał podejść pana chytrze;
Przez jego usta czucia me mówią najskrytsze;
A że są szczerą prawdą, nie chimerą złudną,
Uwierzyć chyba panu nie będzie zbyt trudno.
Tak jest, zechciej dać wiarę mej mowie otwartej,
Że dwojakie przed sobą widzę losu karty,
I że, w dwu sprzecznych uczuć bolesnej rozterce,
Dwojaki przedmiot dzisiaj zajmuje me serce.
Jeden, skłonnością moją wybrany najszczerszą,
Ma cały mój szacunek i mą tkliwość pierwszą;
Drugi, w zamian za swoje niewczesne zapały,
Otrzymał mą nienawiść i mój wstręt dlań stały.
Jednego widok dla mnie jest drogi i miły,
Błogość wlewa w mą duszę i pokrzepia siły;
Drugi swą obecnością budzi tylko we mnie
Odrązę, co się w sercu gromadzi tajemnie.
Z jednym, chciałabym dzielić szczęście i niedolę;
Niż być żoną drugiego, raczej umrzeć wolę.
Lecz dość już otworzyłam me serce dziewczęce,
Dość długo w niepewności żyję i udręce;
Niech ten, którego kocham, w słowach tych moc czerpie,

By mnie zwolnić od tego, którego niecierpię;
Niechaj szczęśliwe śluby zbawią los mój smutny
Od doli, bardziej dla mnie niźli śmierć okrutnej.
SGANAREL:
Spełni się to, duszyczko, w niedługiej godzinie.
IZABELA:
W ten sposób się me serce ukoi jedynie,
SGANAREL: Ukoi się, ukoi.
IZABELA: Wiem, że jest nagannie
Tak jawnie z uczuć swoich spowiadać się pannie.
SGANAREL:
Ależ nie.
IZABELA: Lecz, w dzisiejszym losów moich stanie,
Trzeba mi tak otwarte przebaczyć wyznanie;
Wolno mi oddać serce z twarzą niespłonioną
Temu, którego w duszy uważam się żoną.
SGANAREL:
Tak, moja ty lalusiu, tak, moja niebogo.
IZABELA:
Niech więc się stara dowieść, że mu jestem drogą.
SGANAREL: Masz, pocałuj mnie w rękę.
IZABELA: Niech, przez trwałe śluby,
Najrychlej wzmocni związek ten sercu tak luby,
I niech tu zapewnienie odbierze mej wiary,
Że nigdy innych uczuć nie przyjmę ofiary.
Udaje że ściska Sganarela, a równocześnie podaje
Waleremu rękę do pocałowania.
SGANAREL:
Już, już, moje serduszko, moja buźko słodka,
To, czego pragniesz tyle, niedługo cię spotka,
Nie bój się.
Do Walerego: Sam pan widzisz: ma wszelką swobodę;
W ogieńby za mną poszło to serduszko młode.
WALERY:
Dzięki, pani; myśl twoją pojmuję dokładnie;
Wiem już z słów twoich, co mi uczynić wypadnie;

I wkrótce oczom twoim zniknie ta osoba,
Co serca twego chęciom tak się nie podoba.
IZABELA:
O większem szczęściu marzyć niezdolnam praw dziwie;
Sam widok tej osoby rani mnie dotkliwie,
I tyle wstrętu dla niej serce moje chowa...
SGANAREL; Ech, ech!
IZABELA: Czyżby dotknęły cię te moje słowa?
SGANAREL:
Boże broń, mój gołąbku, skądże znów myśl taka,
Ale szczerze ci przyznam, że żal mi biedaka;
W swem oburzeniu, miarę już tracisz przystojną.
IZABELA: Nie, to jeszcze za mało.
WALERY: Bądź pani spokojną,
W ciągu dni trzech, przyrzekam, chęć się twoja ziści,
I zniknie z twoich oczu przedmiot nienawiści.
IZABELA:
Daj Boże. Zatem żegnam.
SGANAREL: Żal mi tego chłopca.
WALERY:
Nie, sercu memu skarga wszelka dziś jest obca.
Wyrok ten słuszność tylko dla nas obu mieści,
I wiernie się do jego zastosuję treści.
Żegnam.
SGANAREL:
Współczucie budzi jego twarz zgnębiona;
Chodź, uściskaj mnie mocno: ja, to druga ona.


SCENA PIĘTNASTA.
IZABELA, SGANAREL.

SGANAREL: Nie, muszę go żałować.
IZABELA: Gdy tak chcesz koniecznie...
SGANAREL:
Pozatem, tkliwość twoja wzrusza mnie serdecznie,

Mój kotku, i nie będzie ona bez nagrody;
Tydzień, to nazbyt długo dla twej chętki młodej;
Jutro się więc pobierzem i zakończym sprawę.
IZABELA: Jutro?
SGANAREL: Niby się wzdragasz, udajesz obawę,
Ale wiem, że nie mogłem cię zaskoczyć milej;
Chciałabyś, by to było choćby i w tej chwili.
IZABELA: Ale...
SGANAREL: Zatem, do ślubu gotować się trzeba.
IZABELA:
Jak odwrócić tę klęskę, oświećcie mnie nieba!




Przypisy

  1. Ludwik XIV wydał aż 16 edyktów przeciw zbytkowi, który, za jego panowania, szerzył się niesłychanie. Ten, o którym mowa, datuje z 27 listopada 1660.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Molier i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.