Szkoła mężów/Akt trzeci

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Molier
Tytuł Szkoła mężów
Podtytuł Komedja w trzech aktach
Część Akt trzeci
Pochodzenie Dzieła / Tom drugi
Data wydania 1922
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy »Bibljoteka Polska«
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI

Cały tom drugi

Indeks stron



AKT TRZECI.
SCENA PIERWSZA.

IZABELA sama.
Nie, nie, po tysiąc razy umrzeć raczej wolę,
Niż tych obmierzłych ślubów ponosić niewolę;
Muszę, muszę się bronić i, cobądź się stanie,
W oczach świata powinnam znaleźć pobłażanie.
Czas nagli, noc zapada; spieszę, bez obawy,
W ręce kochanka złożyć skarb mej dobrej sławy.


SCENA DRUGA.
SGANAKEL, IZABELA.

SGANAREL mówiąc do osób znajdujących się wewnątrz domu.
Zaraz wrócę; zaś jutro, jeszcze rankiem może...
IZABELA:
O nieba!
SGANAREL:
To ty duszko? gdzież ty o tej porze?
Mówiłaś, że u siebie z powodu gorąca
Chcesz się położyć, żeś jest potrochu cierpiąca,
I prosiłaś mnie nawet, że pragnieniem twojem
Aż do jutra zupełnym cieszyć się spokojem...?
IZABELA:
To prawda, ale...
SGANAREL: Cóż więc?
IZABELA: Nie wiem, jak, w istocie,
Wyznać ci całą prawdę w tym dziwnym kłopocie.

SGANAREL:
Lecz cóż? co to być może?
IZABELA: Zatem, pokryjomu,
Siostra moja zmusiła mnie bym wyszła z domu,
I, w zamiarze na który aż wzdrygam się cała,
Skłoniła mnie, bym pokój mój dziś jej oddała.
SGANAREL:
Jakto?
IZABELA:
Któżby przypuścił? Ona miłość żywi
Dla wygnanego przez nas.
SGANAREL:
Kocha go?
IZABELA: Najtkliwiej.
Tak kocha, że nie zważa na nic w swoim szale,
I możesz sądzić o jej miłości zapale,
Gdy sama, o tej porze, przybyła tu do mnie
Odsłonić mi swą miłość, mówiąc że niezłomnie
Postanowiła zdobyć przedmiot sercu miły,
Lub szukać ukojenia wśród zimnej mogiły;
Że, już od roku przeszło, w dość żywym sposobie
Ich serca przychylały się wzajem ku sobie,
I że nawet, w tych uczuć szczęśliwym zawiązku,
Była tam nieraz mowa o dozgonnym związku.
SGANAREL:
A to szelma!
IZABELA: Ze słysząc o rozpaczy srogiej,
W którą wtrąciłam tego co jej tyle drogi,
Prosi, by, z mą pomocą, jej płomień najtkliwszy
Mógł wstrzymać wyjazd, dla niej od śmierci straszliwszy;
By mogła, pod mem mianem i z okna mojego,
Dziś wieczór słów choć kilka przemówić do niego;
I, w tych słowach mojego używając głosu,
Zatrzymać go widokiem szczęśliwszego losu,
W nadziei, że powróci z czasem do niej cała
Ta miłość, którą teraz, jak wiesz, do mnie pała.

SGANAREL:
A ty co na to?
IZABELA: Byłam srodze oburzona.
Co! zawołałam, siostro, czy jesteś szalona?
Czy nie wstyd ci miłością ścigać tak wytrwałą
Kogoś, komu to wszystko zabawką się zdało?
Deptać praw a płci swojej i gnębić rozpaczą
Tego, kogo niebiosy za męża ci znaczą?
SGANAREL:
Zasłużył na to; z tego, to bardzo się cieszę.
IZABELA:
Słowem, z tysiącem przestróg w mym zapale spieszę,
Błagając, by wyrzekła się tej strasznej zbrodni,
Lub bodaj me sumienie chciała zwolnić od niej:
Lecz, ona, w chęciach swoich zbyt zapamiętała,
Wzdychała tak boleśnie, tak rzewnie płakała,
Tak mi kreśliła rozpacz sfraszliwą swej duszy,
Jeśli się jej prośbami me serce nie wzruszy,
Iż musiałam ustąpić wreszcie jej życzeniom;
Lecz, nie ufając zbytnio zdradnym nocy cieniom,
I w intrydze tej trwogą dręczona tajemną,
Szłam poprosić Lukrecji, aby spała ze mną:
Lukrecji, której cnoty zawsze chwalisz tyle;
I właśnie mnie pan zaszedł w tę nieszczęsną chwilę.
SGANAREL:
Nie, nie podoba mi się ta intryga mglista;
Mógłbym się wprawdzie zgodzić przez wzgląd na Arysta,
Lecz gotów ktoś zobaczyć całą rzecz z ulicy;
Ta zaś, która ma zaszczyt wejść do mej łożnicy,
Nietylko nieskalana ma być w swym honorze,
Lecz nawet posądzoną w niczem być nie może.
Chodźmy wygnać bezwstydną, co, w chęci zdradliwej...
IZABELA:
Och, nie, byłby to dla niej wstyd nazbyt dotkliwy;
Słusznieby potem na mnie żalić się gotowa,
Żem nie umiała wiernie dotrzymać jej słowa;

Gdy mi więc jej niewolno dopomóc w tej sprawie,
Pozwól, niech ją z mieszkania pocichu wyprawię.
SGANAREL:
Ha, więc dobrze.
IZABELA: Lecz proszę, stań gdzie pokryjomu,
I, nie mówiąc ni słowa, pozwól wyjść jej z domu.
SGANAREL:
Prośba twa w moim gniewie jest jedyną tamą:
Lecz, skoro już nareszcie znajdzie się za bramą,
Ja wraz do pana brata skieruję me kroki,
Aby całą przygodę zwierzyć mu bez zwłoki.
IZABELA:
Błagam, niech pan przemilczy przytem moje imię.
Dobranoc p anu; teraz się chwilę przedrzymię.
SGANAREL:
Dobranoc więc; do jutra. Ha! jakże mi spieszno
Panu bratu oznajmić nowinę pocieszną!
Że się tego doczeka, gotów byłem przysiąc:
Nie chciałbym w jego skórze być za złotych tysiąc.
IZABELA w domu:
Tak, siostro, nad twym losem boleję ogromnie,
Lecz nie mogę uczynić czego pragniesz po mnie.
Honor mój, tak mi drogi, nie zniósłby tej plamy.
Dobranoc; wyjdź pocichu, nim się zawrą bramy.
SGANAREL:
O, jak jej tnie kazanie ma duszyczka miła.
Wyszła: trzeba drzwi zamknąć, by zaś nie wróciła.
IZABELA wychodząc:
O Boże, w mych zamiarach chciej mnie dzisiaj w spierać!
SGANAREL na stronie:
Gdzie ona teraz pójdzie? muszę to wyszperać.
IZABELA na stronie:
Przynajmniej noc tak ciemna planom moim sprzyja.
SGANAREL:
Ha, do mieszkania gaszka pospiesza ta żmija.


SCENA TRZECIA.
WALERY, IZABELA, SGANAREL.

WALERY wychodząc nagle z domu:
Tak, na wszystko się ważę i, nie tracąc czasu,
Muszę mówić... Kto idzie?
IZABELA do Walerego: Nie rób pan hałasu;
To ja; czy nie poznajesz swojej Izabeli?
SGANAREL na stronie:
Czelna suka; czyż kłamać umiałby kto śmielej!
Honor, którym ty gardzisz, jej droższy nad życie;
I ty śmiesz pod jej imię podszywać się skrycie!
IZABELA:
Ale, zanim nas śluby nie połączą świętsze...
WALERY:
To marzenie mojego życia najgorętsze;
I, przysięgam na moje imię nieskażone,
Najuroczyściej jutro pojąć cię za żonę.
SGANAREL na stronie:
Biedny głupiec!
WALERY: Wejdź tylko: jesteś tu w mej mocy,
Drwię z twojego śmiesznego Argusa przemocy,
I, nimby cię miłości mojej wydarł zdradnie,
Raczej tysiącem ciosów przeszyty upadnie.


SCENA CZWARTA.

SGANAREL sam.
Och, nie mam wcale chęci, możesz pan być pewny,
Z rąk ci wydzierać twojej cacanej królewny;
O jej zdradę me serce urazy nie chowa;
A że ją dziś zaślubisz, moja już w tem głowa.
Tak, tak, musi się ślubem skończyć ta zabawa,
Pamięć zacnego ojca ma do tego prawa,

A związek, co z jej siostrą łączy mnie tak blisko,
Nie pozwala mi ludziom dać jej w pośmiewisko.
Hej! puka do drzwi komisarza.


SCENA PIĄTA.
SGANAREL, KOMISARZ, NOTARJUSZ,
SŁUŻĄCY z pochodnią.

KOMISARZ: O co chodzi?
SGANAREL: Witam pana komisarza.
Maleńka tutaj sprawa panu się nadarza;
Racz pan pospieszyć za mną, proszę go usilnie.
KOMISARZ:
Idziemy właśnie z panem...
SGANAREL: Potrzeba nam pilnie...
KOMISARZ: Hę?
SGANAREL: Udać się tu oto i razem zaskoczyć
Parkę, by ją małżeństwem natychmiast zjednoczyć.
Jestto nasza pupilka, którą pokryjomu
Pewien jegomość zwabił do swojego domu.
Panna, owszem, z rodziny zacnej i uczciwej,
Ale...
KOMISARZ: Gdy o to chodzi, cóż za traf szczęśliwy:
Mamy tutaj rejenta.
SGANAREL: Więc pan, w sprawie owej...
NOTARJUSZ:
Tak, notarjusz królewski.
KOMISARZ: I człek honorowy.
SGANAREL:
To się samo rozumie. Wejdźcie więc w te sienie,
I, by się nikt nie wymknął, chciejcie dać baczenie.
Za trudy policzymy się z panem i z panem;
Lecz dla Boga, nie dajcież się ujać kubanem.
KOMISARZ:
Jakto! pan możesz sądzić, że, w naszym urzędzie...

SGANAREL:
Ja, broń Boże! niechże już obrazy nie będzie.
Teraz po brata mego pospieszam bez zwłoki.
Niechże mi kto poświeci: to stąd o trzy kroki;
Chcę widzieć, jaką zrobi ten filozof minę.
Hej tam!


SCENA SZÓSTA.
ARYST, SGANAREL.

ARYST: Co tam, mój bracie, niesiesz za nowinę?
SGANAREL:
Chodź, m ądry pedagogu, galancie zgrzybiały,
Oglądać skutki swojej metody wspaniałej.
ARYST:
Jakto, bracie?
SGANAREL: Wiadomość śliczna ci przynoszę.
ARYST: Słucham.
SGANAREL:
Gdzie Leonora, powiedzie mi, proszę?
ARYST: Skądże to zapytanie? Jeśli się nie mylę,
Na balu u sąsiadów.
SGANAREL:
Tak? Chodźno na chwilę:
Pokażę ci, na jakim balu twa panienka.
ARYST:
Co chcesz przez to powiedzieć?
SGANAREL: Oto twa piosenka:
„Zbyteczną surowością gnębić nie należy,
„Łagodnością się jedna umysły młodzieży,
„I najgorliwsza czujność, wrzeciądze ni kraty,
„Kobiety nie uchronią od honoru straty.
„Brak wolności do grzechu przywodzi jedynie,
„Raczej swobodę trzeba dać młodej dziewczynie“.
Użyła też swobody ta szelma: ni słowa;
I cnota jej do wszelkich ustępstw jest gotowa.

ARYST:
Ależ powiedzże wreszcie, co chcesz przez tę całą...
SGANAREL:
Niema co gadać bracie, dobrze ci się stało;
I za dwadzieścia złotych nie chciałbym czerwonych,
Byś miał uniknąć skutku swych nauk szalonych.
Tych dwu sióstr obraz przykład naszych zasad mieści:
Jedna odpędza gachów, a druga ich pieści.
ARYST:
Czyli nie raczysz, w sposób otwarty i szczery...
SGANAREL:
Ten balik nosi wąsy i zwie się Walery:
W mych oczach doń spieszyła właśnie porą nocną,
I w tej chwili w objęciach trzymają się mocno.
ARYST: Kto?
SGANAREL: Leonora.
ARYST: Skończmy, proszę cie, te żarty.
SGANAREL:
On żartami to zowie, ten starzec uparty!
Powtarzam: zrozum wreszcie swoim mózgiem ciasnym,
Że Walery ją skrywa, tu, w swym domu własnym;
I dawno planowali już związek takowy,
Nim zakochać się w drugiej wpadło mu do głowy,
ARYST: Panu bratu widocznie trochę się majaczy.
SGANAREL:
Nie; jeszcze nie uwierzy, póki nie zobaczy:
Wściekam się. Daję słowo; na nic wiek dojrzały,
Póki tu nie dojrzało. Puka się palcem w czoło.
ARYST: Byłżebyś tak śmiały...
SGANAREL:
Już nic nie mówię. Za mną niechże brat pozwoli:
Będziesz się mógł w tej sprawie rozpatrzeć do woli;
Przekonasz się czy zmyślam, i dowiesz, co więcej,
Czy ten związek nie sięga już wielu miesięcy.
ARYST:
Jak to! czyżby w istocie, szydząc sobie ze mnie,

Była zdolną w miłostkę wdać się potajemnie?
Ja, który w każdej sprawie, od młodości pierwszej,
We wszystkiem jak przyjaciel byłem jej najszczerszy,
I prosiłem, by, wolna od innego względu,
Serca swego jedynie słuchała popędu!
SGANAREL:
Jak rzeczy stoją, wraz ci naocznie pokażem;
Prosiłem już rejenta razem z komisarzem:
Jest w naszym interesie, by węzeł małżeństwa
Rychło naprawił skutki tego bezeceństwa;
Gdyż nie sądzę, byś honor swój cenił tak mało,
I, po tej hańbie, jeszcze chciał pojąć zuchwałą;
Chyba, że znów, z pomocą mądrej gadaniny,
Zechcesz się znaleść wyższym ponad ludzkie drwiny.
ARYST: Nigdy się słabość taka po mnie nie pokaże,
Abym kogo wbrew woli miał wieść przed ołtarze:
Lecz nie mogę uwierzyć...
SGANAREL: Pocóż te rozprawy!
Chodźmy więc rzecz zakończyć; dość już tej zabawy.


SCENA SIÓDMA.
CIŻ SAMI, NOTARJUSZ, KOMISARZ.

KOMISARZ:
Wcale ich niepotrzeba niewolić przemocą,
I, jeśli panów tylko te względy kłopocą,
Możecie wraz uśmierzyć uniesienia swoje:
Na małżeństwo najchętniej godzą się oboje,
I Walery podpisał już, ze swojej strony,
Papier, który jej daje prawa jego żony.
ARYST: A ona...
KOMISARZ: Drzwi zamknęła i zamiaru nie ma
Wyjść, póki pełnej zgody od was nie otrzyma.


SCENA ÓSMA.
CIŻ SAMI i WALERY w oknie.

WALERY:
Tak jest; i progu tego nikt mi nie przekroczy,
Póki podpisów waszych nie ujrzę na oczy.
Wiecie ktom jest, spełniłem wiernie obowiązek,
Własnem mojem nazwiskiem stwierdzając ten związek;
Jeśli zamiarem panów dać mu swe poparcie,
Niech i wasze imiona ujrzę na tej karcie;
Jeśli nie, raczej zginę tutaj, wiedzcie o tem,
Niż się dam z mej miłości rozłączyć przedmiotem.
SGANAREL:
Nie, nie, rozłączać cię z nią nie pragniemy wcale.
Po cichu, na stronie:
Jeszcze za Izabelę bierze ją w swym szale.
Trza się spieszyć.
ARYST: Lecz czy to pewnie Leonora?
SGANAREL:
Cicho.
ARYST: Ależ...
SGANAREL: Ni słowa.
ARYST: Chcę wiedzieć.
SGANAREL: Nie pora,
Ani słowa, powtarzam.
WALERY: Sprzeczka to daremna,
Z Izabelą przysięga łączy nas wzajemna;
Zaś, jeśli rozważycie rzecz bez uniesienia,
Uznacie, żem i partją jest nie do wzgardzenia.
ARYST do Sganarela:
To, co on tu powiada...
SGANAREL: Milcz; są w tem powody,
Wnet dowiesz się wszystkiego.
Do Walerego: Więc, dla świętej zgody,
Zezwalamy, byś złączył się przysięgą świętą,
Z tą, którą w twem mieszkaniu znajdziemy zamkniętą.

KOMISARZ:
Właśnie tak jest w kontrakcie wszystko ułożone,
Imię zaś jest in blanco, jako nie stwierdzone.
Podpiszcie, potem panna wszystkich was pogodzi.
WALERY:
Zgadzam się na ten układ.
SGANAREL: O to właśnie chodzi.
Na stronie: Uśmiejemy się tęgo.
Głośno. Podpisz, panie bracie.
Tyś pierwszy.
ARYST:
Chciałbym wiedzieć, co wy w tem skrywacie?
SGANAREL:
Do licha! cóż za fochy! podpiszże, a skoro.
ARYST: On zwie ją Izabelą, ty zaś Leonorą.
SGANAREL:
Czyż nie jest twym zamiarem, jeśli to jest ona,
Zezwolić, by z swym gaszkiem została złączona?
ARYST: Oczywiście!
SGANAREL: Więc podpisz; ja toż samo zrobię.
ARYST:
Zgoda. Lecz nie rozumiem...
SGANAREL: Zrozumiesz w tej dobie.
KOMISARZ:
Zaraz wrócim.
SGANAREL: Niech teraz twój umysł ogarnie
Rzecz całą, dość zawiłą...

Cofają się w głąb sceny.


SCENA DZIEWIĄTA.
LEONORA, SGANAREL, ARYST, LIZETA.

LEONORA: Ach, cóż za męczarnie!
Jakże mnie nudzą wszystkie te młode głuptaski!
Żem dziś uciekła z balu, to tylko z ich łaski.

LIZETA: Na uprzejmość dla pani każdy się wysila.
LEONORA:
W ich towarzystwie męką dla mnie każda chwila,
I wolałabym lada najprostszą rozmowę,
Niż tych pustych paplaczy szczebioty jałowe.
Myślą, że wszystko wobec ich peruczki blednie,
I że dowcipu dają znaki niepoślednie,
Gdy który, ostrząc słówka niby to dowcipnie,
Miłości starców jakąś głupią łatkę przypnie;
Ja zaś takiego starca przyjaźń wyżej cenię,
Niż zapalczywe młodych dudków uniesienie.
Lecz cóż ja widzę tutaj...
SGANAREL do Arysta: Tak więc rzeczy stoją.
Spostrzegając Leonorę:
Ha, otóż ona idzie z towarzyszką swoją.
ARYST:
Leonoro, bez gniewu, lecz żal mam do ciebie:
Czym cię kiedy niewolił w jakiejbądź potrzebie?
Czyż ci nie przedkładałem, po sto razy może,
Żeś wolną najzupełniej jest w swoim wyborze?
A przecież, serce twoje, jakby szydząc ze mnie,
I miłości i ślubów szuka potajemnie.
Żem był dla ciebie dobrym, żalu dziś nie żywię,
Jednakże twój postępek rani mnie dotkliwie,
I doprawdy, że innej warta jest nagrody
Przyjaźń, której tak liczne dałem ci dowody.
LEONORA:
Choć nie wiem, co się kryje pod wymówką taką,
Wierz mi, że zawsze jestem dla pana jednaką;
Ze twej przyjaźni moja odpowiada godnie,
I że zawieść jej ufność miałabym za zbrodnię;
Że wreszcie, jeśli chęci chcesz wypełnić moje,
Jutro węzłem małżeńskim złączym się oboje.
ARYST:
Na jakiej więc podstawie plotka tak naganna...

SGANAREL do Leonory.
Więc nie od Walerego przyszła tutaj panna?
Nie ty wyznałaś siostrze dzisiaj swe amory,
I nie płoniesz dla niego już od dawnej pory?
LEONORA:
Któż to składa bajeczki o tak pięknej treści,
I śmie rozszerzać o mnie tak potworne wieści?


SCENA DZIESIĄTA.
CIŻ, IZABELA, WALERY, KOMISARZ, ERGAST,
NOTARIUSZ.

IZABELA:
To ja, siostro, i chciej mi wybaczyć łaskawie,
Żem wzięła twoje imię w tak drażliwej sprawie.
W niebezpieczeństwie nagłem i niespodziewanem,
Starałam się ocalić tym podstępnym planem.
Wprawdzie, widząc twój przykład, wstyd mi zdrady takiej,
Lecz los nasz, siostro, nie był, niestety, jednaki,
Do Sganarela.
Wobec pana nie mogę uznać swojej winy,
Do wdzięczności, nie żalu, dając ci przyczyny;
Nie jestem przez niebiosy dla ciebie stworzoną,
Nie czuję się dość godną by zostać twą żoną,
I wolałam z kim innym raczej znaleść szczęście,
Niż wstąpić w nazbyt dla mnie zaszczytne zanieście.
WALERY do Sganareta:
Co do mnie, w mym szacunku, szczerą chęcią płonę,
By ją z twej własnej ręki otrzymać za żonę.
ARYST:
Ha, trudno, trzeba połknąć przysmaczek, mój bracie;
Za obrót całej sprawy wina spada na cię;
I kto tak żyje, w tem jest najbiedniejszym z ludzi,
Że, choć zwiedziony, w nikim współczucia nie budzi.
LIZETA: Mojem zdaniem, nie może użalać się na to,
Kto, za swe trudy, z słuszną spotkał się zapłatą.

LEONORA:
Nie wiem, czy godną pochwał ta sztuczka zbyt śmiała,
Lecz to wiem, że potępićbym jej nie umiała.
ERGAST:
Choć sam los go przeznaczył pomiędzy rogacze,
dostał tylko niedoszłym, niechaj więc nie płacze.
SGANAREL wychodząc z osłupienia, w jakiem był
dotychczas pogrążony:
Nie; dotąd jestem jeszcze niby ogłupiały!
W głowie mi się nie mieści podstęp tak zuchwały;
I myślę, że sam szatan we własnej istocie
Nie umiałby dorównać tej oto niecnocie.
Przecież ja rękę w ogień byłbym za nią włożył!
Przeklęty, kto w kobiecie ufność swą położył!
Najpoczciwsza się mieni w djablicę zaciekłą:
Płeć tę chyba Bóg stworzył by zaludnić piekło;
Toteż odtąd, od wszelkich z nią spraw już daleki,
Przekazuję ją biesu aż po wszystkie wieki.
ERGAST: Masz tobie!
ARYST: Teraz do mnie wszyscy na wieczerzę.
Jutro może to jego wzburzenie uśmierzę.
LIZETA do publiczności:
Jeśli mężów tyranów znacie, piękne panie,
Do nas tylko przyślijcie ich na wychowanie.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Molier i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.