Szkapa/XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Szolem Jakow Abramowicz
Tytuł Szkapa
Rozdział Żaden taniec nie zastąpi jedzenia
Data wydania 1886
Wydawnictwo Księgarna A. Gruszeckiego
Drukarz Bracia Jeżyńscy
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Klemens Junosza
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XII.
Żaden taniec nie zastąpi jedzenia.

Szkapa obrzydła mi już z powodu swego sprawowania się. Uważałem ją też za straconą, straconą na zawsze. Nigdy już ona nie wyjdzie na ludzi. Widocznie wrogowie jej mieli słuszność, świat nie zwaryował jeszcze... prawdopodobnie już jest ona taka nieszczęsna — ma jakąś chroniczną, nieuleczalną chorobę od Boga. I rzeczywiście, po co się z nią ceckać? po co ją niańczyć? Poczekam jeszcze trochę, pomyślałem sobie, dopóki dzień się nie zrobi na dobre; a potem pójdę już sam, nie powiedziawszy jej nawet „bądź zdrowa” nie pożegnawszy jej wcale! Niech sobie robi co jej się tylko podoba! mnie już ona nic a nic nie obchodzi...
Gdy tak nadąsany usiadłem, szkapa przybliżyła się cokolwiek, popatrzyła na mnie uważnie i zapytała bardzo spokojnie:
— No — powiedz dlaczego uciekłeś przed chłopem, ledwie żywy ze strachu?
— Kto ja? — zapytałem zawstydzony — ja?! Dlaczego ja uciekłem przed nim? ja?!
— Tak — dlaczegoś ty uciekł?
— Et — odpowiedziałem, machnąwszy ręką — chłop zawsze będzie chłopem. Chciał mnie bić...
— Kogo? kogo?! — zawołała zdumiona — ciebie? i dlaczego zmilczałeś mu?
— Cóż miałem robić?
— T-a-ak? — rzekła przeciągle — nie wiedziałeś co masz robić? — a on tymczasem wciąż bił biednego konika!.. Ha? więc na wszystkich drogach, ścieżkach i uliczkach — nie stoją miłosierni panowie z towarzystwa?!
Zmieszany, nie wiedziałem co odpowiedzieć na to.
— Ta-a-ak! a to stworzenie, biedny konik, cierpi niestety! — ciągnęła szkapa dalej; widać więc, że ci, którzy byli prześladowani, są w tem położeniu aż dotąd. No... czy jest więc jaki lepszy porządek na świecie?
Na te słowa spuściłem nos na kwintę...
— Co? — mówiła wciąż — zdaje się, że „w teraźniejszych czasach nie ma już żadnych anomalij; jest przecież towarzystwo opieki nad zwierzętami.”
Nie mogłem jej patrzyć prosto w oczy.
— Kiedyś przed chwilą tak perorował wielkim głosem, kiedyś przemawiał z głębi serca, myślałam sobie, że teraz zapewne nastał czas — Mesyasza. Oto wszystkie dzikie zwierzęta i bydło zaczną się obejmować nawzajem, jak bracia; oto wilk będzie za pan brat z jagnięciem, lampart stanie się przyjacielem kozła, i jeden drugiego będzie prosił o przebaczenie dawniejszych grzechów, dawniej popełnionych niedorzeczności. Co się stało, to się stało! ale od dziś zaczną się dobre czasy... ostre pazury i straszliwe zęby zostaną złożone na półkę... Wyjdzie z mody rozlew krwi, jedzenie cudzego mięsa. Nie będzie więcej silnych z powodu pochodzenia, wszyscy staną się równi sobie. Będzie można zawołać wielkim głosem: hura! hura! oto nadszedł czas Messyasza! i ja, nieszczęsna szkapa, lada chwila wolną będę od wszelkich cierpień! I trzeba, żebym w tej chwili zobaczyła jak biją oto i męczą biednego konia!! Ciekawam też bardzo, co mi na to odpowiesz?
— Ty sobie drwisz ze mnie! — odezwałem się ze złością.
— Widocznie jest w tem jakaś omyłka — żartowała dalej. To widać tylko „Purym-szpil”[1], czysta komedya, dalibóg! Tam zasiada komitet z członków towarzystwa opieki nad zwierzętami, trudzi się, rozprawia szeroko o litości, o uczuciach ludzkich — a tu tymczasem nieszczęśliwe zwierzęta znoszą udręczenia! Kto chce ładuje na biednego konia ciężar nad siły i wypędza z niego duszę. Pomagają mu tylko słowami, wzdychaniem, jęczeniem! To jest dalibóg czysty teatr! Rzeczywiście teraźniejsze czasy zasługują w zupełności na miano „czasów gadania, wzdychania i tracenia słów na próżno!”
— Ty jesteś, w dodatku do wszystkich twoich cierpień, wielką szyderczynią — dowcipnisią — lubisz wszystko ośmieszyć! — rzekłem z gniewem. Dość już jednak tych żartów, dość szyderstwa, skoro mówię z tobą poważnie, na seryo, o wykształceniu i cywilizacyi...
— Ze mną mówią na seryo?! — zawołała — ze mną mówi kto poważnie?! Głową o ścianę! Skoro mnie już tak ciągniesz za język, to muszę ci powiedzieć, że wydajesz mi się dzikim bardzo i bardzo naiwnym, ze wszystkiemi twemi liścikami i ze wszystkiem co mówisz... Powiadają, że ja powinnam się uczyć. Odpowiedzże mi przedewszystkiem, mój mędrcze, dlaczego ma się to tyczyć szczególnie mnie? Wieleż to jest na świecie naprzykład nieuczonych koni, zupełnie prostych, niewychowywanych w żadnej stadninie — a jednak im tego nikt za złe nie bierze, nie żąda żeby się uczyli. Powtóre, aczkolwiek rzeczywiście nie umiem takich sztuk jak szlachetne, wykształcone rumaki, niemniej jednak zupełnie grubą i ciemną szkapą, jak sądzę, także mnie nazywać nie można; a zresztą pokaż mi, gdzie to stoi, żeby każdy koń musiał mieć koniecznie dyplom ze stadniny? Po trzecie, chociaż nie umiem tak podnosić nóg i wyrabiać sztuk takich, jak tamte konie ze stada, niemniej jednak ze mnie jest daleko więcej pożytku aniżeli z nich.
Tamte są od wszystkiego wolne — nie znają więcej nic prócz karety i polowania; ja zaś muszę pracować z trudem, nosić wszelkie ciężary. Gdzie moje życie? gdzie moje ciało? Mogą mówić o mnie co chcą, ale ja wiem dobrze, że mój trud, moja praca, wiele, bardzo wiele pożytku przyniosły. Po czwarte, powiedz mi jaki związek ma jedzenie i najniezbędniejsze potrzeby życia z oświatą? Jest-że to sprawiedliwość, żeby komu nie dać jeść, nie pozwolić mu oddychać swobodnie — dopóki nie wyuczy się różnych sztuczek? Każde stworzenie, które przychodzi na świat, przedewszystkiem jest istotą żyjącą, obdarzoną przez naturę wszystkiemi instynktami i członkami, potrzebnemi tylko dla niej samej, ażeby za ich pomocą mogła zdobywać sobie to co jest dla życia niezbędnem. Ma ona (ta istota) naprzykład gębę — ażeby jeść, nos — aby oddychać, ma ona nogi — dlatego żeby chodzić, nie po to zaś by tańczyć! Tańce i tym podobne różne głupstewka (szmochtelajen), to są wymyślone rzeczy, to już wszystko wynaleziono później i nazwano ogólnie „Oświatą.” Nie chcę ja się tu zagłębiać w filozoficzne wywody, czy oświata w ogóle, ze wszystkiemi jej sztukami, jest dobra, czy zła? Czy wszystko to czego uczą, można w ogóle nazwać wykształceniem? Można albowiem wymienić mnóstwo sztuk (kuntzen), które dawniej wchodziły w program — a dziś wcale nie; — i takich, których cała treść zależała, za pozwoleniem powiedziawszy, od czyjegoś upodobania lub przekonania. Można też wymienić jeszcze i takie sztuki, które zasadzały się na czyjejś zachciance, na kaprysie, na starych, zapleśniałych przesądach. Były też i takie, które od samego początku opierały się na kurzej nodze, na sile wyobraźni! Niektóre miały za podstawę fakta, to jest to co się na świecie działo, tylko że te fakta przekręcano, przedstawiano przeciwnie, na wywrót. Każdy powtarzał je na swój ład, każdy zapatrywał się na nie inaczej; przedstawiano je tylko ze strony zewnętrznej, bez idei, która tkwiła wewnątrz nich. Dziś nie należy o tem zapominać, że poważna nauka nie jest sztuką, przedstawieniem, pufem! Jeszcze raz powiadam, że nie wchodzę w głębokie wywody czy takie wykształcenie, z jego wszystkiemi sztukami, daje korzyści namacalne, czy nie? czy przynosi ono światu szczęście, czy nieszczęście? Chcę powiedzieć tylko, że to wszystko są rzeczy drugorzędne. Stworzenie, przyszedłszy na świat, nie wie o tych sztukach nic — ale chce przedewszystkiem żyć, oddychać, poruszać się; zanim jeszcze może mieć cień myśli o cywilizacyi i jej dążeniach, o tych wszystkich, przez ludzi wymyślonych, rzeczach! Można mu niedać pięknych naszyjników, różnych cacek i zabawek, przeznaczonych dla takich, co umieją różne sztuki; ale jeść, oddychać swobodnie, słowem to czego jego ciało wymaga, bez czego żyć nie sposób — trzeba mu dać koniecznie. Ono ma na to prawo i tego odejmować mu nie możecie. Nie trzeba żyjącego stworzenia trzymać w zamknięciu, bo przez to ono zamiera powoli, przez to odbieracie mu prawo życia. Nie należy go męczyć i bić, ponieważ przez to wyrządza mu się cierpienie. Męczony, może stać się gorzkim kaleką, co znaczy, że odbieracie mu prawo być zdrowym i mieć przyjemności życia.... Skoro mnie już ciągniesz za język, a więc ci jasno i otwarcie powiem, że dziękuję za twoją litość! Nie chcę, ażebyś tak pracował nad tem, żeby mnie nie męczono, żeby mi dano to co potrzebne do podtrzymania mojej duszy — tylko w imię litości! tylko dlatego, że jest towarzystwo opieki nad zwierzętami! Ja nie chcę wcale i nie żądam nawet, ażebyś miał wyżebrać dla mnie najniezbędniejsze rzeczy do życia, dla tej jedynie przyczyny, że ludzie mają i mieć mogą ze mnie pożytek! Stara to piosnka, którą słyszałam już śpiewaną przez ludzi w różnych czasach! Zazwyczaj, gdy świat zaczyna na seryo zastanawiać się nad sobą, wtenczas śpiewa piosnkę humanizmu, co znaczy: ludzkości, litości, miłosierdzia. Nieco później, gdy ludzkość powoli staje się praktyczniejszą, wtenczas śpiewa piosnkę utylitaryzmu, czyli pożyteczności, korzyści. Ale jeszcze później, gdy świat dojdzie do rozumu i sprawiedliwości, i pojmie lepiej prawa natury i jej wszystkich stworzeń, wówczas zaśpiewa ostatnią, najlepszą pieśń „prawdy i słuszności.” Ja nie chcę wcale słyszyć o żadnej litości, o żadnym pożytku! ja jestem, jak wszystkie inne, żyjącem stworzeniem i posiadam jak one prawo do życia! Gdyby kto nademną się litował, znaczyłoby to tyle, że ja żyję tylko z jego łaski, że on ma prawo żyć, a ja nie! W ogóle to że ja trzymam się jakoś, że jeszcze zipię, miałabym do zawdzięczenia jemu, tylko jemu! Zaś wtedy, jeżeli będziemy się uważali za równe stworzenia, z jednakowemi potrzebami, a tamten pozwoli mi żyć dlatego tylko, że ja mu przynoszę pożytek — to znaczyć będzie, że on jest celem, zasadą, a ja żyję tylko dlatego, że mu się na coś przydam, że dla mnie samego wcale nie jestem stworzona! Ja chcę jednak żyć tak samo jak inni, dlatego że ja jestem stworzona dla siebie. Rozumiesz to, mój panie adwokacie, mój miłosierny panie! Na twojem miłosierdziu, albo na tem, że ci jestem pożyteczna, opierać się nie mogę, ponieważ jutro, może ci się, do wszystkich djabłów, zatwardzić serce; albo też ja nie dostawię ci akuratnie umówionej liczby cegieł, i ty się rozgniewasz, wyrzucisz mnie z twego miłosierdzia, i zostanę całkiem zniszczona. A jeżeli będą się ze mną obchodzili według sprawiedliwości, tak samo jak się obchodzą z innym równym sobie — wtenczas będziemy rozmawiać o tamtych sztuczkach. W dobrych okolicznościach, w dostatkach, prawdopodobnie przychodzą do głowy takie rzeczy. Wtenczas będziesz mógł nawet oszczędzić sobie trudu mówienia mi kazań. Ha — co powiesz na to, mój paniczku?
— Co ja powiem? — odpowiedziałem — ja powiadam, że nic innego nie mówi przez ciebie, tylko djabeł[2].




Przypisy

  1. Purym-szpil, widowisko, komedya odgrywana przez pauprów w dzień pamiątki Estery i Manducheusza. Bohaterem tych widowisk jest Haman.
  2. Jest to dwuznacznik — albowiem wyraz „ruach“ djabeł, znaczy także „duch.“


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Szolem Jakow Abramowicz i tłumacza: Klemens Junosza.