Szkapa/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Szolem Jakow Abramowicz
Tytuł Szkapa
Rozdział Uczcie się tańczyć!
Data wydania 1886
Wydawnictwo Księgarna A. Gruszeckiego
Drukarz Bracia Jeżyńscy
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Klemens Junosza
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XI.
Uczcie się tańczyć!

Przez długi czas siedziałem cicho i nie mogłem przemówić ani słowa. Dopiero, odpocząwszy i uspokoiwszy się trochę, zapytałem szkapy:
— Ha? i cóż ty powiadasz o naszem towarzystwie? co?... Jak dobrem, jak szlachetnem jest ono! jak gorliwie zajmuje się twoim losem i myśli o nim! Ono chce poprawić twoje położenie, pragnie aby na przyszłość lepiej obchodzono się z tobą! Ale, widzisz moja kochana, to w znacznym stopniu i od ciebie samej zależy. Szczęście twoje, twoja lepsza dola zależy dużo od ciebie. Jeżeli posłuchasz dobrej rady i naśladować będziesz wszystkie postępki i chód uczonych, tresowanych koni, to ci później (jeżeli Bóg pozwoli) będzie dobrze! Zamiast do grubych i nieprzyjemnych robót, będziesz używaną do lżejszych i pięknych zajęć. Kto wie, moja kochana, co z czasem może nastąpić?! Z czasem możesz jeszcze wyjść na ludzi i wyglądać zupełnie inaczej niż dziś... Ha! cóż ty na to powiadasz, szkapo?
Byłem najpewniejszy, że szkapa ucieszy się niezmiernie tą wiadomością, że aż jej zdrowia przybędzie, gdy usłyszy takie słowo; że jak to powiadają, rękami i nogami okazywać będzie wielką radość i składać dziękczynienia i chwałę naprzód Temu, przed którym jeszcze rąk nie umyłem, a potem mnie, wysłańcowi Jego, mnie, który jej tak radosne wieści przyniosłem!
Przyznaję, że mam dziwną przyjemność wówczas, gdy mi kto dziękuje za wyświadczone dobrodziejstwo. Wówczas uczuwam bowiem, że ja jestem panem, a on moim niewolnikiem; ja jestem człowiekiem szlachetnym, uszczęśliwiającym drugich, miłosiernym — a on?.. Et, co on!? Mnie, ma się rozumieć, należy wszystko... i pieniądze i przyjemności... a jemu co?
On powinien się cieszyć, że taki człowiek jak ja, zmiłował się nad nim i dał mu coś.
Przecież mógł odemnie łatwo doznać złego... Naprzykład gdyby przyszedł do mnie i chciał prosić o to, na czem jego życie zależy, a co dla mnie po prostu jest głupstwem — to ja mógłbym być wtedy akurat w złym humorze — mógłbym na niego krzywo spojrzyć, niedopuścić go do słowa i zakręcić nosem tak, że nie wiedziałby nawet którędy do drzwi trafić.
Jednem spojrzeniem mógłbym go zgnieść, jak muchę — i wszystkie jego nadzieje, za pozwoleniem zepsuć, jak pajęczynę. Wszystko to przecież wisiało na włosku. Podczas gdy taki biedak dziękuje mi — ja czuję jak jestem wielki! zdaje mi się, że należą mi się z jego strony błogosławieństwa. On uważa mnie za wszystko, a siebie samego, ma się rozumieć, za nic. Mnie, należy się lekkie życie, bez trudu, bez trosk, bez kłopotów, bo ja jestem delikatny, szlachetny człowiek; a on... no, on to zupełnie inna kategorya. Wprawdzie obadwaj mamy krew i ciało, niemniej jednak, jest pomiędzy krwią a krwią różnica; szlachetna krew jest całkiem co innego — zresztą i natura nasza nie jest jednakowa. Ja jestem przyzwyczajony żyć dobrze, z wszelkiemi przyjemnościami, i gdybym nie miał na czas szklanki kawy, albo szklanki herbaty; albo gdyby mi nie podano do obiadu jakiej ulubionej potrawy, albo żeby mi naprzykład wypadło się schylić nie w porę, to pienił bym się w takim razie ze złości. On znowuż, przyzwyczajony jest ciągle charować, on jest człowiek gruby, bez cienia delikatniejszych uczuć... Żołądek biedaka nie przebiera („ajn oremans kiszke kłajbt gor niszt iber”) pakuj w niego czy chleb, czy krzemienie wszystko jedno... byle jeść!.. Jakże równać takiego do mnie!? Podczas gdy taki prosty człowiek, taki potrzebnicki, składa mi dziękczynienia głosem drżącym, ja sobie stoję i uśmiecham się tak szczególnie, że nie sposób tego opisać. W tym uśmiechu jest i skromność i pycha — i niby wielka powaga, niby żartobliwość, łaskawość i przekleństwo: „żeby djabeł wszedł w jego ojca!” W tym uśmiechu jest i pozwolenie, aby biedak mówił — i rozkaz, żeby znał uszanowanie! Jeżeli ja zaszczycam takiego golca spojrzeniem, to zdaje mi się, że on aż topnieje z radości; jeżeli zaś przemówię do niego słów kilka, i dam mu po dobroci naukę, naprzykład: „że trzeba pracować ciężko, trudzić się, zarabiać na grosz w pocie czoła, że nie można być próżniakiem, że należy żyć oszczędnie, z rachunkiem,” albo gdy powiem mu cokolwiek, tak sobie, bez myśli; „że trzeba robić tak i tak, pisać tak i tak, że to jest dobre a to złe i tym podobne zdania, ot tak, na wiatr — to zdaje mi się, że on aż rośnie, że po każdem mojem słowie dopowiada „Amen” i wdzięczny mi jest, za moje słodkie przemówienie, za moje mądre rady...
Ja myślę, że pod tym względem jestem podobny do mnóstwa bogaczów, do mnóstwa wielkich, miłosiernych ludzi. Miarkuję i poznaję że tak jest, z ich fizyognomii, uśmiechów, z ich błyszczących oczu, z ich rozmowy, jako też z rad i nauk, jakie ludziom ubogim udzielają.
Najlepiej jednak okazuje się to ze sposobu podawania ręki.
Na pierwszy rzut oka zdaje się: cóż to wielkiego jest podanie ręki? U prostych ludzi to bardzo prosta rzecz; podaje się komuś rękę, zwyczajnie, ze wszystkiemi palcami, tak jak jest, bez żadnych mądrości. U delikatnych jednak osób, w podaniu ręki mieści się wielka mądrość, robi się to albowiem na wiele sposobów, a w każdym jest cały systemat, cały język!.. Jak tylko zostałem delikatnym człowiekiem, natychmiast zacząłem się uczyć tej sztuki i studyowałem ją przez długi, bardzo długi czas!
Jeżeli Pan Bóg da mi zdrowie i życie, to myślę wydrukować bardzo grubą książkę, w kilku tomach pod tytułem: „Chochmas ha-jad” („mądrość ręki”).
W pierwszej części będzie mowa o tem jak brać? To wszakże jest bardzo łatwa rzecz, jednakowa zawsze i dla każdego równa: kiedy brać, to należy brać całą ręką, a tam gdzie się da, obydwoma rękami!
Cała trudność leży w dawaniu. Nad tem silą się komentatorowie, tu nasuwa się tysiące wątpliwości i w tem właśnie (jak dawać) spoczywa cała waga, cały główny cel książki.
Jestem pewny, że świat osiągnie z mego dzieła mnóstwo korzyści, szczególniej zaś przyda się ona tym ludziom, którzy zbogaciwszy się nagle, chcą odgrywać jakąś rolę i we wszystkich rzeczach udawać wielkich ludzi („fajne berye”). Rzeczone dzieło pożyteczne będzie także i dla tych kobietek, które nagle, już w starych latach pozbywszy się peruk[1], zaczęły się raptem stroić modnie, kokietować, zadzierać nos do góry — i wykierowały się od jednego zamachu na wielkie damy!
Tym razem jednak nie sądzono mi było doznawać rozkoszy wielkiego dobrodzieja...
Szkapa, nietylko że nie dziękowała mi, ale najwidoczniej nie miała nawet ochoty słuchać tego co mówię.
Odwróciła się odemnie i jadła trawę, z taką miną, jakby nie wiedziała wcale że ja znajduję się blizko. To mnie trochę dotknęło. Powtórzyłem jej jeszcze raz moje poprzednie słowa, ale ona znowuż udała, że nie słyszy i nie przerywała swego zajęcia: zupełnie jakby chciała powiedzieć: „cóż mnie to obchodzi, co on plecie?!”
Taka obraza była nie do zniesienia! Jakto?! czyż mówię głupstwa, lub nonsensa?! przecież dowodzę o potrzebie cywilizacyi, wykształcenia. Aż podnosiła mnie obojętność jej na te sprawy! Zerwałem się na równe nogi, stanąłem wprost przed szkapą i wypowiedziałem jej całe kazanie!
— Wiadomo jest każdemu, mówiłem z ogniem, każdemu wiadomo, od wielkiego do najmniejszego, że wszyscy uczeni porównywają wykształcenie, oświatę — do światła. Nauka światłem jest, mówi pismo. Ale grubość i niewykształcenie da się porównać z ciemnością. Światłemu człowiekowi jest jasno w oczach, we wszystkich dwustu czterdziestu ośmiu członkach. Wykształcenie, również jak światło, daje każdemu szczęście i życie. Człowiek wykształcony żyje bardzo szczęśliwie w bogactwie i czci. Świat daje mu wiele przyjemności i sam ma z niego przyjemność. Każdy uczonego lubi — daje mu co najpiękniejszego i najlepszego, nawet „talerzyk z nieba!” nawet ptasiego mleka! Słowem, jest mu dobrze, bardzo dobrze! Bogacze, zamożni ludzie cieszą się nim, zachwycają, oblizują palce po każdem jego słowie. Każdy radby go ściągnąć ku sobie jak kosztowny brylant — i gdy kto wydaje bal, obiad, lub zabawę, to posyła mu natychmiast zaproszenie. Rozumie się, że pieniądz łatwo topnieje, dziś jest jutro go nie ma („gełt is szmełt, hajnt is do morgon niszto”)[2] — ale on (uczony) on sam jest pieniądz, sam jest złoto i srebro!! Na co mu pieniądze? na co mu ozdoby? On sam wart tyle co moneta, co drogie kamienie! Jeżeli poprosi kogo o pożyczkę — otrzymuje natychmiast, dadzą mu z wielką radością. Który bogacz, który pieniężnik odmówił kiedy takiej przysługi wykształconemu człowiekowi? Który? proszę mi powiedzieć który? gdyż ja myślę że żaden! Jeżeli kto utrzymuje przeciwnie, to zapewne jest kłamcą, a jeżeli nie może być uważany za kłamcę, to prawdopodobnie zaszło jakieś nieporozumienie... Zapewne bogaty nie dobrze uczonego zrozumiał — albo też obadwaj popełnili omyłkę!.. Arystokraci, czyli inaczej mówiąc, delikatni ludzie, którzy zadzierają nosy i chodzą jak nadęci bez żadnej zasady; którzy żądają, aby każdy poważał ich, dlatego, że mają modne spodnie i błyszczące cholewy; że posiadają piękne towary; że jadają dobre obiady, w których jest więcej mięsa i szmalcu niż w obiadach zwykłych śmiertelników — ci nawet, powiadam, wyniośli ludzie, wybiegają naprzeciw wykształconych i czynią im honory.
Nawet owe damy, które patrzą z kokieteryą, robią różne grymasy — noszą na głowach góry drogich kamieni, cudzych włosów, lasy sztucznych kwiatów — te nawet damy szanują ludzi ukształconych i zaszczycają ich kilkoma słowami. Czyż nie powiada pismo „szczęśliwy mąż, który znalazł mądrość?” No, pomyśl, czy trzeba lepszego dowodu nad pismo?! Nie chcę ja się bardzo rozwodzić nad tem, jak źle jest na świecie ludziom ciemnym i nie mającym wykształcenia; jak tacy ludzie są słabi i przygnębieni, jak nie mogą nawet głowy podnieść, jak cierpią... Nie! na ten raz nie mam zamiaru o tem mówić, chciałem tylko wykazać jak dobrą jest oświata — i przekonać cię, że powinnaś cieszyć się z planów, które właśnie rozwinąłem przed tobą.
Tymczasem, szkapa podczas mojej przemowy, odeszła sobie dalej trochę i zaczęła jeść trawę obojętnie, nie spojrzawszy na mnie nawet. Ja wszakże nie chciałem milczeć — a upór szkapy doprowadzał mnie do złości. Cóż to ja jestem jakiś smarkacz? mówię od rzeczy? czy co?! I chociaż zdaleka, chociaż szkapa nie chciała słuchać, mówiłem ciągle swoje, wciąż powtarzałem to samo i zakończyłem słowami proroka: „jeżeli usłuchacie rady, dobro ziemi mieć będziecie.”[3]
Wypowiedziawszy to, zaczerwieniony, zgrzany rzuciłem się pod drzewo...




Przypisy

  1. Jak wiadomo, zamężne kobiety, w sferze konserwatywnej żydowskiej, golą włosy i nakrywają głowy peruką.
  2. Przysłowie.
  3. Izajasz.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Szolem Jakow Abramowicz i tłumacza: Klemens Junosza.