Szkapa/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Szolem Jakow Abramowicz
Tytuł Szkapa
Rozdział Srulik i Szkapa
Data wydania 1886
Wydawnictwo Księgarna A. Gruszeckiego
Drukarz Bracia Jeżyńscy
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Klemens Junosza
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ II.
Srulik i Szkapa.

Pewnego pięknego dnia, w lecie, udałem się za miasto i poszedłem daleko w pole.
Przez kilka godzin z rzędu chodziłem tu i tam, wreszcie położyłem się na trawie w cieniu drzew, tuż przy rowie i patrząc dokoła, marzyłem, rozmyślałem…
Na polu pasły się pańskie kozły („panskie capes”), osły, całe tabuny koni, mających świadectwa o swem arystokratycznem pochodzeniu, o tem, że wywodzą ród od szlachetnych przodków. Jeden z ich dziadków był angielskim rumakiem, który przewędrował niegdyś przez ziemię Chanaan i tam ożenił się z klaczą arabską.
Inna znów babka pochodziła ze sławnego rodu i wąchała w swem życiu wiele prochu, a jeszcze inna babka była bardzo wysoko wykształcona, otrzymała edukacyę w sławnym zakładzie i nawet swego czasu w towarzystwie innych, również wysoko wykształconych koni, dawała przedstawienia osobliwszych tańców i skoków.
Przytem należy wiedzieć, że u koni (ferd[1]) rasa gra nader ważną rolę. Krew szlachetna traktowana jest bardzo poważnie, a konie pochodzące z dobrego stada, noszą miano dobrze urodzonych. Otóż te szlachetne konie pasły się wszędzie z zupełną swobodą; wchodziły w szkodę i robiły spustoszenia w zbożu, które biedni ludzie zasiali w pocie czoła. Nikt jednak na to nie zważał, nikt im nie powiedział marnego słowa; konie też parskały, brykały, wierzgały nogami; a siła ich, moc i dzikość były prawie nienaturalne…
Nagle z oddalenia dał się słyszeć wielki hałas; krzyki ludzi zmieszały się z ujadaniem psów. Z początku zdawało mi się, że chłopi biegną z takim wrzaskiem, aby wypędzić ze swego zboża pańskie capy i konie — ale nie! Głosy dolatywały zupełnie z innej strony.
Zdjęty ciekawością, udałem się w stronę, z której głos dochodził, pragnąc zobaczyć co to jest? — i uszedłszy kawałek drogi, ujrzałem wielki plac porośnięty trawą i oczom moim przedstawiła się straszna scena:
Ze wszech stron biegli łobuzy i ulicznicy, goniąc suchą, wychudłą szkapę, rzucając na nią kamieniami i szczując całem stadem psów najrozmaitszych gatunków („fun alerlaj porodes”). Prawda, że część tych psów szczekała tylko, warczała, pokazywała zęby, część jednak kąsała i gryzła ile tylko mogła.
Nie mogłem stać zdaleka i obojętnie patrzyć na tak nieuczciwy postępek. Trzeba mieć przecież litość, a podobne znęcanie się oburza poczucie ludzkości; po drugie, nie mówiąc już o litości, szkapa ma wszelkie prawo do mojej opieki, ponieważ wkupiłem się na członka do „towarzystwa opieki nad zwierzętami,” które wcale sobie nie życzy, żeby prześladowano i męczono żywe stworzenia, gdyż te mają także krew i kości i prawo życia na równi z nami.
Nie chcę ja się tutaj zapuszczać w stare i głębokie wywody o ludziach i bydlętach; niech będzie tak, jak powiadają, że ja, człowiek, jestem celem stworzenia, doskonałością pomiędzy wszelkiemi tworami — że tylko dla mnie, dla zaspokojenia moich potrzeb i przyjemności żyją inne stworzenia na świecie. Niechże już tak będzie, że jako człowiek jestem królem i panem wszelkich istot, że one muszą mi służyć, dźwigać ciężkie jarzma i składać dla mnie nawet swe życie w ofierze; niemniej jednak mam przecież dla tej klaczy, dla tej prostej poddanej, obowiązki z samego nawet prawa, jeżeli już nie z poczucia ludzkości.
— Łobuzy! („kundejsim”) — krzyknąłem, zbliżając się do gromady uliczników,[2] co wam zawiniła ta nieszczęsna szkapa? czego od niej chcecie?
Część łobuzów nie zważała wcale na mój krzyk, inni słyszeli i śmiali się bezczelnie. Niektóre psy patrzyły na mnie ze zdziwieniem, inne szczekały zdaleka, a inne znów wytrzeszczyły oczy ze złością, jakby miały ochotę rzucić się z tyłu i rozedrzeć mnie na kawałki.
— Łobuzy! — zawołałem raz jeszcze — dlaczego znęcacie się nad boskiem stworzeniem, nad nieszczęsną szkapą?
— Piękna mi nieszczęsna!! — odpowiedzieli mi z ironią. Nieszczęsna! dlaczegóż się pasie tutaj? dlaczego tu łazi ta twoja piękna szkapa?!
— Jakto? — odrzekłem — przecież to jest wspólne pastwisko, przecież tu od niepamiętnych czasów pasie się wszystkie bydło miejskie! („a sztodt behejme”).
— A, bydło miejskie! to znowuż co innego. Bydłu wolno — a jej zasie!
— Dlaczego? czyż ona nie jest taka, jak inne miejskie bydlęta?
— Może i nie taka — odrzekli.
— Ach! wy paskudniki! („szkocim”) — zawołałem — ależ ona ma zapewne gospodarza, który płaci od niej wszystkie składki i opłaty miejskie, wiec ona jest już przez to samo bydlęciem miejskiem!
— O tem my nic nie wiemy, a czy ona ma się liczyć do miejskiego bydła, to jeszcze wielkie pytanie?
— Jak wam się podoba; ale przedewszystkiem szkapa jest głodna, chce jeść!
— Niech sobie je robaki, choroby, rany! — zawołali. Co ona ma do nas?! Z jakiego powodu ma się obżerać i odjadać porządne bydło miejskie…
— Rozbójniki! („gazlonim”) — zawołałem, nie mogąc powstrzymać gniewu — to tak! to was nic nie obchodzi, że pańskie capy, że całe stada koni pasą się w zbożu, że niszczą owoc krwawego potu ludzkiego — a biednej szkapie żałujecie garstki trawy! Nic was to nie obchodzi, że tam dzieją się szkody i krzywda wielu nieszczęśliwym ludziom; że to, co tamte konie stratują i zniszczą, mogłoby wystarczyć i dla szkapy i dla jej najdalszych pokoleń?[3] Łobuzy! niema w was sprawiedliwości ani na jeden włos nawet!
— He, he! — zawołali — patrzcie! on się gniewa, zadaje nam jakieś pytania?! Chodźmy bracia, co tu dysputować, niech on sobie krzyczy! Kto go będzie słuchał? Chodźmy bracia naprzód!
Któryś łobuz świsnął głośno i wszyscy szczując psami, z krzykiem puścili się za szkapą. Przez długi czas gonili ją zapamiętale, aż szarpana i gryziona przez psów, wpadła nakoniec w dół głęboki i powaliła się w błoto.[4]
Wieczór był bardzo piękny, cichy, niebo usiane gwiazdami, a na samym skraju widnokręgu ukazywał się księżyc, czerwony jak krew. Stado miejskie powróciło już z pastwiska i zjadłszy swe pożywienie, spoczywało spokojnie w oborach i stajniach. Wydojone dobrze krowy już spały.
Kupiłem wiązkę świeżego siana i zaniósłem je biednej szkapie, leżącej w dole. Zrobiłem to jako sumienny członek towarzystwa opieki nad zwierzętami. Nieszczęśliwa szkapa, straszliwie zmordowana, leżała w błocie i gdyby nie to, że sapała i robiła bokami, możnaby mniemać, że to padlina leży.
— Szok! szok! szok! — rzekłem do niej po końsku — i klepiąc ją po szyi, położyłem koło niej wiązkę siana.
Szkapa podniosła głowę i spojrzała na mnie dużemi oczami, zdziwiona, że taki człowiek jak ja, zrobił honor biednej szkapie i wizytował ją wieczorem w… błocie.
— Szok! szok! — mówiłem do niej dalej po końsku, co znaczy: „dobry wieczór szkapo! przyniosłem ci wieczerzę; jedz, jeśli ci zostały jeszcze zęby w pysku…” Szok! szok! na litość Boską, musisz być bardzo zmęczona. Szok! szok! — rzekłem do niej kilkakrotnie, podsuwając jej wiązkę siana pod sam nos.
— Witaj młodzieńcze[5] — odezwał się ktoś dziwnym, przytłumionym głosem.
Struchlałem, usłyszawszy to przywitanie. Zkąd się tu kto wziął? — pytałem sam siebie zdumiony. Kto się tu może odzywać, kiedy ani blizko mnie, ani nigdzie wokoło, niema nawet śladu człowieka?
— Nie bój się młodzieńcze — dał się znów słyszeć ten sam głos; bądź człowiekiem i nie lękaj się… to ja, szkapa, odzywam się do ciebie.
— Szkapa! — krzyknąłem i przerażony, zdumiony, stanąłem jak gliniany bałwan.
Gdym trochę przyszedł do siebie, pomyślałem: Istotnie to stworzenie podobne jest do szkapy… Wkrótce jednak przypomniałem sobie, że to dziś środa i noc — najlepszy czas dla djablików (lec).
— Nie myśl tak… — rzekła szkapa wyraźnie. To jest bardzo prosta rzecz, szkapa odzywa się do ciebie.
— Co? jakto? — szkapa mówi?
— Niema w tem nic nadzwyczajnego — odrzekła; wypadki podobne zdarzały się już. W historyi znajduje się wiele wzmianek o mowach, które miewały konie, od czasu oślicy Balaama aż do chwili obecnej.
— Aj! aj! — zawołałem, przypominając sobie różne bajki, których uczyłem się na egzamin… Tak, to prawda jest… ale szkapa!
— Czegóż to dowodzi? Oślica Balaama była także szkapą. Niemniej jednak bądź spokojny; ten kto przemawia do ciebie — nie jest szkapą.
— Nie jest szkapą?! Jakże więc? Pierwej mówiłeś żeś szkapa, teraz powiadasz żeś nie szkapa! Nic innego, tylko musisz być…
— Djabłem — chcesz powiedzieć — rzekła, przerywając mi. Nie, nie, mój przyjacielu, mylisz się; ja nie jestem djabłem, powiadam ci — i nie jestem także szkapą. Powierzchowność moja jest taka jak szkapy — ale naprawdę jestem zupełnie kto inny. Gdybyś znał moją historyę, gdybyś wiedział o tem, co działo się ze mną — zrozumiałbyś mnie wówczas i nie dziwił się wcale.
Prosiłem szkapy, żeby opowiedziała mi swe dzieje, że posłucham bardzo chętnie. Zamyśliła się trochę, milczała przez chwilę, a później zaczęła smutnym głosem w te słowa:
— Kto chociaż cokolwiek zaglądał do książek, albo też słyszał coś z opowiadania starszych, ten wie, że ludzie nawet za życia mogą przybierać kształty rozmaitych zwierząt i wszelakich bydląt, albo też przybierać inne kształty po śmierci, co jest rzeczą bardzo zwyczajną. Dawniej podobne wypadki przytrafiały się często. Znajdujemy w historyi, że Semiramida, królowa Babilonu, na starość przybrała kształt gołębia. Daniel w natchnieniu proroczem widział cztery królowe w postaciach lwów, lampartów, niedźwiedzi.[6] Nabuchodonozor zaś król babiloński, przy końcu dni swoich stał się niedźwiedziem.[7] Opowiadają, że u greków takie rzeczy były bardzo częste. Ich bóg, Jupiter, który z przeproszeniem bardzo lubił rozmaite awanturki, raz zamienił się w byka, a królewnę Jo, córkę króla Inachusa, w krowę — i w takim stanie długo się włóczył za nią po świecie. W ich kraju (u greków) istniał także osobliwszy rodzaj stworzeń: półbydląt, półludzi. Te stworzenia zwano centaurami. Jeden z nich, Chiron,[8] pół człowiek a pół-koń, który miał długą brodę i pejsy, a na głowie jarmułkę („a spodik“), stał się nauczycielem księcia Teseusza.[9] Rozumie się, jaki naród, taki nauczyciel; ludzie byli dzicy, więc też i nauczyciel był dziki. Dla sztukmistrzów (taschenspiller), adeptów czarnej magii (szwarce kuncen macher) i takich, którzy potrafią zamydlać ludziom oczy, było to śliczne życie! Oszukiwali oni świat i robili takie rzeczy, że aż strach słuchać. Mnóstwo ludzi, mnóstwo książąt i księżniczek stało się przez nich dzikiemi bydlętami. Czytając w książkach opisy podań każdego narodu, można zobaczyć, że niejeden książę, niejeden król przez nich przemienił się w capa, w konia, w wołu lub tym podobne bydlę; niejedna królewna była przez nich krową, cielęciem, nawet… kozą; niejeden książę, niejeden hrabia zrobił się przez nich psem, wilkiem, niedźwiedziem, szarpał ludzi, wysysał z nich krew, wydzierał szpik z kości! Cała ludność wsi i miast była przez nich zamieniana w stada baranów i cierpiała wiele bólów, prześladowań i mąk. Oto co się działo na świecie, oto co siła zaślepienia, czarodziejstwo i bratanie się z djabłami narobiły!! Biedna, nieszczęśliwa ludzkość!!
W owym to czasie — mówiła dalej szkapa — istniał książę, syn królewski, piękny, mądry, posiadający wszelkie przymioty, słowem rzadkich zalet (antik).[10] Ten to syn królów w młodości odbywał liczne podróże, ażeby poznać świat. Król Egiptu, tego kraju cyganów[11] i kuglarzy, rozgniewał się bardzo na księcia, który przyszedł do niego w gościnę. Z wielkiego strachu, aby się z nim później książę nie obrachował i nie wypędził go z jego krajów, zwołał do siebie wielkich czarowników i rzekł do nich: „Trzeba by tego księcia zajść mądrze i obrobić po turecku“ (oszukać). Czarodzieje natychmiast zamienili księcia w szkapę i zaprzęgli go do ciężkich robót.
Nieszczęśliwa szkapa musiała wozić cegłę i glinę, nawiozła jej całe góry i z tego powstały miasta: Rameses i Pytom.[12] Przez długi czas cygani męczyli go, napełniali mu życie goryczą, aż nareszcie zlitował się Bóg. Przyszedł mąż wielki i sławny, który drwił z cyganów i czarów ich i niweczył te czary imieniem Boga. Wymówił „Imię” — i oto ze szkapy stał się znowuż książę. Przez cały czas żywota tego wielkiego męża i jego cudownych uczniów, którzy nastąpili po nim, książę wyglądał znowuż jak człowiek i żył szczęśliwie w dostatkach, w czci, u siebie we własnym kraju. Później wszakże, gdy ci wielcy mężowie powymierali, wrogowie znowuż księcia zamienili w szkapę i w tym kształcie przepędzali go przez wielką liczbę lat, z jednej okolicy w drugą. Nieszczęśliwemu księciu bardzo właściwem jest imię „wiecznej szkapy.”[13] Wiecznie albowiem ta szkapa włóczyła się z miejsca na miejsce, aż na koniec świata. Kto chciał, jeździł na niej; kto w Boga wierzył bił ją i prześladował; każdy kładł na jej grzbiet swe ciężary i tłomoki. I tak wiecznie, szła ona w jarzmie, wiecznie zmęczona, cała w krwi i pocie, ciągnęła cegłę i glinę, z której już całe miasta zbudowano“…
W tym czasie (mówi tu już Srulik) głowa moja pełną była cudownych opowieści, w tym czasie, oprócz powiastek, jak np. „tysiąc i jedna noc,“ „centurye wenturye,“ „bowo-majsse,“[14] które czytałem z wielkim gustem w młodości, musiałem się uczyć na egzamin jeszcze innych bajek. Przytem serce me było gorące, krew jak ukrop, wyobraźnia płomienna i ognista, uczucia zapalne jak proch i czułe na najmniejsze dotknięcie. Oczy moje podobne były do krynic, do źródeł gorących. Każde cierpienie wywoływało w nich łzy; cóż więc dziwnego, że opowiadanie o nieszczęśliwym księciu wzruszyło mnie i wzburzyło do głębi.
— Powiedz mi, proszę cię — rzekłem — gdzie się znajduje teraz ów nieszczęsny, prześladowany od losu (szlimmazełdiger) książę?
— Książę — odpowiedziała szkapa — ten prześladowany od losu książę, leży tu przed tobą w postaci nędznej szkapy!..
Westchnąłem — zapłakałem i gorącemi łzami oblałem moją biedną szkapę.





Przypisy

  1. Jest w tem wyrażeniu dwuznacznik; „ferd“ albowiem („Pferd”) w żargonie znaczy koń i znaczy także „głupiec.”
  2. „Waise hewro” dosłownie „białe towarzystwo” — bosa komenda.
  3. Kinds-Kinds-Kinds-Kinds-Kinder.
  4. Łatwo każdy zrozumie tę, bardzo zresztą przezroczystą alegoryę, że „szkapa” jest tu wyobrażeniem żydów.
  5. „Boruch-abo” (bądź błogosławiony przybyszu). Temi słowy hebrajczycy pozdrawiali swych gości.
  6. Według Pisma Św.: „A cztery bestye wielkie występowały z morza różne jedna od drugiej.
    „Pierwsza podobna lwowi, mając skrzydła orle. etc.
    „Bestya druga podobna niedźwiedziowi…
    „Inna bestya podobna lampartowi.
    „Bestya czwarta straszna i sroga i bardzo mocna, mająca zęby żelazne wielkie… etc.
    (Daniel VII. 4. 5. 6. 7).
  7. W Piśmie Św. jest tak: „Tejże godziny wypełniło się słowo nad Nabuchodonozorem; bo go wyrzucono od ludzi, a trawę jadał jako wół, a rosą niebieską ciało jego skrapiane było, aż na nim włosy urosły jako pierze orle, a paznogcie jego jako pazury u ptaków.”
    (Daniel IV. 33).
  8. Chiron centaur, syn Kronosa i Filiry córki Okeanosa, zwany najsprawiedliwszym z Centaurów, uchodził za sławnego lekarza, wróżbitę, gwiaździarza i muzyka. Mieszkał w jaskini góry Pelionu, wychował i ukształcił wielu bohaterów.
  9. Teseusz, bohater Attyki.
  10. Na oznaczenie wielkiej doskonałości, w żargonie używają wyrazu „antik!”
  11. Cyganami nazywają żydzi wszystkich w ogóle ludzi o ciemno-zabarwionej skórze.
  12. „Przetoż mądrze sobie pocznijmy z nim, by się snadź nie rozmnożył, a jeśliby przypadła wojna, aby się nie przyłączył i on do nieprzyjaciół naszych, i nie walczył przeciwko nam, i nie uszedł z nimi.
    „A tak ustawili nad nim poborce, aby go dręczyli ciężarami swemi; i zbudował lud izraelski miasta składu faraonowi: Pytom i Rameses.”
    (Exodus I — 10, 11).
  13. Trzeba rozumieć „Żyda wiecznego tułacza”.
  14. Książki te istnieją w żargonie i należą do dawniejszych wydawnictw, o „Maasse buch” wspomina także G. Karpeles w świeżo wydanem dziele swem „Geschichte der Jüdischen Literatur.“ Nie bez słuszności twierdzi ten autor (Judisch-deutsche Literatur str. 1,020), że „wiele baśni wschodnich żydzi do Europy z sobą przynieśli,“ ztąd też i literatura ich (a naturalnie i literatura żargonowa) obfituje w cudowne opowieści i legendy.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Szolem Jakow Abramowicz i tłumacza: Klemens Junosza.