Szkapa/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Szolem Jakow Abramowicz
Tytuł Szkapa
Rozdział O tem jako Srulik chce zostać człowiekiem
Data wydania 1886
Wydawnictwo Księgarna A. Gruszeckiego
Drukarz Bracia Jeżyńscy
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Klemens Junosza
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
„Przyrównywam cię do koni (Klatsche)
w wozach Faraonowych, o ludu Izraela!“
(„Szir ha szirim“)
I. 9.[1]
ROZDZIAŁ I.
O tem jako Srulik chce zostać człowiekiem.

Jako Noe cudownym sposobem ocalony został od wielkiego potopu wód, tak i ja, Srulik, w na­szych już czasach, ocalony byłem od istnego po­topu swatów, którzy oblegali moją matkę, stręcząc dla mnie najrozmaitsze partye.[2] Matka moja prosta, ale rozumna kobieta, nie była bo­gatą, chociaż biedną się nazywać nie mogła, miała albowiem ładny sposób utrzymania ze sklepu z galanteryą. Nosiła perły na szyi i żyła bardzo przyzwoicie.
Byłem jej jedynakiem, jej dumą; spełniała też chętnie wszystko, czegom tylko zapragnął.
Jednak gdy na żaden sposób nie chciałem się żenić tak młodo, próbowała mnie przekonywać, mniej więcej w ten sposób:
— Słuchaj-no Srulik, ileż to razy prosiłam Boga, ażeby pozwolił mi dożyć tej chwili, w któ­rej będziesz mógł się ożenić! Ty przecież jesteś mojem oczkiem w głowie, a ja pragnę tylko twe­go szczęścia i twego dobra na tej ziemi. Ustąp-że raz mój drogi i ożeń się nareszcie! Już czas, dali­bóg czas, mój Sruliku; twoi towarzysze pożenili się, doszedłszy zaledwie do „bar-micwe.”[3] Speł- nij prośby twej matki, zrób jako Bóg rozkazał i uczyń tym sposobem radość duszy mojej.
Gdy jednak widziała, że wszystkie jej przemówienia przebrzmiewają daremnie i że stałą moją odpowiedzią na jej prośby jest tylko uparte: „nie i nie“ — dała już pokój tej kwestyi i nie mówiła więcej o projektach małżeństwa.
Powiedziałem jej całą prawdę: że postanowiłem wyuczyć się wszystkiego, co wykładają w szkołach, zdać następnie egzamin i wstąpić do uniwersytetu, aby tam poznać mądrość doktorską („chochmes hadoktorie”) i ażebym później stał się pożytecznym światu i ludziom.
— Mamo — mówiłem do niej — teraz jest całkiem inaczej na świecie. Już czas, dalibóg, ażeby ocenić należycie to wielkie szczęście, jakie żydzi mają z zawierania zbyt wczesnych małżeństw, te wielkie rozkosze naszych młodych par!
Rodzice wyprawiają swoim dziatkom wesele z wielką ufnością w Boga („bitoche”). „Bóg wszystkim daje z czego żyć, zapewne więc i ta młoda para z głodu nie umrze” powiadają. Dobre to było w dawnych lepszych czasach, ale dziś ciężko żyć z pięciu palców, robiąc tylko gałki ze śniegu. Trzeba coś umieć, czegoś się nauczyć i myśleć o przyszłości, o tem co będzie później. Ty jesteś, mamo, kobieta rozumna, sama więc pojmujesz, że dziś inne są czasy niż dawniej i że pozostawanie przy starych pod tym względem zwyczajach nie prowadzi do celu.
Takiemi słowami, bywało, przemawiałem do matki i wskazywałem jej wiele przykładów z życia młodych ludzi naszego miasteczka, z życia młodych ludzi, którzy pożenili się bardzo wcześnie i sądzili, że opływać będą jak pączki w maśle („a szmałc-grub“). Masło się jednak prędko wytopiło i nie zostało z niego nic. Część tych dzieci żonatych włóczy się żebrząc, od domu do domu, niektórzy zostali nauczycielami (mełamed),[4] a niektórzy żyją z dnia na dzień z niczego.
W obec takich argumentów, matka moja zgodziła się nareszcie na to, abym się uczył, lecz musiałem jej przyrzec solennie, że pozostanę zawsze uczciwym żydem.[5]
Miałem ja bardzo dobrą głowę, byłem zdolny, żadna rzecz z „Gemary”[6] nie była dla mnie zbyt trudną; mówiono nawet w mieście, że wyrosnę kiedyś na wielkiego rabina.
Zamknąłem się w swej stancyi na dwa lata i studyowałem wszystko co było do egzaminu potrzebne. Matematyka, fizyka, gramatyka i języki szły mi tak łatwo, jak po maśle; bardzo ciężką za to była dla mnie historya i to, co oni (chrześcianie) nazywają w swoim języku „literaturą.”
Musiałem klepać i kuć na pamięć przeróżne bajeczki o rozmaitych wojnach; o tem, jak ludzie od początku świata aż do naszych czasów mordowali się, zabijali, czynili jedni drugim krzywdy i cierpienia — i nie dość na tem, musiałem pamiętać, w jakim roku każda z tych awantur się stała, w jakiej miejscowości!
Tym podobne rzeczy nazywają się historyą!
Oprócz tego, musiałem także kuć i uczyć się na pamięć najdziwaczniejszych baśni, powiastek o strasznych bohaterach, o potężnych pijakach („sztarke szikejrim”), o sławnych rozbójnikach; powiastek o przechodzeniu dusz[7] („giłguł”), o czarownicach i czarownikach, o żywych i martwych wodach, o złotych jabłkach i złocistych koniach.
Oprócz tego, musiałem recytować z pamięci, jak papuga, różne kawałki poezyi („mlice”) i wypowiadać o nich najrozmaitsze komentarze i domysły; domysły, których ani ja, ani autor owych poezyi, ani ten, który mi zadawał lekcye, nic a nic nie rozumiał.
Kazano mi się tem wszystkiem zachwycać, mówić z zapałem, jakby w natchnieniu, gestykulować rękami i nogami, mówić ze czcią o tem, jak o tajemnicach zakonu, lub słowach kabalistycznych. Kazano mi oddalać się najbardziej od rozumu i pojmować te rzeczy nie tak jakby rozsądek wskazywał; — to się nazywało literaturą![8]
Mówcie co chcecie, ale gdy ktoś już wyszedł z wieku dziecinnego, to trudno mu wykuwać, wyklepywać na pamięć podobne rzeczy i zatrzymy­wać je utrwalone w umyśle; trudno, szczególniej zaś temu, kto ma zdolną głowę i pała gorącą chę­cią nauczenia się dobrych i pożytecznych rzeczy. Powtarzam raz jeszcze, że owe bajeczki były dla mnie bardzo a bardzo ciężkie; ciągłe uczenie się ich na pamięć zagważdżało mi głowę, odbierało odwagę i energię i czyniło ze mnie coś w rodzaju glinianego bałwana („a gejłom”).
Częstokroć chodziłem jak przybity, jakby wczorajszy (niewyspany)… W takich chwilach wątpiłem, czy mój plan da się uskutecznić — pytanie albowiem, co może się stać?
Może na egzaminie nie przypomnę sobie jakiejś pustej bajeczki, albo się poślizgnę na poezyi?… Wtenczas marzeniom moim będzie koniec, nauka doktorstwa, którą tak ukochałem, przepadnie! Wtenczas przyjdzie już kres wszystkim moim nadziejom i mnie samemu także! gdyż co będę robił i jak będę wyglądał?
Pozostanę przygnębionym żydem, narażonym na obraźliwe przycinki od swoich.[9] Będę siłą, lecz bez materyi, to znaczy, że choć czuć będę moc, lecz nie zdołam wydobyć jej na zewnątrz, nie stanę się nikomu pożytecznym, tak samo jak tylu, tylu niestety, z pomiędzy naszych żydów.
Pozostanę na zawsze żydem, ale nie człowiekiem! nie!
Będę jak owa pani w prostej ludowej powiastce; jak owa pani, która wszędzie czyści, a sama stoi wśród śmieci w kąciku, czyli poprostu mówiąc, jak miotła! Jak owa pani, która kręci się i uwija wszędzie, a jednak nic nie znaczy i nic nie warta jest.
Gdy oddaliłem się, odsunąłem od wszystkiego i rozpocząłem naukę, myślałem że cały świat jest mój, że stanę się człowiekiem w całem znaczeniu tego wyrazu!
Bezustanne wszakże uczenie się i kucie, a przytem rozmyślania ciągłe, pochłaniały wszystkie moje siły umysłowe i fizyczne; byłem jak nie człowiek. Stałem się chudy niby szczapa, osłabiony, ciągle zakłopotany przytem, tak że ludzie poznawać mnie nie mogli.
Doktorzy zapowiedzieli mi, ażebym, jak tylko Pan Bóg da lato, dużo bardzo chodził na świeżem powietrzu, gdzie za miastem, a prócz tego, żebym się mniej uczył, mniej rozmyślał.
— Ach! gdyby doktorzy lepiej znali się na rzeczy i uwolnili mnie od owych bajek („jene szmochtelajen”), które zagważdżały mi tylko głowę i nabawiały choroby!





Przypisy

  1. Wiersz niniejszy z „Canticum canticorum“ Abramowicz tłómaczy na żargon, tak jak zacyto­wano powyżej; w Biblii zaś Wujka wiersz ten brzmi: „Przyrównywam cię, o przyjaciółko moja, jeź­dzie w wozach faraonowych” (Pieśń nad pieśniami, rozd. I. w. 9).
  2. Swat, czyli stręczyciel małżeństw (Szadchon) w życiu zacofanych (prowincyonalnych zwłaszcza) żydów, odgrywa bardzo ważną rolę. Niektórzy ze swatowstwa robią sobie proceder. Bez pośrednic­twa „Szadchonów” nie skojarzy się ani jedno sta­dło. Swat z rodzicami układa wszelkie warunki, a państwo młodzi najczęściej poznają się dopiero po ślubie. Wielu pisarzów żargonowych powstaje przeciw temu zwyczajowi.
  3. „Bar-micwe“ pełnoletność w obec Boga. Chło­piec, który dojdzie do tego wieku, jest już obowiązany odmawiać pewne modlitwy, pełnoletność taka liczy się chłopcom od 13 lat życia. Należy pamiętać, że to prawo sięga owych czasów, kiedy żydzi mieszkali w krajach Wschodu i że w tym okresie życia przypadała u nich także i dojrza­łość fizyczna.
  4. Do stanu nauczycielskiego u żydów biorą się tylko ludzie, którzy literalnie nie mają z czego żyć; zbankrutowany kupiec, rzemieślnik bez roboty, niedołęga do niczego niezdolny, byle tylko umiał czytać w „mowie świętej,“ t. j. w języku hebrajskim, bierze się do uczenia dzieci. Nędzarze to są ci krzewiciele oświaty, źle płatni, licho żywieni, wloką mizerne życie, a skoro im tylko perspektywa lepszego zarobku zaświeci, porzucają niewdzięczny swój zawód.
  5. Według mniemania żydów-konserwatystów, człowiek, który się dotknie nauk świeckich — przestaje być uczciwym żydem (w znaczeniu sumiennego spełniania obowiązków religii).
  6. „Gemara“ część Talmudu, drugą jego częścią jest Miszna.
  7. Objaśnienie szczegółowe tego wyrazu znajdzie czytelnik w rozdziale następnym p. t. „Srulik i szkapa.“
  8. Do tego, dość oryginalnego co prawda, poglądu na historyą i literaturę, autor powraca jeszcze kilkakrotnie.
  9. Żydzi zacofani nie lubią takich współwyznawców, którzy oddawali się świeckim naukom.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Szolem Jakow Abramowicz i tłumacza: Klemens Junosza.