Synagoga Szatana

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Przybyszewski
Tytuł Synagoga Szatana
Wydawca Jan Fiszer
Data wydania 1902
Druk Warszawskie Towarzystwo Akcyjne Artystyczno-Wydawnicze
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron



Stanisław Przybyszewski
SYNAGOGA
SZATANA ≡≡≡
PRZYCZYNEK
DO PSYCHOLOGII
CZAROWNICY
WARSZAWA 1902 JAN FISZER




Дозволено Цензурою.
Варшава, 2 Января 1902 года.
Druk Warszawskiego Towarzystwa Akcyjnego
Artystyczno-Wydawniczego.





Aby ułatwić sobie psychologię czarownicy, trzeba rzucić okiem na straszne i dziwne choroby nerwów, które ludzkość średnich wieków trawiły i do obłędu doprowadzały.
W jedenastem stuleciu pojawia się tak zwany święty ogień.
Kronikarz twierdzi, że był to ukryty ogień, który zwolna przegryzał ciało, że członki odpadywały, a ciało w krwawych ochłapach i szmatach zwisało.
Przez dwadzieścia lat bez przerwy wyniszczył święty ogień jedną część całej ludzkości, a biada temu, który chorobę tę zmógł.
Całe wsie i miasta przepełnione były potwornymi kalekami, bez rąk, bez nóg, z wyżartymi nosami, czasami pozostał tylko tułów z chwiejącą się na wszystkie strony głową, bo choroba przegryzła wszystkie więźby i spójnie.
Wieki całe panowała lepra czyli trąd na całem Południu, prawie każdy dziesiąty człowiek miał zarodki lepry, a choroba ta krzewiła się niesłychanie, bo znamienną cechą psychiczną trędowatego jest straszna melancholia, ustawiczne anormalne podrażnienie płciowe, a wskutek dziedzictwa trądu, płodził jeden trędowaty całą generacyę trędowatych.
Hysteroepilepsya była tak rozpowszechniona, jak dziś suchoty, wieki cale panowała chorea, czyli taniec św. Wita. Tworzyły się bandy mężczyzn i kobiet, zapełniały place publiczne i w nieskończonych szeregach widziano mężczyzn i kobiety, jak wokół siebie krążyli, chwytali się za ręce, podrzucali gwałtownie w tył głowy i rozpoczynał się szalony, bezwstydny taniec coraz gwałtowniejszy, przechodził w niesłychane orgie płciowe, aż kończył się jakimś kataleptycznem odrętwieniem.
Po oprzytomnieniu skarżyli się, że trawi ich straszny lęk, ale po chwili rozpoczynał się ten sam taniec, który się ostatecznie kończył śmiercią.
Podczas tych konwulsyi miewali wizye szatanów i sądu ostatecznego, a w miarę jak się choroba rozprzestrzeniała, nabierała coraz groźniejszego charakteru. Całe tysiące tych opętańców przebiegało wsie i miasta i roznosiło zarazki swego szału od Sycylii aż het po Wołgę.
Ale najgorszą z tych wszystkich chorób była wielka hysterya, czyli, jak ją dawniej nazywano, opętanie.
Jest to choroba o wybitnem znamieniu epileptycznem, połączonem z jasnowidzeniem, somnambulizmem, katalepsyą i wszystkimi objawami cechującymi zanikające już, a niesłychanie dziwne formy tej tak swego czasu powszechnej choroby. Zaczynała się od prostej wizyi, ale zwolna się potęgowa do najstraszniejszych paroksyzmów, które dla naszego zmysłu są wprost niepojęte.
W pierwszym stopniu, gdzie tylko istnieje pewna nerwowa dyspozycya, zostają symptomy opętania wywołane za pomocą kunsztownych środków, rozmaitych maści i narkotyków. To pierwszy szczebel do czarownictwa. Chorobie tej podlegały przeważnie kobiety, dlatego ze zdumieniem konstatują wszyscy dyabolodzy, że na 1000 czarownic, przypada jeden czarownik.
Czarownica rodzi się już czarownicą. Od samego początku są wszystkie zasadnicze stosunki u niej odwrócone, cała jej dusza jest, że tak powiem, na opak. To co jest u góry odwraca się u czarownicy ku dołowi, prawa strona staje się lewą, tył przodem.
I już samo spaczenie i odwrócenie wszystkich rzeczy, stawia takiego człowieka w przeciwieństwie do całej natury.
To są pierwsze objawy opętania, które u czarownicy nie są bolesne, ułatwiają jej tylko sprowadzanie wizyi, za pomocą których łączy się z szatanem. W paroksyzmach opętania uwydatniają się i występują wszelkie te objawy z nadzwyczajną siłą.
Ciało opętanych kurczy się i wyciąga, skraca się całkiem lub wypręża się tak, że tylko wielki palec i głowa ziemi dotykają, a plecy wygięte gdyby silnie napity łuk. Lecz w tej samej chwili zmienia się pozycya: opętany leży na plecach, a ręce i nogi są skręcone w górze, gdyby dwa gibkie pręty. Włosy zdają się rozlatywać na wszystkie strony, ciało traci ciężar gatunkowy, nie tonie we wodzie, a często nawet wznosi się w górę i zdaje się być zawieszone w powietrzu. Często widziano opętanych, jak biegli w najszybszym pędzie poprzez dachy klasztorów, to znowu z największą łatwością wskrobywali się na zupełnie strome skały lub siadywali na gałązkach, które już się pod ciężarem ptaka uginały.
Ciało opętanych wykazuje pewne znaki, które i dziś u tak zwanego medyum znaleść można. Były to zawsze pewne miejsca na skórze, zupełnie nieczułe, bez nerwów i naczyń krwionośnych. Tworzyły czarne lub ciemno-czerwone plamy, a znajdowały się przeważnie na narządach płciowych. De Lancre jeden z najtęższych i najinteligentniejszych dyabologów, który oczyszczał w 1609 roku prowincye baskijskie od czarownic, opowiada, że znalazł około 3000 tak naznaczonych osób.
Ale to nie tylko ten znak, który wyróżniał czarownic od innych ludzi. Wskutek magicznego oddziaływania jej duszy, znieczulona jest na wszelki ból. Nie odczuwa najstraszniejszej tortury, dowolnie wpada w stan kataleptyczny, tak, że śpi jak najspokojniej, podczas gdy kat rozciąga ją na wałkach, a kat miał obowiązek tak porządnie całe ciało rozciągnąć, żeby słońce mogło przeświecać przez członki, jak przez rzeszoto.
To maleficium taciturnitatis, którem szatan obdarzał swoich wybranych, przypisywano jakiemuś ukrytemu amuletowi (dlatego też golono i strzyżono czarownice na całem ciele) było połączone z dziwną siłą organizmu. Najstraszniejsze rany goiły się szybko, a nawet rany takie, które w normalnym stanie sprowadzają niechybną śmierć. Bardzo często zdarzały się wypadki, że torturowano czarownice po pięć razy z rzędu, a po paru dniach można było rozpocząć na nowo całą procedurę.
W tych ekstatyczno-mediumistycznych stanach nie istnieją prawa, które zwykły organizm opanowały. Odporność czarownicy na ogień była tak ogólną, ze w XVII wieku nie używano zupełnie prób ogniowych, bo ogień się czarownicy nie imał. Niema powodu o tem wątpić, bo przecież i w naszych czasach pełno takich przykładów. Tak powiada profesor Wallace, słynny przyrodnik i jeden z najpoważniejszych zwolenników spirytyzmu, że medyum Home włożył głowę w ogień a nawet włos mu się nie spalił. A i wypadki lewitacyi i zmiany ciężaru gatunkowego są bardzo częste u dobrego medyum, co zaś do nadzwyczajnie szybkiego gojenia się ran i znieczulenia ciała, przytacza Lombroso cały szereg przykładów w swej „Psychologii zbrodniarza“.
Mamy więc do czynienia z chorobą, którą Charcot nazwał grande hystérie, a która występowała epidemicznie i szerzyła się z niesłychaną szybkością, przeważnie wśród kobiet i to zwykle w miejscach, w których pozostały szczątki herezyi Katarów.
Herezya ta była tak niesłychanie rozpowszechniona, że wieki całe nasuwało się pytanie, czy odrodzony manicheizm nie zapanuje nad chrześcijaństwem.
Bo nowa religia Bogumilców, Albingensów, Katarów, Adamitów i wszystkich tych niezliczonych sekt aż do czasów Lutra, była tylko przekształceniem pierwotnego manicheizmu, który już w pierwszych wiekach po Chrystusie, silnie wstrząsnął posadami chrześcijaństwa.
Nauka nowych Manichejczyków czyli Katarów zupełnie sprzeciwia się nauce chrześcijańskiej. Według Kościoła tylko dobro jest prawdziwą substancyą, zło zaś, które tylko przypadkowo zjawiło się wskutek przewinienia, w istocie swej oznacza tylko wyjątek — według Katarów zło i dobro są równorzędne, a jakkolwiek sobie przeciwne, to jednak istotne, i to przeciwieństwo sięga aż do najwewnętrzniejszych korzeni bytu i dotyczy nawet samego bóstwa.
Grzech — według ich nauki — nie jest zatem wynikiem winy, nie jest wynikiem wolnej woli, lecz jest dziełem czarnego Boga. Niema zatem grzechu, bo zły czyn jest wynikiem woli bóstwa, niema zatem także kary, wieczne potępienie jest niedorzecznym wymysłem, a skrucha po złym czy nie jest tak samo bezużyteczna, „jak gdyby pies ukąsił kamień,“ powiedziałby Nietzsche.
Tu już całkowicie wyrobiona doktryna sataniczna.
Ale jak Boga dzielą na złego i dobrego, tak ściśle odróżniają w człowieku stronę duchową i cielesną. Ciałem należy człowiek do czarnego Boga, duchem do świetlanego.
Nagle w łonie sekty nastało podwójne rozdwojenie: Ci, którzy obrali świetlanego Boga, żyli jak pustelnicy, byli zagorzałymi propagatorami sekty, byli dla ludu gdyby święci i posiadali tę potęgę, za pomocą któréj samem przyłożeniem dłoni w chwili śmierci umieli człowieka zupełnie oczyścić i zwrócić go bóstwu świetlanemu.
Inni zaś, którzy czcili bóstwo złe, zawiązywali tajemne związki i obchodzili w lasach, jaskiniach i na pagórkach swoje ponure, lubieżne mysterye.
W ten sposób w łonie tej saméj sekty powtarza się przeciwieństwo między chrześcijaństwem a pogaństwem, ale tym razem przeciwieństwo jest konieczne i uświęcone przez samą naukę.
Posiadając oryentalne środki czarnoksięskie, dokonywają „doskonali,“ „perfecti“ dziwnych cudów, a sekta wzmaga się z niesłychaną szybkością. Tworzą się tysiące sekt mniejszych, ale wszystkie pod nazwą Katarów niszczą wiarę chrześcijańską; tworzą się tajemne związki, które tylko wyuzdanie mają na celu, powoli zatraca się filozoficzno-spekulatywne jądro nauki manichejskiej, ale pozostaje rys zasadniczy, dzika, fanatyczna, do obłąkania spotęgowana nienawiść ku nauce chrześcijańskiej i w tej nienawiści wszystkie drobne sekty podają sobie dłoń braterską.
Na zgromadzeniach swoich, na parodystycznych mszach — niemal zupełnie wykształca się sabat, aż do najdrobniejszych nawet szczegółów. W późniejszym sabacie znajdujemy nieliczne zaledwie dodatki, co najwyżej spotęgowaną jeszcze bardziej ekstazę, którą wzbudzano sztucznymi środkami.
Nowicyusz musiał — jak podają kroniki — wyrzec się wszelkiej wiary katolickiej, musiał opluć krzyż, musiał wyrzec się chrztu i namaszczenia, a potem cale zgromadzenie całowało go i kładło ręce na jego głowę.
Kościół był bezsilny wobec sekty, wzrastającej z niesłychaną szybkością. Sekta była znakomicie zorganizowana, miała potężnego papieża w Tuluzie i odbyła synod w Lugdunie. Mieszkańcy Langedoku bili kapłanów, kazali im na pośmiewisko odprawiać msze, zdzierali im ornaty i stroili nimi swoje żony. Największą przyjemnością było jednak walanie hostyi w błocie, gruchotanie kości i brukanie najwstrętniejszym kałem.
I teraz rozpoczęły się nawoływania do krucyaty przeciw heretykom. Święty Dominik, twórca św. inkwizycyi, stanął na czele wyprawy.
Rozpoczęła się krwawa rzeź.
Przy zdobyciu Bériers położono trupem 6,000 ludzi, chrześcijan i Katarów bez różnicy! „caedite omnes, novit enim Deus, qui sunt eius!“ (Zabijcie wszystkich, Bóg już wie kto mu należy) — wolał opat z Cîteaux, kiedy chciano oszczędzić chrześcijan. Mieszkańcy umknęli w lasy i góry, pozostało jedno Carcassone. Ale nikt nie ważył się bronić tego miasta. Setki zginęły na szubienicy, a 500 na stosie.
Albingensi rozprószyli się i chronili się na zamczyskach szlachciców. Ale wszystkie te warownie zdobyli, a Kościół rozwinął przy tej sposobności nadmierną swoją łaskawość.
Przy zdobyciu warowni Minerwy wszyscy, którzy się chcieli nawrócić, mieli pozostać przy życiu. Niemniej jednak ginęli na stosie. S’il ment il n’aura que ce qu’il mérite, s’il veut réellement se convertir, le feu expira ses péchés! (Jeżeli kłamie to spotka go to, na co zasłużył — jeżeli chce się nawrócić, to ogień zniszczy jego grzechy).
Całe Południe było zniszczone, kamień nie pozostał na kamieniu. Wszystkie warownie były zburzone, wszyscy baronowie i hrabiowie byli na szubienicach lub wśród popiołu zwęglonych stosów, a szlachetne damy ginęły pod razami kamieni we fosach i studniach.
Kościół myślał, że tryumf jest zupełny.
Ale nigdy wróg nie czuł się potężniejszym.
Zburzono mu tylko jedną formę Kościoła, ale co znaczy dla szatana widzialna forma? Lud był mu wierny w głębi swego serca, krył się w podziemnych katakumbach i jaskiniach górskich i nigdy jeszcze nie kochał go tak gorąco, nie uwielbiał go tak bałwochwalczo i zbrodniczo jak właśnie teraz po upadku antychrześcijańskiej Tuluzy.
Kościół właściwie nigdy się nie mógł uporać z sektami manichejskiemi. Tępiono ich z niesłychaną zaciekłością przez całe wieki, ale z zadziwiającą żywotnością tworzą się coraz nowe gminy i stowarzyszenia, a jeszcze w 1838 roku domagają się w Austryi Adamici, odłam sekty Katarów, państwowego równouprawnienia ich religii z katolicką.

Psychologia czarownicy jest dość trudna. Wiadomą rzeczą, że człowiek średniego wieku nie umiał zupełnie obserwować, przytem mózg jego pracował bardzo lekkomyślnie i wręcz po maniacku. Najdrobniejszy wypadek wyrastał do potwornych rozmiarów, najlżejszy szmer stawał się strasznym łoskotem, błędny ognik rozlewał się w olbrzymie słońce, ale jeżeli odrzucimy te wszystkie potworne dodatki, pozostaje zawsze dość faktów, które wzbudzają najżywsze zajęcie.
Kobieta średnich wieków była niezmiernie słaba i bezkrwista. Wstręt średnich wieków do wody i powietrza odbił się na całym jej organizmie. Myła się niezmiernie rzadko, mieszkała w cuchnących, nigdy nie przewietrzanych norach, obchodzono się z nią jak z nieczystem stworzeniem, pogardzano nią w kościele, więc nie dziw, że jej złe instynkta rosły i rozkrzewiały się, jak zielsko na dnie bagna. Mózg jej wytwarzał najdziksze pomysły zemsty, już to przeciw sąsiadce, co rzuciła na nią urok, już to przeciw mężowi, co ją kopał nogami, lub przeciw dziedzicowi, co ją kazał publicznie wychłostać.
Bezkrwistość, bardzo częste choroby skórne, wytwarzane przez straszliwe niechlujstwo i brud, drażniły ustawicznie jej chuci. Oddawała się każdemu mężczyźnie, to znaczy dała się gwałcić, bo była zbyt bierną, ale nigdy nie uczuwała zadowolenia.
Tylko coraz silniejszy głód za rozkoszą, za długotrwającą orgią płciową, męczył ustawicznie to wpół-zwierzę, wpół-kobietę.
Była w ustawicznem podrażnieniu. W tej piekielnej melancholii, którą Kościół słusznie nazwał łaźnią, w jakiej szatan dusze kąpie, stawała się każda trującym jadem.
Przytem nie trzeba zapominać, że wszystkie zarodki choroby nerwowej, zwanej opętaniem, już w niej tkwiły.
Pytanie, kiedy kobieta staje się czarownicą, odnosi się li tylko do pytania, kiedy po raz pierwszy pokazały się objawy tej choroby.
I stało się to jednego dnia.
Nigdy nie była tak niespokojną. Męczy ją jakieś dzikie pragnienie krwiożercze. Chciałaby mordować, niszczyć, rozrywać w kawały, chciałaby gryźć i krzyczeć z całej mocy, a naraz, jakby ją obca siła gnała, wybiega w las, nie biegnie już, zdaje się jej, że się unosi nad ziemią, ze pędem strzały rozrywa powietrze, traci poczucie czasu i przestrzeni i naraz pada.
Szatan się jej ukazuje — męski szatan, czyli w języku dyabologów: incubus. Jest całkiem czerwony, w stroju leśniczego, trochę utyka na jedną nogę, stara się o ile możności chować swój ogon, rogów jego też widzieć nie można. Zresztą cała jego postać na nic się nie przydała. Ona aż nadto dobrze wie, że to szatan. Lęka się, ale równocześnie pożera ją straszna ciekawość. Zna jego potęgę, wie, że wszystko od niego otrzyma, co tylko zapragnie, nie myśli na razie, że jego pieniądze i kosztowności zamienią się prędzej czy późniéj na piasek lub błoto. Ot, wielki jej lęk, ale jeszcze większa ciekawość.
Tymczasem szatan przysuwa się do niej wcale nie dwuznacznie, coraz bliżej — mówi jej głosem, który się stara być przyjemny — zna nędzę jej serca, i przyrzeka spełnić jej życzenia.
W ten sposób symbolizowała chora, zbrodnicza dusza człowieka średnich wieków oddanie się złemu, zaprzepaszczenie się w otchłaniach zbrodni.
W ten sposób pracuje dusza nasza jeszcze dziś podczas snu, że uzmysławia rzeczy abstrakcyjne częstokroć w sposób jak najpierwotniejszy.
Nie potrzeba dodawać, że czarownice przyznając się do tego aktu, wcale nie kłamały ze strachu przed torturą. Akt ten był dla niej zupełnie realnym. Faktem tym uzmysławiała to, co się w jej duszy działo: oddania się w moc szatana.
Kiedy powraca do przytomności, widzi, że ubiegła parę mil od swej wsi. Drży jak liść osiki, całe ciało jakby było na kole rozciągnięte, z niewymowną rozpaczą wlecze się z powrotem, a w duszy, w sercu, straszny lęk: a może to wszystko napróżno? może żadne z jej życzeń i pragnień spełnione nie zostanie.
Czeka dzień, dwa — straszna męczarnia targa jej sercem — strach przed piekłem; strach, że piekielne ognie żywcem ją pochłoną, do obłędu ją doprowadza. Przeżywa przy boku swego śpiącego męża straszliwą noc.
Piekło roztwiera się przed nią z całym arsenałem najstraszliwszych tortur.
Z krzykiem rozpaczy patrzy w tę ogniem ziejącą otchłań męczarni, chciałaby się modlić, ale nieznana siła powala ją na łóżku, dusi, dławi, myśli mąci — jakiś piekielny śmiech rozległ się w powietrzu, potem słyszy łoskot, pukanie w ścianach, w łóżku, w podłodze, całe łóżko poczyna tańczyć, łachmany, którymi się okryła spadają z niej, chciałaby męża obudzić — ale nie jest w stanie ani się ruszyć ani ust otworzyć. Nagle pokazuje się on — jej szatański kochanek.
I znowu poddaje się bolesnej męczarni tej piekielnej orgii — znacznie już uspokojona. Nawet odważa się już, stawiać mu to lub owo pytanie. Bo w gruncie rzeczy ten pan jest dość łaskaw i dosyć przystępny.
Radzi jej aby się udała do czarownicy, która mieszka w słynnem pustkowiu w lesie. Ma się całkiem przed nią zwierzyć, a otrzyma od niej zioła, które posiadają cudotwórczą potęgę.

Kiedy szatan ją wreszcie opuścił, wpada w kamienny sen.
Pierwszą jej myślą po przebudzeniu jest stara czarownica. Mąż poszedł na zarobek. Dzieci nie ma. Czeka z upragnieniem wieczora.
Drżąc ze strachu idzie do starej wiedźmy.
Nikt nie pamięta, kiedy stara przyszła do wsi. Wszyscy jej się boją, a gdy idzie przez wieś, powstaje straszna panika. Matki uciekają z dziećmi, zakrywając je chustkami, a jeżeli to już za późno, znaczą się znakiem krzyża, albo wymawiają słodkie imię Jezusa, by złe czary odegnać.
Ale stara zdaje się nie widzieć tego, mruczy tylko coś pod nosem, tylko od czasu do czasu, ciśnie swe złe spojrzenie na ten lub ów dom.
Pomiędzy wylękniętą kobietą a starą wiedźmą, która zresztą już dawno jej oczekiwała, wszczyna się długa rozmowa; stara dogaduje jej, naciera na nią, młoda się lęka i waha, ale wreszcie, gdy wraca do domu, trzyma w ręku słoik z maścią i białą laseczką, którą ma ukryć w miejscu, gdzie jej nikt znaleźć nie możne, prócz członków z tej samej sekty.

Nareszcie zbliża się upragniona chwila. Dzień przedtem dała stara wiedźma znak, że o tej porze nastąpią odwiedziny synagogi.
Około północy rozbiera się młoda kobieta, co już w moc szatana popadła, smaruje się maścią, którą otrzymała od starej wiedźmy, naciera silnie swe ciało, a mianowicie pod pachami i okolicą serca.
Natychmiast wpada w kamienny sen, który atoli chwilkę tylko trwa.
Ciało pozostaje bez ruchu w katalepsyi, dusza budzi się, wyzwala się z ciała, dopada miotły, kota, albo jakiegośkolwiek przedmiotu i dalej w drogę.
Nie zawsze jednak potrzebuje czarownica jakiegoś wehikułu. Po części jedzie pieszo. Remigius i de Lancre, którzy razem spalili przeszło dwa tysiące czarownic, a więc ludzie zupełnie kompetentni, potwierdzają to.
W jaki sposób dostaje się na miejsce, nie wie dokładnie. Przypomina sobie tylko, że spotkała kogoś po drodze, że ktoś do niej parę słów przemówił, ale to wszystko.
Miejsce przeznaczenia zna już po trochu. Jest to osławione miejsce na górze, pełne strachu i grozy, niedostępna puszcza bez dróg i ścieżek, a jak daleko oko sięga, niema mieszkania ludzkiego.
Widzi już wielkie zebranie mężczyzn, tych niewielu, kobiet i dzieci. Zdaje jej się, że zna już niektórych, ale nie wie dokładnie, bo jest bardzo ciemno, a światło pochodni przemienia postaci w straszliwe upiory.
Widzi kobiety wpół nagie, w poszarpanych sukniach i rozwianym włosem: Widzi jak krążą i wyskakują w dzikich podrzutach, jakby wielki ciężar straciły, tylko od czasu do czasu rozlega się straszny ryk: Har, har! Sabat! Sabat! A naraz, jakby na dany znak, porządkują się pary w wielkiem kole, mężczyzna i kobieta, zwróceni plecami do siebie i rozpoczyna się szalona orgia tańca. Słychać rżenie namiętności, dzikie rozpustne pieśni, przerywane ochrypłym, dyszącym krzykiem: Har! har! Dyable! Dyable! Skacz tu! Skacz tam!
Orgia dochodzi w potwornych skokach i rzutach do najwścieklejszego rozbestwienia, zwierzę rozpętało się w człowieku, chuć kojarzy się z pragnieniem krwi, z deliryi bólu wylania się obłąkanie.
Kobieta opanowała ten piekielny kult szatana. Ona jest jego najwierniejszą sprzymierzeniczką. I szatan ukochał kobietę. Bo szatan kocha zło, kocha kobietę, tę wieczną podstawę zła, rodzicielkę zbrodni, ferment wiecznych przemian.
Ona była jego kochanką i popularyzowała jego nauki a „gdzie dyabeł nie może, tam babę pośle“ jak mówi nasze przysłowie.
Staje się tu pod opieką szatana bezwstydną nierządnicą, rzuca się na ziemię — rozszarpuje resztki odzienia i z krzykiem rozpusty poddaje się falusowi — stara kapłanka Kybeli, budzi się w niej z potrójną potęgą odwieczna nymfomaniczna furya, dla której najstraszniejsza ohyda rozkoszą się staje. I nagle zmienia się chuć na krwiożerczość — rozszarpuje paznogciami swe ciało, wyrywa sobie pęki włosów z głowy — rozdrapuje sobie piersi — ale to jeszcze mało, by bestyę zaspokoić. Rzuca się na dziecko, tę odwieczną ofiarę, składaną na ołtarzu szatana, rozrywa mu zębami piersi, wyszarpuje serce — albo przegryza mu tętnice na szyi i ssie krew, albo — kilka takich wypadków jest zupełnie uwiarogodnionych — wtłacza miękką główkę w narządy płciowe z piekielnym rykiem — wejdź tam skądeś wyszedł.
Te mordy spełniane na dzieciach nie są zupełnie bajką i wymysłem zaciętych dyabologów. Słynny Gilles de Reetz zamordował około 800-set dzieci — a za czasów Ludwika XIV można było w ciemnych uliczkach i zaułkach kupować dzieci dla mszy szatańskiej już za talara. Dzisiaj używają sataniści płodów przedwcześnie spędzonych w celach rytualnych.
Tą orgią, która się kończył starożytny sabat Babylonu, Rzymu i Grecyi, rozpoczyna się dopiero właściwy, świętokradzki sabat czasów chrześcijańskich.
Najdrobniejszy pozór rzeczywistości zanika, otwiera się przepotężne panowanie nocy.
Szatan się ukazuje.
Najchętniej przyjmuje postać kozła, ale często widzi się go na podobiznę ludzką. Siedzi na jakimś tronie, ma coś, co jest do człowieka podobnem, ale widzi się to wszystko, jakby przez grube opony mgły.
Tylko bardzo rzadko można go widzieć dokładnie. Jest straszny i ohydny. Wszystkie jego formy wyrastają do olbrzymich rozmiarów.
Na głowie ma koronę czarnych rogów, a pomiędzy nimi jeden, który tak silnie się żarzy, że światło jego idzie z pełnią księżyca w zawody. Oczy jego są olbrzymie, dwa okrągłe, błyskawicą tryszczące oczy. Głos jego jest potężny, ale bez dźwięku, ochrypły i trudny do zrozumienia.
Udaje wielką pychę połączoną z manierami melancholijnego księcia, który się nudzi.
Pod pępkiem ma jeszcze jedną twarz, ochydniejszą jeszcze od właściwej, z szeroko rozwartym pyskiem i zwieszonym ozorem.
Teraz rozpoczyna się msza. Poprzedza ją ogólna spowiedź.
Każdy spowiada się z obrzydliwego grzechu czystości, z śmiertelnego grzechu pokory, cierpliwości, umiarkowania i miłości bliźniego.
Spowiadano się ze spełnienia dziesięcioro przykazań i żałowań gorzko nie popełnionych zbrodni.
Kozieł słuchał cierpliwie, ale w końcu wydzielał straszne kary, bo szatan nie lubi połowicznych.
Po spowiedzi przedstawiano mu tych, którzy pragnęli wstąpić do jego kościoła. Drżąc stawali przed tronem wielkiego księcia.
— Czego pragniesz? Chcesz być jednym z mych? — pyta się kozieł.
— Pragnę!
— A więc chciej i czyń, co ja chcę!
A teraz musi powtórzyć odwieczną formułkę, której już Manichejczycy używali.
— Zapieram się Boga, potem Chrystusa, św. Ducha, P. Maryi, wszystkich świętych i t. d. i t. d. Wyrzekam się Krzyża, a poddaję we wszystkiem twej potędze, nie uznaję innego Boga, prócz ciebie, a teraz jestem służebnikiem twoim.
Szponą swoją zeskrobuje szatan neofitowi znamię chrztu, a następnie odbywa się chrzest w wodzie z trującej kałuży, przyczem przysięga, że nie będzie używał Sakramentu, jak tylko w nieczystych celach, że nigdy nie zdradzi tajemnicy sabatu i ustawicznie będzie się starał pozyskać dla szatana nowych wspólników.
Ceremonia cała kończy się wspaniałą prośbą odszczepieńca, by go wymazał z księgi żyjących, a wpisał do księgi śmierci.
Przymierze z szatanem zawarte.
Człowiek oddaje się bez woli w moc zła.
I dziwne, że od tej chwili przeistacza się natura człowieka doszczętnie.
Bo cóż ma jeszcze do stracenia? To, co mogłoby go powstrzymać od zbrodni nie istnieje. Nadziei wybawienia niema, a teraz gdy już jest potępiony, to zupełnie obojętne, jakie zbrodnie popełni. Dusza człowieka przewraca się na ręby. Prawo które jeszcze dotychczas jarzmiło bestję w człowieku, odrzucone z pogardą i szyderstwem, a przedewszystkiem kobieta powraca do swej właściwej natury.
Uczony dyabolog Guaccio, mówi w swem Compendium maleficarum — że kobieta po sabacie staje się podstępną, fałszywą, spotwarza i zochydza bliźnich, jest łakomą i brudną i kłamczynią. Jest szkodliwą i rozbestwionym chuciom oddana, nie waha się przed żadną zbrodnią — a porównać ją można tylko z dzikiem, krwiożerczem zwierzęciem, huraganem, skorpionem, smokiem i stryczkiem szubienicznym.
I niezliczone były zbrodnie czarownic. Historyk, który się kiedyś na seryo i bez uprzedzeń zajmie historyą czarownictwa, będzie mógł z łatwością skonstatować, że zbrodnie przypisywane czarownicom rzeczywiście spełnione zostały.
Jeden z najsłynniejszych inkwizytorów, wylicza szeregi zbrodni, a przedewszystkiem użycie nieznanych trucizn, co powszechnie nazywano rzuceniem uroku, niszczenie płodu w łonie matki, wywoływanie tak zwanej lykantropii, w której człowiek pod wpływem zaburzeń nerwowych, przemienia się w zwierzę — błądzi po lasach, kąsa ludzi i zwierzęta — i t. d. i t. d.
Jasne jak słońce, że przewrót w fizycznej naturze czarownicy musi wywołać odpowiednie i straszne zaburzenia w jej psyche. Nieświadomie, z tą samą obojętnością i tym spokojem, popełnia zbrodnie, z jakiemi inny spełnia czyn dobry.
Odwieczne pytanie każdej religijnej doktryny: Пόϑεν τò κακòν, skąd się wzięło zło i zbrodnia, tłomaczy się u czarownicy jej spaczonym, doszczętnie zmienionym stanem organicznym.
Wszystkie prawa boskie i ludzkie same się przez się odwracają, i bez wszystkiego, bez wszelkich namysłów powstaje kodeks sataniczny:
Kochaj szatana, ubóstwiaj go i nikogo prócz niego.
Boga i Chrystusa nienawidź, i zohydzaj ich imię.
Gardź matką i ojcem twoim. Zabijaj i morduj mężów i dzieci, a przedewszystkiem dzieci, ku większej wzgardzie Tego, co powiedział: „Każcie przyjść dzieciom do mnie.“
Cudzołóż, oddaj się rozpuście, najmilej nierządowi przeciwko naturze. Niszcz, kradnij, rabuj — krzywoprzysięgaj i składaj fałszywe świadectwo.
Czarownica jest przedewszystkiem zaciekłą trucicielką. Niewątpliwie powstała wskutek tych ohydnych wywarów niejedna epidemia nerwowa, niejedna studnia została zatruta — a słynna aqua toffana jest niewątpliwie takim szatańskim wynalazkiem.
Weźmy jeszcze w rachubę nadzwyczajne, magiczne, dziś mówimy mediumistyczne, siły takiego osobnika, pomyślmy z jak niesłychaną łatwością hypnotyzował ludzi, zważmy dalej niezmierne przeczulenie nerwowe ludzi średnich wieków, a zrozumiemy, że średnie wieki nie mogły się inaczej z tą szatańską sektą uporać, jak tylko ją doszczętnie wyniszczyć.
To samo robią dziś Anglicy w Indjach, tropiąc z największą srogością zbrodniczą sektę Thuggów, co w imieniu bogini Rhali dziesiątkują ludność.
Prawda, że niejedną czarownicę usmażono niewinną, ale na te osiem milionów czarownic, które podług bardzo niedokładnego obrachunku spalono, przypada mały ułamek niewinnych.
Znaną jest rzeczą, jak trudno dziś o dobre medyum. To zawdzięczamy takim panom jak Bodinus, Sprenger, Del Rio, de Lancre, Remigius — o! on przedewszystkiem! Na własną rękę spalił 13,000.
He! jeżeli się zważy, że wszyscy ludzie chorowali w najwyższym stopniu na tak zwaną moral insanity — jeżeli się dalej zważy, że według burżoazyjnej etyki największe dobro, to jak najlepszy stan hygieniczny ludzkości, to może zrozumiemy, dlaczego tak gwałtownie tępiono epidemię hystero-epilepsyi.
Cała straszliwa, rozpaczna historya średnich wieków, odbija się w grozie satanicznych sabatów.
Sabat to orgiazm rozpętanych instynktów, olbrzymia revolta ujarzmionego ciała, potężne Alleluja na krzyż przybitego pogaństwa.
A rzeczywiście jest sabat potwornie spaczoną, skarykaturowaną syntezą wszystkich orgiastycznych kultów starożytności.
Kult Kybeli, gdzie hysteryczny popęd płciowy przeradza się w piekielne okrucieństwo, dawno już zapomniane kunszta nierządu w kulcie Astarty, zbrodnie i zaklinania, jakiemi czarownice greckie zmuszały Hekatę do wydania umarłych, wszystko to widzimy w średniowiecznym sabacie.
Zmienione wprawdzie, dopasowane do zmienionych pojęć religijnych, ale przecież bardzo jasno uwydatnione.
Średniowieczny sabat nie ma nic jemu tylko właściwego, znajdujemy go po wsze czasy i u wszystkich narodów, jest on ogólno-historycznym faktem, a równocześnie najciekawszą i najzawikłańszą zagadką, jaką historya zna.
Epoka pozytywizmu i zdrowego rozsądku ułatwiła sobie zadanie rozwiązania. Powiedziano, że to wszystko głupstwo, przesąd, zabobon średniowieczny, a procesy przeciwko czarownicom służyły za powód, by módz napaść na Kościół, historyk ślizgał się po faktach, niedających się zaprzeczyć, dopiero w ostatnim czasie, kiedy uczony tej miary co Crookes począł torować drogi, zaczęła się ciemność rozrzedzać.
I na to przedewszystkiem trzeba nacisk położyć, że sabat odbywał się w istocie tak, jak się czarne msze za czasów Ludwika XIV odbywały. Twierdzenie to popiera w całości wszystko, co wiemy o starożytnych mysteryach i o nocnych schadzkach i orgiach średniowiecznych sekciarzy.
Każdy, który brał udział w sabacie, wprawiał się szalonym tańcem, jednostajnem a silnem podrzucaniem głowy w dziki orgiazm, w którym było trudno odróżnić rzeczywistość od wizyi.
Używanie średniowiecznych narkotyków, które demonologowie tak dokładnie opisują, potęgowało stan nerwowy, aż człowiek wreszcie wpadł w zupełny stan somnambulizmu. A ponieważ wszyscy uczestnicy stali w zaobopólnym raporcie, więc musieli mieć te same wizye, które już zresztą były od samego początku Kodeksem satanicznym unormowane.
Ten rzeczywisty, historyczny sabat zanika zwolna w miarę coraz więcej srożącego się prześladowania, odbywa się co najwięcej raz na rok, albo całkiem nie, bo czarownica przeżywa wszystkie rozkosze rzeczywistego sabatu w swoich wizyach, potrzebuje się tylko posmarować maścią, a natychmiast wpada w katalepsyę.
Ta słynna maść nie jest bynajmniej wymysłem dyabologów.
Carrichter, Paracelsus opisują składniki wszystkich trucizn, z jakich się przyprawia, nieznaną jest tylko technika przyprawy. Maść ta przestała być w naszych czasach jakimś mytem, od czasu, kiedy słynny badacz okultyzmu Kiesewetter zatruł się nią.
Rozwalono w Bawaryi starą turmę, w której kiedyś więziono czarownice, znaleziono słoik z maścią i przysłano go Kiesewetterowi do zbadania.
Kiesewetter robił na sobie próby, opisuje potworne wizye, jakich doznawał, aż jednego dnia znaleziono go nieżywego, widocznie nieumiejętne obchodzenie się z tak silnymi narkotykami przyprawiło go o śmierć.
Mówiłem ze sabat jest ściśle spokrewniony z mysteryami starożytności. Ale podczas, gdy mysterya u Greków i u Rzymian miały charakter na wskróś pozytywny i dążyły do tego, by naturę ludzką ubóstwić, uświęcić wszystkie instynkty i to uświęcić przez najniesłychańszą ekstazę, mają sabaty średnich wieków charakter li tylko ujemny.
Sabat średniowieczny tkwi najgłębszymi korzeniami w piekielnej nienawiści ku Kościołowi katolickiemu.
Bo nie ulega wątpliwości, że wszystkie te potworne msze, ta pasya świętokradztwa wyrodziła się w łonie manicheizmu. Bo z biegiem czasu zatraciła się rzeczywista doktryna manicheizmu, a treść jego utworzyła polemika i krytyka, niszcząca i zohydzająca nauki katolicyzmu.
To, co było jądrem nauki boskiego Mani zagubiło się w niesłychanej nienawiści ku Nazareńczykowi, nienawiści, która się potęgowa wskutek fanatycznych prześladowań.
A na tym podkładzie nienawiści piętrzyło się w olbrzymi sposób wszystko to, co Kościół prześladował, wszystkie resztki i szczątki pogaństwa, które tak silnie tkwiło w narodzie, wszystkie zdania i nauki, które zwłaszcza z Afryki i Azyi od Żydów i Cyganów napływały, a które lud chciwie przyjmował.
Następną znamienną cechą sabatu jest chorobliwa nienawiść wszystkich opętanych przeciwko Kościołowi. Wspominałem, że najważniejszym objawem opętania jest właśnie to, że wszystkie stosunki i uczucia naodwrót się przekształcają. A przytem wmawiano w chorych, ze są opętani przez dyabła, aż wreszcie uwierzyli, że mają dyabła w sobie. Sugiestya była tak silna, że chory zupełnie się przystosował do wierzeń ogólnych. I tak skojarzył się manicheizm z hysteryą średnich wieków.
Pierwotny Bóg Katarów, Bóg czarny i zły, ale mimo wszystkiego Bóg czyli materya, stał się w polemicznych szałach, na stosach konających Albingensów i opętanych czarownic Bogiem à rebours, antychrystem, materyą à rebours, a mianowicie materyą brudu, wstrętu, emrozu i trucizny.
Dla pierwotnego Manichejczyka była doktryna, że nikt nie może grzeszyć tem, co leży poniżej pępka, nemo potest peccare ab umbilico et inferius równie świętą doktryną, jak było utracenie hymenu dla kapłanki Antarothy. Ale u czarownicy zatracił się sens, doktryna stała się środkiem dla zohydzenia świętości i ustawicznego krzyżowania Boga chrześcijan.
Pierwotny Manichejczyk wyprzysięgał się wiary z świętą powagą człowieka nawróconego; dla czarownicy było wyprzysiężenie się wiary środkiem, by sobie szatana zjednać. Ale osią i podstawą tak sabatu jak i mysteryi jest rozuzdane pragnienie płciowe.
Zaspokoić chorobliwą zmysłowość, jej niepokój i chciwość, poznać nieznane i ukryte siły, które są w stanie dać niepojęte rozkosze, to jeden z najważniejszych powodów, dla których się szatanowi oddawano.
Ale szczęścia to nie dało.
Mniejsza o to.
W obszarach nocy, w otchłaniach bólu można znaleźć upojenie ekstazy i deliryum. Rzucano się w piekło, ale miało się upojenie, w którem zapomniano o wszystkiem.
„Skreśl mię z księgi życia, zapisz mię w księgę śmierci,“ otóż formułka, która tłomaczy psychologię tych sekt. Dzień, światło, to światło, to straszny, brudny ciężar życia, piekielna jego męka, noc — to święto rozpasanych, chciwych rozkoszy instynktów.
A ludzie po wszystkie czasy, we wszystkich plagach nieba, we wszystkich męczarniach życia mieli tylko jedyne wyjście, upoić się. I ludzkość upajała się zbrodnią i potwornością, a całe to upojenie dochodziło do szczytu w płciowej ekstazie tak, że nerwy się rwały, że człowiek sam ze siebie się wyłaniał, cierpiał i wił się w mękach, ale zapomniał przynajmniej o tem, co było dla niego najstraszniejszem, że żyje, że żyć musi.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Przybyszewski.