Socjał

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Socjał
Pochodzenie Najwyższy lot
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wydania 1935
Drukarz Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


SOCJAŁ.
I.

Robotnik z wielkiej fabryki metalurgicznej w Warszawie, Walenty Sosnowski, powrócił znużony do domu.
Był zły i trochę podpity.
Właściwie podpił też ze złości, gdyż dowiedział się, że towarzysze wybierają do fabrycznego socjalistycznego komitetu innego prezesa, na niego zaś nie chcą głosować.
W domu czekano na Sosnowskiego z kolacją.
Syn-jedynak był tu również, już wymyty i przebrany.
Ojciec był dumny z Władka. Na zebraniach robotniczych chłopak już wygłaszał mowy, a o Marksie i Beblu prawił tak, jakby ich znał osobiście. Syn dużo czytał, i czytanie nie szło na marne.
Władek odrazu zauważył, podobnie jak i pani Sosnowska, że ojciec był zły i „zawiany“.
Przy kolacji stary robociarz opowiedział strapiony o zawodzie, który go spotkał, i tak zakończył:
— Teraz już ja dla nich niedobry, gdy przyjechał ten wyjadacz Kurkowski! A gdy trzeba było skakać do oczu dyrekcji i z rosyjską policją się mitrężyć — to byłem dobry?
Syn uśmiechnął się i zauważył:
— Kurkowski — szczekacz! Nic nie czytał oprócz głupich broszurek niemieckiej fabrykacji. Długo się nie utrzyma, zasypie się!
— Ja też nie dużo czytałem — burknął ojciec.
— No, tak — zgodził się chłopak. — Ale ojciec — szczery socjał, śmiały i uczciwy, a Kurkowski karjerę robi... gębą. A gdy do czego przyjdzie, da nura! Widziałem ja takich krzykaczy!
Sosnowski zamyślił się, i po chwili rzekł do syna:
— Posiedzenie w sobotę, Władku. Pójdziemy razem, a ty nawymyślaj tam im o tego Kurkowskiego! Dobrze?
Chłopak zaciął się i przybladł, jakgdyby miał coś do powiedzenia, lecz milczał.
Po wieczerzy Sosnowski zauważył, że żona ma zapłakane oczy, a usta jej kurczowo drgają.
— Co ci jest, matko? — zapytał mąż.
Milczała, więc stary, zajęty swemi myślami, więcej nie pytał.
Rodzina zaczęła się już przygotowywać do spoczynku, gdy nagle Władek, schylony nad książką, podniósł głowę i rzekł, zwracając się do ojca:
— Ojcze, chciałem ci powiedzieć, że wstąpiłem do armji ochotniczej.
— Co? — wyszeptał z przerażeniem w głosie Sosnowski. — Ty? do armji?
— Tak! Wołają młodzież, bo inaczej Moskale zdobędą Warszawę, a wtedy — koniec! — odparł chłopiec.
Stary milczał. Przeszedł się po pokoju, usiadł, znowu się zerwał i zbliżył do syna.
— Za ziemian, za fabrykantów będziesz walczył? — pytał.
— Za Polskę, ojcze! — odrzekł syn, podnosząc na niego oczy.
— A socjalizm, a partja? — pytał dalej Sosnowski.
— Wszystko będzie po staremu! — uśmiechnął się syn.
— Jakże to?
— Musimy naprzód mieć kraj, w którym socjalizm mamy szerzyć — odpowiedział syn. — Jeżeli nie obronimy naszej Polski, to moskiewscy komuniści będą nas uczyć socjalizmu!
Zaśmiał się, a widząc, że ojciec słucha go uważnie, dodał:
— Długo nam jeszcze czekać, aż socjalizm polski będzie czynny. Nie można, ojcze, socjalizować nędzy. Trzeba się podnieść, wzbogacić, a wtedy dopiero rozmawiać o sprawiedliwości w podziale bogactw. To — jasne!
Ojciec milczał. Oczy spuścił i usiadł głęboko zamyślony. Władek obszedł stół, zbliżył się do niego i, położywszy mu rękę na ramieniu, począł mówić, coraz bardziej zapalając się:
— Wszystko furda! Socjalizm, partja, walka o zarobek, Marks, Kurkowski i my sami! Wszystko nic nie warte wobec tego, co się dzieje. Polska, dla której tylu zginęło i panów i robotników i narodowców i socjałów, Polska ginie, tonie, bo ją zalewa Moskwa swojemi bandami. A gdy zaleje, rzuci się na nas Niemiec, wtedy — koniec, koniec już na zawsze, do kresu wieków! Czy rozumiesz, ojcze? Czy rozumiesz?
— Nie daj, Boże! — wyszeptał stary.
— A widzisz? — ucieszył się syn. — Teraz każdy Polak powinien iść, a porachunki zostawić na potem, gdy spierzemy pyski Moskalom.
Syn usiadł i zabrał się do książki, ojciec pozostał w głębokiej zadumie. Około pierwszej dopiero położył się stary do łóżka, ale nie spał, kręcił się do rana, wzdychał i myślał.
Czasami mruczał:
— Oni, psia ich mać, Sybir i więzienia naszymi przepełniali, a teraz im się znowu Warszawy zachciało!
Zdrzemnął się dopiero o świcie.
Gdy rodzina wypiła poranną kawę, a ojciec wybierał się do fabryki, syn podszedł do niego i rzekł:
— Dziś idę do koszar, ojcze, chcę się pożegnać. Bądź zdrów!
Stary objął syna i nagle oparł mu twarz na ramieniu, a szerokie bary zaczęły mu drgać i trząść się. Szlochając mówił przez łzy:
— W imię Boże, idź! Idź! A bij się, jak Polak! Daj im za znęcanie się, za krew i mękę naszą! Idź! Idź!

II.

Władek Sosnowski, którego koledzy przezywali „Socjałem“, bo lubił prawić o Marksie i o walce klasowej, oddawna już był w pułku. Bił się o głodzie i chłodzie, a zawsze był wesół i drwił ze wszystkiego.
— Jaśnie wielmożny panie, — mówił żartobliwie do takiego samego jak on ochotnika, szlachcica, — pamiętaj pan o konieczności socjalnej sprawiedliwości!
— No dalej? — pytał, uśmiechając się, kolega.
— Bo to, widzicie, okrutnie dziś strzelałem do Moskala i pozostało mi tylko 15 naboi. Widzę, że macie sporo tych orzechów, — podzielcie się w imię socjalnej równości!
Kolega dał paczkę i rzekł:
— A jakbyście u bolszewików prosili? W imię czego?
Wesoły Władek natychmiast odparł:
— Tam byłoby prościej! Kolbą w łeb w imię komunizmu: tobie nic, a mnie — wszystko! Zagarnąłbym pełną garścią!
Na takich żartach upływał ochotnikom czas pod Radzyminem, a podczas bojów, ciężkich i zażartych, synowie ziemian, wieśniaków i robotników niczem się pomiędzy sobą nie różnili.
Robotnik przebijał bagnetem Moskala, napadającego na ziemianina, szlachcic i przyszły dziedzic ratował życie synowi gospodarza wiejskiego, a z pola bitwy wynosił syna robotnika, partyjnego socjalisty. Nie było więc i nie mogło być różnicy, gdyż przed wszystkimi była jedna i ta sama wspólna mogiła.
Władek w jednej potyczce pod Radzyminem odznaczył się szczególnie. Natłukł bolszewików, a dwóch lekko rannych wziął do niewoli i do obozu przypędził.
— A toś się, chłopcze, napracował! — mówił do niego oficer, dowodzący całym oddziałem.
— Za naszą mękę, poniewierkę i krew, panie kapitanie! — odrzekł robociarz. — Pamiętam, jak mi ojciec to na pożegnanie powiedział. A przecież on — szczery socjalista, i jeżeli tak powiedział, znaczy to, że wielka była nasza męka. Niech więc zapłacę za nią Moskalom!
— Nie minie cię „Virtuti Militari“, już ja w tem! — rzekł, odchodząc, oficer.
W pół godziny później oddział rzucono do kontrataku.
W pierwszym szeregu obok kapitana biegł z wesołą miną Władek Sosnowski.
— Niech żyje socjalizm! — dochodziły okrzyki z rosyjskich szeregów.
— Pokażę ja wam socjalizm! — odkrzyknął Władek.
Wtem bolszewicy dali salwę. Kapitan zatoczył się i upadł na lewy bok. Żołnierze, widząc to, zachwiali się i zaczęli się cofać.
Moskale biegli naprzód, aby porwać rannego oficera, który z trudem dźwignął się i wydobył rewolwer.
— Stój — rozległa się nagle głośna komenda.
Cofający zatrzymali się, a Władek Sosnowski znowu krzyknął:
— Naprzód! Nie oddamy dowódcy!
I pomknął ku bolszewikom. Dobiegł w porę do rannego, bo już okrążali go Moskale. Bagnetem i kolbą odpędził napastników, i wtedy właśnie nadbiegło jeszcze kilku chłopców z pułku. Zdawało się, że bitwa na nowo się rozpali. Bolszewicy pchnęli świeżą kompanję. Polacy po rozpaczliwej obronie zmuszeni byli jednak do odwrotu. Odchodzili, unosząc z sobą oficera i broniąc się przed ścigającymi ich wrogami. Lecz coraz to któryś z ochotników ubywał i z każdym niemal krokiem grupka ich stawała się mniejsza i szczuplejsza.
Upadło naraz dwóch ochotników, a ciężko ranny kapitan, dźwigany przez nich, runął na ziemię. Podbiegł do niego Władek Sosnowski, podniósł i, wziąwszy na plecy, ruszył krzycząc:
— Zasłaniajcie kapitana, chłopcy!
Bolszewicy coraz gęściej strzelali, szerząc zniszczenie wśród Polaków. Ci zaś uszli jeszcze kilkaset kroków, aż rozległa się salwa. I zmiotło jak wichrem tę garstkę odważnych. Polegli wszyscy — pozostał tylko Władek Sosnowski.
Zatrzymał się zdumiony, gdyż jakoś dziwnie zaciężył mu na plecach ranny kapitan. Ostrożnie opuścił go na ziemię i zdążył jeszcze zauważyć, że oficer miał czaszkę strzaskaną, ale w tej chwili sam upadł piersią na pierś kapitana i pozostał sztywny, wyprężony jak struna.
Po chwili ciało Władka zaczęło się zlekka poruszać, jakgdyby płaszcząc się i wciskając w ziemię którą ukochał więcej od socjalizmu, bo to była ziemia swoja — polska, ziemia ojców, ich krwią napojona i użyźniona męką aż do nadejścia wielkiej chwili odrodzenia.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.