Matka (Ossendowski, 1935)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Matka
Pochodzenie Najwyższy lot
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wydania 1935
Drukarz Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


MATKA.
I.

Dowiedziała się w październiku dopiero, że jej Michaś zginął bez wieści w jednej z bitew pod Warszawą.
Przyjechała do stolicy, obiegła wszystkie urzędy wojskowe, obeszła wszystkie szpitale, przyjrzała się każdemu rannemu, myśląc, że odnajdzie synka-jedynaka, pociechę i radość życia, wypytywała każdego, ale Michasia nie znalazła i nic się o nim nie dowiedziała.
— Niech pani czeka — pocieszano ją w jakiejś kancelarji wojskowej, — może dostał się do niewoli i napisze.
Zdrętwiała, zgrzybiała nagle, powracała do domu, tocząc walkę z sumieniem.
— Tyś mu pozwoliła iść! Tyś błogosławiła to chłopię 14-letnie! — mówiło surowym głosem sumienie.
— Dla ojczyzny to uczyniłam! — odpowiadała stroskana dusza.
— To była zbrodnia! — rzuciło sumienie twarde słowo.
— Nic puścić, odmówić błogosławieństwa — byłoby gorszą zbrodnią, gdy kraj stał przed zgubą! — broniła się matka.
— Powinni byli iść dorośli, nie dzieci! — jątrzyło dalej sumienie.
— Obrońcy kraju powołali dzieci, gdy zabrakło chętnych wśród dorosłych.
— Niechby zginął taki naród! — smagnęło sumienie.
— O, nie! — oburzyło się serce Matki-Polki. — My, kobiety, wpoiłyśmy w synów miłość do kraju i gorące poczucie obowiązku. Nastał czas i — poszli, nie dali upaść narodowi!...
W wagonie 3-ciej klasy usiadła w ciasnym przedziale obok wyniszczonego, chudego i bladego człowieka w płaszczu żołnierskim. Na piersi miał krzyż walecznych.
Zawiązała się ogólna rozmowa. Żołnierz był w dywizji, która broniła Warszawy, wracał na wieś po wyleczeniu ciężkich ran.
Matka jęła wypytywać o pułk syna, o ataki przeciwko bolszewikom i opowiedziała, że przepadł jej bez wieści chłopak i że zapewne dostał się do niewoli.
— Może prędko napisze coś o sobie... — zakończyła swoje opowiadanie i zadumała się ciężko.
Myśli jej przerwał żołnierz. Surowym wzrokiem patrzał jej w oczy i ponurym, jakimś znękanym głosem cisnął:
— Nie napisze!...
— Dlaczego? Wielu naszych już się skomunikowało z rodzinami, będąc w niewoli — mówili pasażerowie, chcąc uspokoić kobietę, która nagle śmiertelnie zbladła.
— Tam do niewoli nie brano! — odparł żołnierz.
W przedziale zapanowało milczenie. Matka schyliła głowę na piersi, a dreszcz zimny i przejmujący wstrząsnął tą głową zrozpaczoną, ramionami i kurczowo zaciśniętemi palcami wychudzonych rąk.
Znowu zabrzmiał ponury głos:
— Przepadł bez wieści?... Znane bajdy!... Poprostu go zabito i wrzucono do ogólnego dołu razem z swoimi i Moskalami... Przepadł bez wieści!...
Odchrząknął z jakąś niemą wściekłością i zaczął zapalać papierosa.
Rozmowa się urwała.
Pociąg mknął, warczały osie i turkotały koła, a w ich takt biegły myśli pasażerów — tragiczne, smutne lub obojętne. Wesołych nie było, bo wszelką wesołość zatruwała skulona, drżąca postać zrozpaczonej kobiety, której wyrwano i zamordowano nadzieję.

II.

Po całej ziemi polskiej śmierć hojną ręką rozrzuciła kopce mogilne. Niektóre z nich znaczą krzyże drewniane, lub kołki, wbite po rogach. Większość jednak prędko utraciła i te oznaki szacunku i troski ludzi o swych obrońców. Nielitościwa, bezmyślna ręka targnęła się nawet na te świętości, pamiątki narodowe, powyrywała kołki, spaliła upadłe krzyże. Kopce zaczęły się zapadać, a skrzętny rolnik zaorał je i pokrył kobiercem złotego żyta. Dużo takich mogił napotkać można w ziemi warszawskiej, a nawet tuż pod bokiem wesołej, hucznej stolicy.
Minęły, ciężkie, krwawe czasy, gdy pod niebiosa wysławiano żołnierza, obrońcę serca Polski; szara jednostajność życia zamgliła te wspomnienia i z dniem każdym głębiej i głębiej pogrążają się w otchłani zapomnienia drogie, sławne, święte imiona bohaterów.
Pamiętają o nich tylko matki.
Krzyże upadłe podnoszą, kwiatami i wieńcami ze świerku upiększają kopce, pod któremi leżą zmieszane z innemi kości odważnych a sercem czystych synów. Zapomnienie i obojętność tłumu wynagradzają westchnieniem, łzą matczyną i modlitwą.
Jedna z matek od roku błąkała się po całej ziemi warszawskiej, odnalazła wszystkie mogiły żołnierskie, a przy każdej na twarz padała, ziemię całując i z łkaniem beznadziejnem szepcąc:
— Michasiu, synku, odezwij się! Czyś tu?...
Lecz kopce milczały i prężyły się ramiona czarnych krzyżów, zastygłych w powietrzu. W jesieni wiatr szemrał w krzakach lub na ściernisku, w lecie — żyto gwarzyło, żałując tych łez lub dziwiąc się trosce i męce matczynej.
A ona tymczasem wciąż szukała i pytała o grób syna niemych mogił, ledwo dostrzegalnych kopców i krzyżów pochylonych.
Milczenie i cisza odpowiadały jej, a więc szła dalej i dalej, szukając, wołając bezdźwięcznym głosem, w którym drgały łzy, a chwilami przerywała ten niemy szloch burza nienawiści, straszliwych przekleństw i szału.
Ludzie po wsiach już ją znali i na jej widok ze smutkiem kiwali głowami, odprowadzając ją zatroskanemi oczami.
Zadawała im pytanie jednostajne, jak plusk fali na piaszczystym wybrzeżu:
— Czy była tu bitwa? Jakie pułki przelewały tu swoją krew? Czy nie widziano tu chłopaka pięknego, o włosach kruczych i oczach śmiałych, piwnych, chłopca, który na imię miał Michaś?
Prawie już nie czekała na odpowiedź i szła dalej, gnana jakąś żądzą szukania, jakąś potrzebą pędzenia wciąż dalej ku nieznanemu celowi. Błąkała się tak tygodniami, później znikała na parę miesięcy, powracała do domu i znowu się zjawiała, jeszcze bardziej wynędzniała, jeszcze bardziej nieszczęśliwa, zgnębiona, walcząca z rozpaczą i obłędem.
Po ostatniej włóczędze matki po kopcach i mogiłach żołnierskich pod Warszawą, przyszła zima, rzuciła na ziemię biały całun, ukryła pod nim podorywy, miedze, doły i zapadłe już kopce.

III.

W tym czasie matka, szukająca grobu syna, przybyła znowu.
Zatrzymała się w domu znajomego wieśniaka i odrazu wyszła na pole, gdzie na niskim, przysypanym śniegiem kopcu stał wysoki, krzyż drewniany.
Ten krzyż najwięcej przyciągał kobietę i zwykle po kilka razy powracała, wpatrując się w kopiec, leżący u jego stóp, jakgdyby chciała dojrzeć drogie kości.
Niebo było pogodne, przejrzyste, tysiące gwiazd świeciło nad ziemią, śpiącą pod miękkim, białym pokrowcem. Księżyc, jasny i obojętny, wypłynął z poza lasu i sunął coraz wyżej, zapalając na śniegu miljony jarzących się i mieniących wszystkiemi barwami płomyków. Migotały na szklistej powierzchni śniegu i gasły na chwilę tylko wtedy, gdy przed obliczem księżyca sunęły długie smugi białych obłoków, płynących od północy. Było cicho i martwo dookoła, tylko zrzadka zalatywał wietrzyk i z suchym szelestem poruszał stwardniałą słomę ścierniska.
Kobieta z załamanemi rękami stała przed białym kopcem i coś szeptała. Może jak zwykle pytała:
— Michasiu, synku! odezwij się! Czyś tu?
A może modliła się gorąco i uparcie...
Długo tak stała i gdy już miała odejść, nagle zauważyła, że na szczycie kopca coś się poruszyło. Drgnęła i oczy nieprzytomne w bolesnej nadziei wbiła w to miejsce.
Jakieś wiotkie cienie, postacie chybkie i nieuchwytne, widma przejrzyste unosiły się nad śniegiem i majaczyły w powietrzu, drgając na tle dalekiego, ciemnego boru. Unosiły się i opadały, chybotały i skłębiały się korowodem tajemniczym, milczącym, a pełnym znaczenia.
Znikały i znowu się zjawiały, aż się podzieliły i szybować zaczęły na skrzydłach niewidzialnych, lekkie i chyże.
Nieznane twarze, postacie obce, a bliskie i drogie zarazem. Pocięte czoła, skrwawione oblicza, przestrzelone piersi, zwisające bezwładnie ręce, wynędzniałe rysy, poniszczone i porwane na strzępy ubrania.
Pląsały w przepojonem blaskiem powietrzu, wznosząc ramiona do góry; oczy zapadłe zwracały się ku niebu i otwierały usta, jakgdyby w śpiewie triumfalnym.
Płomienie w tych męczeńskich oczach, radość nieziemską w wynędzniałych rysach, uśmiech szczęścia na zsiniałych ustach dostrzegła stojąca w zachwycie i w porywie oczekiwania kobieta.
Coraz hardziej promiennym, barwnym i radosnym stawał się korowód widm przejrzystych, a z ich ust płynąć zaczęła bezdźwięczna pieśń triumfu i nieśmiertelności.
Każde słowo, każda zwrotka tej pieśni zakradała się do serca i duszy kobiety — a ona zrozumiała szczęście i ukojenie tych, których z kopca mogilnego wywołała pogodna noc zimowa, a może modlitwa i rozpacz Matki...
Powoli wygładziły się zmarszczki bólu na stroskanej twarzy kobiety; nieznany gość — uśmiech, błysnął w wypłakanych oczach i zmiękczył, rozpromienił surowe zarysy warg.
Czekała, bo wiedziała już, że przyjdzie...
Z korowodu widm wysunął się cień — mały, wiotki i szybki. Zsunął się z kopca i prawne niewidzialny cisnął się do rąk kobiety, podnosił twarz swoją do jej ust, padał do nóg i znowu wzbijał się w górę i w oczy zaglądał.
— Chodź tu, Michasiu! Przytulę cię do piersi, okryję, bo zimno ci, boś ledwie ubrany. Chodź już, chłopusiu, chodź tu, do matuli, mój synku malutki! Takem się stęskniła, takem się namartwiła! Chodź już, chodź!... Utulę, ogrzeję...
Coraz liczniejszy stawał się korowód. Już nie tylko na kopcu majaczyły cienie. Całe pole kotłowało się od nich.
Ciemna, ciężka chmura sunęła na księżyc. Zerwał się wicher. Zazgrzytała śnieżyca...
Krzyż, skrzypiąc żałośnie, kołysał się pod wściekłem smaganiem mroźnego wichru...


IV.

Nad rankiem wieśniak, jadący niedaleko kopca, spostrzegł czarną plamę na śniegu. Podjechał, śnieg rozgrzebał...
Ujrzał kobietę. Leżała uśmiechnięta, z ustami łagodnie rozchylonemi, a ręce jej tuliły kogoś do martwej piersi...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.