Strona:F. Antoni Ossendowski - Najwyższy lot.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Czasami mruczał:
— Oni, psia ich mać, Sybir i więzienia naszymi przepełniali, a teraz im się znowu Warszawy zachciało!
Zdrzemnął się dopiero o świcie.
Gdy rodzina wypiła poranną kawę, a ojciec wybierał się do fabryki, syn podszedł do niego i rzekł:
— Dziś idę do koszar, ojcze, chcę się pożegnać. Bądź zdrów!
Stary objął syna i nagle oparł mu twarz na ramieniu, a szerokie bary zaczęły mu drgać i trząść się. Szlochając mówił przez łzy:
— W imię Boże, idź! Idź! A bij się, jak Polak! Daj im za znęcanie się, za krew i mękę naszą! Idź! Idź!

II.

Władek Sosnowski, którego koledzy przezywali „Socjałem“, bo lubił prawić o Marksie i o walce klasowej, oddawna już był w pułku. Bił się o głodzie i chłodzie, a zawsze był wesół i drwił ze wszystkiego.
— Jaśnie wielmożny panie, — mówił żartobliwie do takiego samego jak on ochotnika, szlachcica, — pamiętaj pan o konieczności socjalnej sprawiedliwości!