Sen (Hearn,1924)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lafcadio Hearn
Tytuł Sen
Pochodzenie Opowieści niesamowite i upiorne
Data wydania 1924
Wydawnictwo Wydawnictwo Jana Sidorowskiego
Drukarz Drukarnia i Introligatornia J. Sidorowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Wacław Berent
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


SEN


W miejscowości zwanej Toïchi, w prowincji Yamato żył Goshi, imieniem Miyata Akinosuké. (W feudalnych czasach Japonji, — winienem tu nadmienić, — istniała wolna i uprzywilejowana klasa osiadłych na roli żołnierzy, odpowiadająca yeomen’om angielskim, a zwana: Goshi).
W ogrodzie Akinosuki rósł olbrzymi, prastary cedr, w którego cieniu spoczywał gospodarz zwykle w dnie upalne. W spiekotę któregoś popołudnia zasiadł pod tym cedrem z dwoma przyjaciółmi. Przy winie i gawędzie z nimi opadła go znienacka senność, — nie mogąc jej opanować, prosił przyjaciół, aby mu wybaczyli, iż zdrzemnie się nieco w ich obecności.
A gdy położył się u stóp drzewa, przyśnił mu się taki oto sen:
Ledwie spoczął, ujrzał, że z sąsiedniego wzgórza zbliża się do jego ogrodu wspaniały orszak jakiegoś wielkiego księcia; powstał więc, aby mu się lepiej przyjrzeć. Była to świta olbrzymia, wspanialsza od tych wszystkich, jakie widywał kiedykolwiek w życiu; a zmierzała ona najwidoczniej wprost do jego domu. Na końcu tego orszaku ujrzał gromadę strojnych paziów, ciągnących wspaniałą karetę dworską, t. z. gosho-guruma, wysłaną jedwabiem błękitnym. Zbliżywszy się do jego domu, zatrzymała się ta kalwakata cała; a wielce strojny pan, — osobistość widać znaczna, — przystąpił do Akinasuki i rzekł z głębokim ukłonem:
„Czcigodny panie, widzisz przed sobą wasala władcy Kokuo z Tokoyo. Z rozkazu mego miłościwego pana pozdrawiam cię w jego wysokiem imieniu i oddaję się całkowicie na usługi twoje. Mam powiadomić cię zarazem, iż Jego Wysokość raczy oczekiwać cię w pałacu. Zechcij przeto niezwłocznie zasiąść w tej karecie dworskiej, którą król przysyła ku twej wygodzie w podróży”.
Usłyszawszy to, pragnął Akinosuké odpowiedzieć godnie na zaproszenie, był jednak zbyt zdumiony i zakłopotany, by móc rzec cokolwiek. A że poczuł równocześnie, iż opuściła go wola wszelka, nie pozostawało mu zatem nic innego, jak zastosować się do życzenia wasala. Siadł tedy do karety. Kerai, czyli wasal, usadowił się obok niego i dal znak młodzieńcom w zaprzęgu; ci pochwycili wraz sznury jedwabne i zwrócili wielki pojazd w południową stronę; — ruszono w podróż.
Ku wielkiemu zdumieniu Akinosuki, powóz zatrzymał się bardzo rychło u potężnych dwupiętrowych wrót w stylu chińskim. Nic podobnego nie widział dotychczas Akinosuké. Wasal wysiadł tymczasem i rzekł: „Idę zameldować przyjazd dostojnego gościa”; — poczem znikł natychmiast. Akinosuké ujrzał po chwili, że na gościńcu, wiodącym ku wrotom, ukazało się dwóch panów w wytwornych szatach z purpurowego jedwabiu w czapach spiczastych, świadczących o wysokiej godności tych osób. Złożyli mu oni ukłon pełen uszanowania, pomogli wysiąść z karety i powiedli go przez wielkie wrota i rozległy za niemi ogród do pałacu, którego front rozciągał się kilka mil na wschód i tyleż na zachód. Akinosuké został wprowadzony do sali przyjęć, przeogromnej i pełnej przepychu. Przewodnicy posadzili go na miejscu honorowem, sami zaś zasiedli pokornie w pewnem oddaleniu. Służebne strojne roznosiły tymczasem przekąski i napoje. Gdy Akinosuké posilił się nieco, obaj dworacy w szatach purpurowych ukłonili się znów głęboko i zwrócili się doń z tem przemówieniem, — zagadując przytem naprzemian, jak każe etykieta dworska:
„Spadł na nas zaszczytny obowiązek powiadomienia pana…” „z jakiego powodu we zwano go tutaj…” …„Miłościwy Pan i król nasz życzy sobie, abyś został jego zięciem…” „Jest jego pragnieniem i rozkazem, aby dziś jeszcze odbył się ślub…” „z Jej Wysokością, jaśnie księżniczką, dziewiczą córką królewską…” „Zaprowadzimy pana niezwłocznie do sali tronowej…” …„gdzie oczekiwać go będzie Najjaśniejszy Pan…” „Musimy jednak pana wprzódy…” „przyodziać w odpowiedni strój galowy”.
Wypowiedziawszy to wszystko, obaj przewodnicy Akinosuki powiedli go do alkowy, w której stała wielka skrzynia ze złotej laki. Otworzywszy tę skrzynię, dobyli z niej liczne szaty i pasy z wielce cennych tkanin, oraz wspaniałe kamuri, czyli turban królewski. Przyodziany wspaniale, jak przystało na narzeczonego księżniczki, — został Akinosuké wprowadzony do sali audjencjonalnej, gdzie w czarnym kołpaku władzy najwyższej i w żółtych jedwabiach siedział na tronie sam Kokuo z Tokoyo. Otaczało tron z prawej i lewej strony mnóstwo dygnitarzy, znieruchomiałych i wyniosłych, jak posągi w świątyni. Akinosuké wkroczył między nich i oddając hołd królowi, padł, jak należy, trzykrotnie na twarz. Król powitał go łaskawie i rzekł:
„Powiadomiono cię już, w jakiej sprawie zostałeś wezwany przed oblicze Nasze. Postanowiliśmy, byś został, adoptowanym przez Nas, małżonkiem jedynej córki naszej; — uroczystości weselne odbędą się natychmiast”.
Gdy król zamilkł, rozległa się radosna fanfara muzyki; z poza zasłony wystąpił korowód pięknych dam, aby towarzyszyć Akinosuce do pokojów księżniczki.
Olbrzymia hala, w której odbyły się uroczystości weselne, ledwie pomieścić zdołała wszystkich widzów i gości. Wszyscy składali głębokie ukłony Akinosuce, gdy zajmował miejsce naprzeciw córy królewskiej na podnóżku, zawczasu dlań przygotowanym. Niebiańskiej urody wydała mu się narzeczona, a szaty jej tak piękne, jak niebo samo w czas letni. Odprawiono wesele huczne.
Poczem odprowadzono nowożeńców do przygotowanych dla nich apartamentów w drugim skrzydle pałacu, gdzie przyjmowali powinszowania, oraz dary ślubne od wielu osobistości znacznych.
Po kilku dniach wezwano znów Akinosuké do sali tronowej. Król przyjął go tym razem jeszcze łaskawiej i rzekł doń:
„W południowo-zachodniej stronie naszego państwa leży wyspa, zwana Raishu. Mianowaliśmy cię jej gubernatorem. Znajdziesz tam lud wierny Nam i uległy; prawa ich jednak nie są dotychczas uzgodnione z prawami Tokoyo, a obyczaje tamtejsze nie są należycie uregulowane. Powierzamy ci nadewszystko możliwie największą poprawę tamtejszych stosunków społecznych i życzymy sobie, byś rządził łagodnie i mądrze. Niezbędne przygotowania do twej podróży zostały już poczynione”.
Akinosuké opuścił tedy pałac królewski w towarzystwie swej małżonki, oraz licznej świty rycerzy i urzędników, by w najbliższym porcie wsiąść na okręt państwowy, jaki mu król dał do rozporządzenia. Pomyślne wiatry zaniosły ich szczęśliwie do Raishu; zacna ludność wyspy przybyła gromadnie na ich powitanie.

Akinosuké przystąpił niezwłocznie do sprawowania nowych obowiązków. Okazały się one niezbyt ciężkie. Pierwsze trzy lata rządów swych poświęcił nieomal wyłącznie wydawaniu i przeprowadzeniu nowych praw; a że miał mądrych doradców, praca ta nie stawała się dlań nigdy uciążliwą, A gdy wszystko zostało ukończone, pozostał mu już tylko jeden obowiązek urzędowy: współudział w ceremonjach i rytuałach, nakazanych przez prastary obyczaj tamtejszy. Klimat tego kraju był taki zdrowy, a ziemia tak urodzajna, że nieznane tam były choroby i nędza, a ludność zacna nie przestępowała nigdy praw. Akinosuké rządził w Raishu jeszcze lat dwadzieścia; a w ciągu tych dwudziestu trzech lat pobytu na wyspie nawet przelotny cień smutku nie zachmurzył życia jego.
Lecz w dwudziestym czwartym roku spotkało go wielkie nieszczęście: zachorowała i zmarła mu żona, pozostawiwszy siedmioro dzieci: — pięciu synów i dwie córki. Pochowano ją z wielką okazałością na wierzchołku pięknego wzgórza w okręgu Hanryoko, wznosząc wspaniały pomnik nad jej mogiłą. Lecz śmierć żony tak przygnębiła Akinosukę, że omierzło mu życie własne.

Gdy minął przepisany czas żałoby, przybył do Raishu poseł królewski z pałacu w Tokoyo. Poseł ów wręczył Akinosuce pismo kondolencyjne i rzekł:
„Oto słowa, jakie nasz Najjaśniejszy Pan, król Tokoyo, kazał mi tu powtórzyć: — Pragniemy odesłać was z powrotem do waszego ludu i ojczyzny. Siedmioro pozostałych dzieci bierze natomiast król pod opiekę swoją, jako wnuki i wnuczki swe. Nie troskajcie się przeto o nie”.
Otrzymawszy ten rozkaz, poczynił Akinosuké posłusznie natychmiastowe przygotowania do wyjazdu. Załatwiwszy wszystkie sprawy własne i pożegnawszy uroczyście swych doradców i najbardziej zaufanych urzędników, udał się do portu, żegnany z wielkimi honorami. Oczekiwał nań, umyślnie po niego wysłany okręt, który wypłynął wnet na wody modre, pod błękit nieba, którym zasnuła się wnet w oddali i wyspa Raishu, by zszarzeć niebawem w oczach i zniknąć na zawsze…
I oto Akinosuké zbudził się nagle pod drzewem cedrowem ogrodu swego.
Przez chwilę był zdumiony i oszołomiony całkiem. Niebawem spostrzegł jednak, że obaj przyjaciele jego siedzą wciąż jeszcze opodal, pijąc i gawędząc, jak wprzódy. Przyglądał się im w osłupieniu i zawołał wreszcie: „Jakież to dziwne!…”
„Akinosuké śnił zapewne, — zaśmiał się jeden z jego towarzyszy — I cóż tak dziwnego przyśniło się tobie?”
Akinosuké opowiedział sen swój, — sen o dwudziesto-trzech letnim pobycie na wyspie Raishu, krainy Tokoyo. Towarzysze jego byli bardzo tem ździwieni, gdyż nie spał dłużej nad kilka minut.
Jeden z nich rzekł:
„Istotnie widziałeś we śnie rzeczy przedziwne. Lecz i my spostrzegliśmy coś osobliwego, gdyś zasypiał. Mały, żółty motyl trzepotał się przez chwilę tuż nad twoją twarzą, — nie spuszczaliśmy go z oczu. I widzieliśmy, jak przysiadł niebawem pod drzewem, tuż obok ciebie. Prawie w tejże chwili wystąpiła z ziemi duża, bardzo wielka, mrówka i, pochwyciwszy owego motyla, wciągnęła go do swej jamy. A gdyś się budził, ujrzeliśmy ponownie owego motyla, jak dobywszy się z jamy, zatrzepotał się znów nad twarzą twoją. Poczem przepadł nagle, gdzie? — niewiemy”.
„Była to może dusza Akinosuki? — wtrącił towarzysz drugi. — Ja bo miałem to wrażenie, że ów motyl wfrunął w jego usta. Lecz nawet gdyby to była istotnie dusza Akinosuki, nie tłumaczyłoby to bynajmniej snu jego”.
„Może mrówki wytłomaczą nam ten sen, — rzekł pierwszy rozmówca. — Mrówki to osobliwe stworzenia; kto wie, czy nie czaroludki! Pod tym cedrem znajduje się niewątpliwie wielkie mrowisko”.
„Zobaczmy!” — wykrzyknął Akinosuké, wielce wzburzony tem przypuszczeniem. I pobiegł czemprędzej po łopatę.
Okazało się niespodzianie, że ziemia wokół cedru jest przeryta podkopami wielkiego mrowiska: a te podziemne budowle z gliny, traw zwiędłych i drobnego chrustu były dziwnie podobne do minjaturowych miast. Pośrodku jednej z budowli takich, o wiele szerszej od wszystkich innych, mnóstwo małych mrówek roiło się wokół mrówki wielkiej — o żółtawych skrzydłach, a długiej, czarnej głowie.
„Ależ, to król z mego snu! — wykrzyknął Akinosuké, — a oto pałac w Tokoyo!… Co za dziwy!… Raishu powinno się znajdować gdzieś na południo-zachód: — po lewej stronie tego wielkiego korzenia… Dalibóg! oto i Raishu!… Dziwne, przedziwne!... Jestem pewien, że znajdę teraz nawet i wzgórze Hanryoko, wraz z grobem księżniczki…”
Przeszukiwał bez końca zburzone mrowisko i znalazł wreszcie minjaturowe wzgórze, a na jego wierzchołku opłukany w strumieniu krzemień maleńki, kształtu nagrobków buddyjskich. Pod nim zaś odnalazł, zasklepione w glinie, martwe ciało mrówki…




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lafcadio Hearn i tłumacza: Wacław Berent.