Rusałka (Grimm, 1940)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bracia Grimm
Tytuł Rusałka
Pochodzenie Baśnie
Data wydania 1940
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Drukarnia Przemysłowa E. Podgórczyka i Sp.
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Cecylia Niewiadomska
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Bracia Grimm - Baśnie (Niewiadomska) str 237.jpg
RUSAŁKA

W bardzo pięknej dolinie otoczonej lasem, nad rzeką rozlewającą się w staw wielki jak jezioro, stał młyn duży, porządny, czynny nieustannie, tak iż szum wody i turkot kamienia nie milkły prawie nigdy. Mieszkał tu z żoną bogaty, pracowity młynarz. Roboty mu nie brakło, więc choć żył niewygodnie, przybywało mu prawie z dniem każdym dostatku i byłby najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, gdyby miał choć jedno dziecko.
Póki był zajęty pracą, nie miał czasu na smutne myśli; lecz kiedy w święto ucichł turkot młyna, pusto i cicho robiło się w chacie, młynarzowa wzdychała, a on wiedział dobrze, że zarówno z nim się martwi, komu zostawią dostatek, dla kogo pracować będą, kto ich pocieszy w starości...
Patrząc na dzieci wiejskie zazdrościli nieraz szczęśliwym ich rodzicom i powtarzali sobie, że nic nie wart dostatek, gdy największego skarbu, zdrowego dziecka nie ma w domu; że szczęśliwszy od nich jest każdy ubogi, któremu Bóg nie odmówił tej pociechy.
Wtem z wiosną, kiedy śniegi stopniały na górach, wezbrały wody w rzece, pozrywały tamy, popsuły koła młyńskie, poniszczyły budynki i ogromne w okolicy wyrządziły szkody, młynarz stracił bardzo wiele i od tego czasu zaczęły nań spadać klęski coraz nowe. W krótkim czasie padły mu krowy z zarazy, złodziej ukradł pieniądze, młyn psuł się co chwila, nie zawsze teraz mógł wydążyć z robotą, a z tego różne wynikały straty, kłopoty, niezgody. Rok nie upłynął, a młynarz z bogacza i pana stał się tak ubogim, że nieraz i chleba w chacie brakowało. Znosił to odważnie, nie ustawał w pracy, lecz martwił się coraz bardziej, nie sypiał po nocach i z ciężkim żalem myślał, że przyjdzie mu chyba opuścić rodzinne strony razem z żoną i szukać gdzie indziej szczęścia.
Raz po bezsennej nocy wstał o świcie i wyszedł na świat Boży. Młyn stał już od dawna, nikt do niego zboża nie przywoził, więc w pięknej dolinie panowała cisza; rzeka płynęła spokojnie, na zielonej trawie niby rozsypane perły błyszczały krople rosy, niebo było pogodne, różowe na wschodzie, powietrze czyste, chłodne. Młynarz szedł wzdłuż stawu z głową pochyloną smutnie. Wtem słońce wzeszło, złote promienie oblały dolinę, a w nadbrzeżnej trzcinie coś się poruszyło, zakołysały się liście wysokie i z pluskającej fali podniosła się zwolna cudnej piękności kobieta.
Włosy jej jasne jak promienie słońca spływały na ramiona i osłaniały ją całą, oczy świeciły jak gwiazdeczki, a w koralowych ustach jaśniały ząbki perłowej białości. Śmiała się i pluskała w przeźroczystej wodzie, jej złote włosy rzucały blask śliczny, a białe ręce, które podniosła do góry, zdawały się wabić ptaszki i motyle, unoszące się rojami nad tym prześlicznym zjawiskiem.
Młynarz odgadł natychmiast, że to być musi rusałka i przerażony chciał uciec co prędzej, ale wodna dziewica zaśmiała się srebrnym śmiechem, zawołała nań po imieniu i głosem słodkim jak powiew wietrzyka zapytała o powód smutku.
Młynarz nie mógł już odejść; oczarowany tym głosem, z zachwytem patrzał na śliczną rusałkę, odpowiadał na jej pytania i z ufnością zwierzył jej się ze swych kłopotów i ciężkiego zmartwienia.
— Dobry człowieku — odparła rusałka — szczęście twoje, żeś dzisiaj stanął tu nad brzegiem; nie wiesz nawet, jak wielką litość budzisz we mnie! Chcę ci nagrodzić wszystkie twoje straty, obsypać cię bogactwem i wszelką pomyślnością, ale żebyś miał prawo korzystać z mej opieki, musisz mi oddać to, co w tej chwili urodziło się w twojej chacie.
— Cóż by to być mogło? — pomyślał młynarz — chyba małe kocię?... — i bez wahania zgodził się na ten warunek.
— To dobrze — przemówiła znów słodko rusałka — wracaj spokojnie: szczęście idzie za tobą.
I zanurzyła się w przejrzystej wodzie.
Młynarz stał jeszcze chwilkę na tym samym miejscu i patrzał na uciszające się fale; potem pełen otuchy zawrócił do domu. Lecz w tejże chwili z chaty wybiegła służąca wołając go do żony, która uszczęśliwiona pokazała mu ślicznego chłopczyka, leżącego na łóżku.
— Straciliśmy majątek, ale mamy dziecko; urodził się nam syn upragniony, więc powinniśmy być zadowoleni i za wszystko dziękować Bogu.
Tak mówiła młynarka nie mogąc zrozumieć dlaczego mąż nie cieszy się z tej wiadomości, a gdy opowiedział jej wszystko, co go spotkało nad stawem, głośno wyrzekać i płakać zaczęła.
Cóż jednak można było już poradzić na to nieszczęście? Wezwano krewnych, przyjaciół, znajomych, lecz wszyscy uznać musieli, że chłopczyk młynarza jest własnością rusałki.
Szczęście tymczasem wróciło istotnie: młyn turkotał nieustannie, roboty było wiele, wszystko wiodło się pomyślnie, a pieniędzy i dostatku w oczach przybywało. Wkrótce młynarz był znowu panem i bogaczem, ale nie czuł się szczęśliwym, obietnica dana rusałce zatruwała mu każdą godzinę. Sam nie zbliżał się do stawu i drżał, że lada chwila przewrotna istota w ten lub inny sposób przyjdzie upomnieć się o swoją własność.
Chłopczyk chował się zdrowo, był wesół, śliczny, mądry, rodzice pilnowali go jak oka w głowie i ostrzegali ciągle, że gdyby kiedykolwiek zbliżył się do stawu, niewidzialna ręka wciągnie go w głąb i utopi. Roztropny chłopczyk słuchał we wszystkim rodziców. Lata płynęły, nic go złego nie spotkało; w końcu też zapomniano prawie o rusałce i danym jej przyrzeczeniu.
Chcąc jak najdalej usunąć syna od groźnej wody młynarz oddał go z czasem na naukę do strzelca. Młodzieniec był zręczny, śmiały, wyuczył się prędko rzemiosła, został strzelcem w wielkim lesie i ożenił się z piękną dziewczyną, którą poznał w sąsiedniej wiosce. Książę, u którego służył, dał im śliczny domek, w którym po weselu zamieszkali i kochając się bardzo żyli spokojnie i szczęśliwie.
Strzelec co rano wychodził do lasu, wracał na obiad obciążony łupem, a następnie znów do wieczora tropił zwierzynę lub zastawiał sidła. Czasem noc całą przepędzał w zasadzce, niekiedy z księciem wyjeżdżał na łowy.
Razu jednego ścigał długo sarnę, która wybiegła z lasu aż w dolinę, gdzie nareszcie strzał celny położył ją trupem. Strzelec nie spostrzegł, że stało się to właśnie w pobliżu stawu rusałki; zbliżył się do wody, by obmyć skrwawione ręce, zaledwie się jednak schylił, cudna rusałka podniosła się z fali, zarzuciła mu mokre ramiona na szyję i skryła się z nim w głębinę.
Noc zapadła, a żona czeka daremnie strzelca; zdjęta niepokojem biegnie w końcu nad wodę, gdyż wiedziała dobrze, jakie niebezpieczeństwo grozi mu ze strony zdradzieckiej rusałki; woła — nikt się nie odzywa. Wtem spostrzega zabitą sarnę i torbę myśliwską strzelca, poznaje własność męża i odgaduje nieszczęście. Zrozpaczona błądzi nad stawem, załamuje ręce, z głośnym płaczem wzywając męża po imieniu. Wszystko na próżno, śmiech tylko jakiś w ciemności słychać nad wodą; więc przeklina rusałkę i wzywa jej litości — na próżno i nadaremnie; jasny księżyc oświetlił gładką powierzchnię wody, na której śladu życia dopatrzeć się nie można.
Noc, cisza, księżyc, woda nieruchoma, zabita sarna, las czarny dokoła i nieszczęśliwa kobieta, wzywająca męża głosem rozpaczy i trwogi... Obiegła staw wokoło, biegnie po raz drugi jęcząc i płacząc; gdy jej siły zbraknie, idzie słabnącym krokiem. I znów przypomina sobie los swój okrutny, stratę niepowetowaną, wybucha krzykiem, biegnie jak szalona, na koniec nieprzytomna upada na ziemię. Leży bezsilna, omdlała, bez ruchu i powoli zapada w sen głęboki, pełen marzeń...
Śniło jej się, że szła spłakana na wysoką górę pnąc się po stromych skałach; krew płynęła jej z twarzy i rąk, podrapanych o ostre ciernie, deszcz zmoczył jej suknie, wiatr szarpał długie włosy, lecz szła naprzód ciągle, aż stanęła na szczycie góry. Tu odetchnęła na koniec: nad nią było pogodne i błękitne niebo, przed nią łąka kwiecista, a dalej nad strugą białą czyściutka chata. Gdy zapukała do drzwi, głos przyjazny ją wezwał, aby je otworzyła i ujrzała w izdebce miłą twarz staruszki, która skinęła na nią.
Obudziła się biedna kobieta, otworzyła oczy i przypomniała sobie, co się stało. Rozpacz ją ogarnęła, ale w tejże chwili sen stanął jej w pamięci, więc podniosła się natychmiast, a ponieważ ciemności nocy ustąpiły, udała się niezwłocznie w drogę.
Szła wciąż przed siebie, póki nie ujrzała wysokiej i stromej góry; wówczas piąć się zaczęła, zupełnie tak jak we śnie. Jak we śnie znalazła chatkę i siwą staruszkę o życzliwym, dobrym uśmiechu i łagodnym spojrzeniu.
— Musisz być nieszczęśliwa, kiedyś przyszła do mnie — rzekła staruszka podając jej niski stołeczek, aby spoczęła po dalekiej drodze.
— Tak — odparła kobieta i opowiedziała jej wszystko.
Staruszka popatrzała na nią, potem sięgnęła do kieszeni i podała jej złoty grzebień.
— Na pełni księżyca idź nad staw z tym grzebieniem — odezwała się łagodnie — usiądź nad wodą i czesz się tym grzebieniem tak długo, aż jeden z twoich czarnych, długich włosów pozostanie na grzebieniu. Potem połóż go na brzegu i uważaj, co się stanie.
Biedna kobieta wróciła do domu, lecz dni wiekami jej się wydawały, nim się doczekała upragnionej pełni. Wreszcie zaświecił księżyc na ciemnym błękicie, przejrzał się w lustrzanej szybie kryształowej wody i we wszystkich kropelkach rosy na zielonej trawie. Wtedy z chatki wybiegła stęskniona kobieta, usiadła na brzegu stawu i złotym grzebieniem długo czesała swoje czarne włosy, aż nareszcie włos jeden owinął się około grzebienia. Położyła go zaraz na wybrzeżu i czekała z bijącym sercem, co się stanie.
Wtem zaszumiała woda, podniosła się fala, uderzyła o brzeg i zabrała złoty grzebień. Zakołysała się powierzchnia stawu, potem otworzyła nagle w samym środku i głowa strzelca ukazała się nad wodą. Spojrzał na żonę smutnymi oczyma, ale nic nie powiedział, gdyż w tej samej chwili nowa, potężna fala zakryła go znowu. Wszystko zniknęło i wszystko ucichło; nieruchoma fala wody leżała spokojnie, nad nią świecił jasny księżyc, a na brzegu kobieta płakała łzami.
I nie odeszła stąd znowu aż do poranku; spała na mokrej trawie i po raz drugi we śnie przebywała trudną drogę do chaty staruszki. Gdy się obudziła, słońce już świeciło, więc niezwłocznie udała się na znaną górę i zapukała do drzwi siwowłosej wróżki. Ta przyjęła ją uprzejmie, wysłuchała opowiadania i uśmiechnęła się życzliwie.
— Bądź dobrej myśli, moja córko — rzekła — daję ci oto tę srebrną fujarkę. Gdy księżyc zaświeci w pełni, pójdziesz na brzeg stawu, zagrasz na niej piosenkę, potem ją położysz i uważaj dobrze, co się dalej stanie.
Z tęsknotą i upragnieniem oczekiwała znowu biedna kobieta pełni i kiedy srebrny księżyc zaświecił wreszcie na niebie, wiernie spełniła polecenie wróżki: zagrała na srebrnym flecie piosenkę, którą razem śpiewali z mężem, potem położyła fujarkę na brzegu.
Zaszumiała woda, podniosła się wysoka fala, uderzyła silnie o brzegi i zabrała fujarkę. W tej chwili zakołysała się powierzchnia stawu, zawrzało coś w głębinie, rozstąpiła się woda i ukazała się nad nią postać strzelca do pasa. Spojrzał stęsknionym wzrokiem na kochaną żonę i wyciągnął do niej ramiona; lecz druga olbrzymia fala spadła nań gwałtownie i zakryła go znowu.
Zaszlochała biedna kobieta i rzuciła się na mokrą ziemię.
— I cóż mi z tego, że go zobaczę na chwilę, gdy znowu tracić go muszę! — wołała płacząc gorzkimi łzami, póki nie usnęła.
We śnie widziała znowu dobrą wróżkę i udała się do niej po raz trzeci. Białowłosa staruszka wysłuchała ją życzliwie i położyła rękę na jej czarnych włosach.
— Trzeba być cierpliwą — rzekła — nie wszystko jeszcze spełniłaś. Masz tu bursztynowe wrzeciono; gdy księżyc zaświeci w pełni, idź na brzeg stawu i naprządź całe wrzeciono lnianej przędzy, a następnie wetknij je w piasek dość mocno i czekaj, co dalej będzie.
Żona strzelca serdecznie podziękowała staruszce, doczekała się pełni, wzięła len, wrzeciono, usiadła na wybrzeżu i przędła tak pilnie, iż wkrótce osnuła całe cienką nicią. Wtedy wetknęła je w ziemię i uważała z biciem serca co nastąpi.
Gwałtownie zaszumiała, wzburzyła się woda, uderzyła mocno o wybrzeże i zabrała wrzeciono; a w tej samej chwili ryknęło coś w głębi stawu, spiętrzyły się fale, rozpadła się ciemna woda i na spienionych bałwanach ukazał się strzelec, blady, ze stęsknionym wzrokiem. Ujrzawszy żonę, krzyknął i poskoczył ku niej; w mgnieniu oka pochwycił ją silnie w objęcia i zaczęli szybko uciekać do lasu. Lecz woda w stawie zawrzała gwałtownie, podniosła się aż pod obłoki i z rykiem całą masą zalała zieloną łąkę pokrywając wspólnym grobem biednych zbiegów.
Wierna żona jednakże w chwili niebezpieczeństwa wymówiła w rozpaczy imię dobrej wróżki, która zamieniła ich natychmiast w żaby. Tym sposobem, choć woda porwała ich i zalała, nie pozbawiła życia, tylko rozdzieliła i poniosła w strony przeciwne. Stanąwszy znów na suchej ziemi, strzelec i jego żona odzyskali postać ludzką, lecz nie wiedzieli o sobie nawzajem, gdzie się znajdują i czy zostali przy życiu. Rozdzielały ich góry i doliny, w obcych nieznanych byli okolicach i zajęli się oboje pasterstwem, pędząc smutne życie w tęsknocie i ciężkim żalu. Samotność im ciążyła bardzo, lecz nie szukali ludzi, bo nieszczęście i smutek uczyniły ich lękliwymi; strzegli więc tylko stad swoich wybierając dla nich łąki z najpiękniejszą paszą.
Lat kilka upłynęło im tak w odosobnieniu, gdy pewnej wiosny ujrzeli się znowu w jednej dolinie. Każde przybyło tu z przeciwnej strony, lecz nie poznali się wzajem, choć radzi byli, że nie są już sami.
Odtąd pędzili życie obok siebie, mało z sobą rozmawiając i nie znając się wcale, razem jednakże paśli swoje małe stada, które zajmowały ich wyłącznie.
Raz na wiosnę, gdy wzgórza, lasy i doliny pokryła świeża zieloność i kwiaty, woda płynęła bystro potokami, a księżyc w pełni zaświecił na niebie, pasterz usiadł na dużym kamieniu przy stadzie, które spało u nóg jego, wziął w rękę srebrną fujarkę i grać zaczął pieśni coraz smutniejsze i coraz tęskniejsze.
Gdy skończył spostrzegł, iż biedna pasterka płakała cicho siedząc obok niego.
— Czego płaczesz? — zapytał.
— Jakże nie mam płakać, kiedy tak samo świecił jasny księżyc, gdy na srebrnej fujarce grałam jedną z tych pieśni i ujrzałam na chwilę postać mego męża, porwanego przez rusałkę. Wyciągnął do mnie ręce, lecz olbrzymia fala zalała go w tejże chwili i znów zostałam sama.
Pasterz spojrzał na siedzącą obok niego kobietę i jak gdyby zasłona spadła mu nagle z oczu, poznał w niej żonę; więc krzyknął radośnie, a gdy ona podniosła nań zdumione oczy, przy jasnym blasku pełni poznała twarz drogą i oboje w uniesieniu szczęścia i radości uścisnęli się serdecznie, płacząc słodkimi łzami.
Czy trzeba opisywać, jak byli szczęśliwi? Drogiej im teraz Doliny Poznania opuścić więcej nie chcieli; tu więc zbudowali chatę, połączyli swoje stada i żyli długie lata do najpóźniejszej starości, wolni od niebezpieczeństw, kochając się zawsze i wychowując ukochane dzieci.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Bracia Grimm i tłumacza: Cecylia Niewiadomska.