Gość zimowy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bracia Grimm
Tytuł Gość zimowy
Pochodzenie Baśnie
Data wydania 1940
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Drukarnia Przemysłowa E. Podgórczyka i Sp.
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Cecylia Niewiadomska
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Bracia Grimm - Baśnie (Niewiadomska) str 253.jpg
GOŚĆ ZIMOWY

W maleńkim domku z ogródkiem, niedaleko lasu, mieszkała wdowa z dwiema córeczkami. Trzy kobiety choć ubogie były bardzo szczęśliwe, gdyż kochały się serdecznie i zgadzały we wszystkim. Mały ich domek, czyściutki i biały, na zielonym tle lasu wyglądał prześlicznie; w ogródku rosły owoce i kwiaty, a najwięcej białych lilij i róż polnych; pierwsze pielęgnowała starsza córka wdowy, drugie młodsza bardzo lubiła, a obie tak podobne były do tych kwiatów, że matka starszą nazwała Lilijką, młodszą zaś Różą.
Lilijka cicha była jak marzenie, uśmiechała się słodko jak aniołek, oczy miała błękitne, włosy bujne, złote, twarzyczkę delikatną, bladą, a chód tak lekki jak powiew wietrzyka. Ulubionym jej zajęciem było pomagać matce, pielęgnować kwiatki w ogródku, słuchać szumu strumyka albo wiatru w lesie, patrzeć na błękit nieba i białe obłoczki przesuwające się po nim cichutko, albo słuchać rozmowy siostry i mateczki. Różyczka nie podzielała upodobań siostry i nie była do niej podobna. Ciemnowłosa i czarnooka, cerę miała świeżą, rumianą jak rozwijający się pączek ulubionego jej kwiatu, ruchy żywe, głos dźwięczny; śpiewała też od rana jak skowronek w polu, a biegała bez ustanku po łąkach i lesie zbierając kwiaty i zdobiąc nimi ukochany domek. Matka i siostra kochały ją bardzo, a ona, choć posłuszna na każde skinienie, nieraz rządziła nimi tak pięknie wszystko układając, że matka i córka chętnie zgadzały się na jej plany.
Nie mogąc usiedzieć w domu, a kochając siostrę, Różyczka nie lubiła zostawiać jej samej, gdy biegła w pole lub do lasu, i łagodna Lilijka zwykle bardzo chętnie szła z nią, jeśli nie miała w domu pilnego zajęcia. Na łąkach wiły wieńce, zbierały wiązanki kwiatów, z lasu przynosiły grzyby i jagody i tak się zaprzyjaźniły ze wszystkimi zwierzętami, iż nie uciekały od nich, lecz przeciwnie okazywały im chętnie życzliwość i zaufanie: płochliwe zajączki brały z rąk ich liście kapusty; sarny i jelenie biegły na ich powitanie, ptaszki weselej i głośniej śpiewały spostrzegłszy siostry z daleka. I tak się czuły bezpiecznie wszędzie, że gdy zdarzyło się czasem, że noc zaskoczyła je w lesie i wrócić nie mogły, kładły się na mchu pod drzewem i spały do rana, a powróciwszy do domu zastawały matkę spokojnie czekającą na nie ze śniadaniem.
Razu jednego zbłąkały się tak, że nie mogły odnaleźć drogi i zasnęły, a obudziwszy się o wschodzie słońca ujrzały obok siebie śliczną dziecinę w białej, przejrzystej sukience, która uśmiechnąwszy się do nich życzliwie, odeszła i zniknęła pomiędzy drzewami. Zdziwione dziewczynki podniosły się i teraz dopiero spostrzegły, że spały nad samym brzegiem czarnej, strasznej przepaści, w którą wpaść łatwo mogły, gdyby wzrok życzliwy nie czuwał nad nimi w nocy. Kiedy opowiedziały matce to zdarzenie, staruszka uściskała je ze łzami mówiąc, że prawdopodobnie Anioł-Stróż tak troskliwie opiekował się nimi i ukazał im się nad ranem.
Siostry kochały się bardzo i wtedy tylko były zupełnie szczęśliwe, kiedy znajdowały się razem.
— Nie rozstaniemy się nigdy! — mawiała Różyczka.
— Nigdy w życiu! — potwierdzała Lilijka i ściskały się serdecznie.
Obie były niezmiernie pracowite i porządne, zajmowały się same wszystkim, a matka staruszka uczyła je tylko czasem, jak co zrobić mają, i spokojnie siedząc sobie przed domem lub przy kominku przędła kądziel i wyciągała nici tak cieniutkie, że aż oczy bolały patrzeć na nie. W lecie Różyczka zwykle wstawała o świcie i wybiegała po bukiet dla matki, który przynosiła błyszczący od rosy, świeży i piękny jak jej rumiana twarzyczka. W drodze już powitała skowronka i pszczółki, wylatujące na robotę, a tymczasem w domu Lilijka rozpaliła ogień, uprzątnęła izdebkę i na bieluchnym niby śnieg obrusie zastawiła skromne śniadanie. Potem Różyczka pomagała matce przy gotowaniu obiadu, a Lilijka biegła do krówki, owieczek, odwiedzała gołąbki, karmiła gęsi i kaczki. Po południu, gdy słońce nie tak już paliło, matka siedziała przed domem z kądzielą i przędła patrząc na prześliczne kwiatki i dojrzewające owoce, a dziewczęta biegły do pobliskiego lasu dla zabawy lub na jagody.
W zimie znowu najmilsze były dla nich wieczory: siadały wszystkie razem przy kominku, ogień trzaskał wesoło, one przędły, śpiewały, matka opowiadała im różne historie, co widziała na świecie lub słyszała kiedy od starszych ludzi; u nóg figlarnej Różyczki leżało jej ulubione jagniątko z małym dzwoneczkiem na bielutkiej szyi, nad Lilijką na kominku siedział biały gołąbek, najmilszy jej wychowaniec. W całej izdebce próżno szukałbyś jednego pyłku, rondle na półce świeciły jak złote, a ściany, pułap, podłoga były tak czyste i białe, że w królewskim pałacu nie znalazłbyś czyściejszych.
Właśnie zima pokryła ziemię grubą warstwą śniegu, drzewa stały białe od szronu, a przed okrutnym mrozem pokryły się w swoje nory zwierzęta i ptaki; na ciemnym niebie świeciły miliony złotych gwiazdek niby światełka w jakimś oddalonym mieście, a w naszej chatce przed jasnym ogniskiem rozmawiały wesoło matka i dziewczynki.
Wtem ktoś zapukał do drzwi.
— Idź, otwórz, Różyczko — rzekła staruszka. — Widać podróżny jakiś w tę noc mroźną potrzebuje schronienia. Dorzuć, Lilijko, parę drewek na ognisko.
Obie córki wykonały pośpiesznie rozkazy, lecz gdy Różyczka uchyliła drzwi chaty, olbrzymi, czarny niedźwiedź wsunął przez nie głowę i mruknął coś pokornie.
Na ten widok Różyczka z krzykiem w kąt uciekła, Lilijka skryła się za spódnicę matki, jagniątko zabeczało i zadzwoniło dzwonkiem, gołąbek niespokojnie fruwać zaczął po pokoju, ale niedźwiedź odezwał się głosem łagodnym:
— Nie lękajcie się mnie, dobrzy ludzie, nic ja wam złego nie zrobię, zziąbłem tylko okrutnie na tym strasznym mrozie i chciałem ogrzać się trochę. Czy mi pozwolicie?
— A któż by też mógł bez litości odegnać od progu biedne zziębłe zwierzę? — odparła staruszka. — Wejdź, niedźwiedziu, proszę, połóż się przed ogniem, uważaj tylko, żeby iskra nie zapaliła ci futra. Lilijko, Różo, nie lękajcie się niedźwiedzia, nic wam nie zrobi złego.
Zwolna i nieśmiało zbliżyły się dziewczynki i stanęły przy matce, gołąbek i jagniątko powróciły na swoje miejsca i po niedługiej chwili przestały się obawiać straszliwego zwierza.
— Moje panienki, proszę was, otrzepcie mi zimny, mokry śnieg z futra — odezwał się niedźwiedź.
Różyczka się roześmiała, Lilijka wzięła szczotkę, obie uklękły na czystej podłodze i równiutko, czysto, ślicznie muskały niedźwiedzia i wyprostowały mu splątane kudły.
Gość wyciągnął się wygodnie i mruczał z zadowolenia.
Nie upłynęła godzina, a dzieci tak się z nim oswoiły, że głaskały go rączkami, stawiały na nim nogi, uderzały go z lekka i śmiały się, gdy pomrukiwał; wkrótce Lilijka przyniosła mu skorupkę miodu, a Różyczka kawałek chleba.
Niedźwiedź zjadł wszystko, wdzięcznie i łagodnie popatrzał na swe opiekunki i pozwolił im żartować i bawić się z sobą, kiedy niekiedy pomrukując groźnie jakby je chciał postraszyć.
Gdy nadszedł czas spoczynku, matka staruszka wstała i odchodząc z dziewczętami powiedziała do gościa:
— Możesz tu zostać, biedaku, i spać sobie przy kominku; bądź co bądź, wygodniej ci będzie niż na śniegu i mrozie.
I niedźwiedź został na noc. Nazajutrz z samego rana wypuściły go dziewczątka i poszedł sobie zaraz ciężkimi krokami po głębokim śniegu do lasu, ale wieczorem wrócił i odtąd codziennie przychodził o jednej porze pozwalając się bawić z sobą Róży i Lilijce, które w końcu tak przywykły do kudłatego gościa, że drzwi nawet nie zamykały przed jego przybyciem.
Tak upłynęła zima. Stopniały nareszcie śniegi, wzgórza i doliny okryły się świeżą sukienką, słońce świeciło cieplej i weselej, zniknęły lody, ucichły wiatry mroźne i surowe.
Pewnego ranka, gdy Lilijka przyszła, aby wypuścić jak zwykle niedźwiedzia, ten obejrzał się od progu i przemówił do niej:
— Bywaj mi zdrowa, Lilijko, nieprędko się zobaczymy, chyba aż z pierwszym śniegiem.
— Dlaczego, niedźwiedziu? — zapytała smutnie Lilijka. — Gdzież będziesz całe lato, że o nas chcesz zapomnieć.
— Muszę iść strzec moich skarbów — odparł czarny gość pochmurnie. — Niegodziwe karły, które podczas zimy śpią sobie w swoich podziemnych kryjówkach, pobudziły się już na pewno, kręcą się wszędzie i kradną, co mogą, a co się raz dostanie do ich lochów, to nie tak łatwo odebrać. Bądź zdrowa, do widzenia, moja miła dziewczynko!
Lilijka zasmuciła się bardzo tymi słowami i nic nie mówiąc otworzyła drzwi chatki; ale i niedźwiedziowi żal było odchodzić i tak się oglądał za nią, że zawadził o rygiel i szarpnął sobie sierść na szyi; w tej sekundzie wydało się dziewczynce, że coś zabłyszczało na nim jak promienie słońca, ale pewno jej się tylko wydawało, bo niedźwiedź już był za drzwiami i szedł prosto do lasu.
Piękne słońce, kwiaty, zieloność, przechadzki po lesie zastąpiły miejsce przyjemnych wieczorów zimowych i dziewczynki zapomniały prawie o kudłatym gościu rozradowane co dzień wesołym widokiem świata bożego w płaszczu szmaragdowym, przetykanym różnobarwnymi kwiatami, piękniejszymi od pereł i drogich kamieni.
Dnia pewnego przed wieczorem wybiegły po chróst do lasu; śmiejąc się i rozmawiając zrywały po drodze kwiatki i trawy kwitnące i zdobiły nimi swoje piękne główki. Wtem z daleka spostrzegły leżący pień drzewa, koło którego coś w wysokiej trawie skakało niby zając czy wiewiórka.
— Co to być może? — zawołały ciekawie i zwróciły się w tamtą stronę.
Wkrótce też zobaczyły maleńkiego karzełka w czerwonej czapce i żółtym kubraczku, ze starą, złośliwą twarzą i brodą do samej ziemi. Ta broda właśnie, piękna, długa, biała, uwięzioną była w pniu drzewa i malutki człowieczek złoszcząc się i skacząc żadnym sposobem uwolnić jej nie mógł.
Lilijka i Różyczka trzymając się za ręce stały o kilka kroków i patrzyły na niego z trwogą i politowaniem. Wtem karzeł zwrócił na nie krwią nabiegłe oczy.
— Czego stoicie próżno? — krzyknął z wielką złością. — Nie możecie mi raczej pomóc? Widzicie przecież, że sobie rady dać nie mogę!
— Biedny karzełku — zawołała Lilijka — pragnęłybyśmy chętnie ci dopomóc ale jak się to stało? kto ci tak dokuczył?
— Kto mi dokuczył? — powtórzył karzełek — a któż mi miał dokuczać? Sam chciałem odłupać z drzewa kilka małych drzazeg, żebym miał przy czym ugotować obiad, ale to śliskie drzewo wymknęło mi się z ręki i ścisnęło tak mocno moją śliczną brodę, że jej wyrwać nie mogę. Przeklęte drzewo! A wy, przebrzydłe dziewczęta, zamiast się gapić ciekawie na moje nieszczęście, pomóżcie mi, bo inaczej...
— Pobiegnę zawołać ludzi — odezwała się Różyczka puszczając rękę siostry.
— Milcz, barania głowo! — wrzasnął karzeł — i ani się waż ruszyć z miejsca! Ludzi mi tu chce sprowadzić! Mało mi was jeszcze, obrzydliwe potwory! Wynoście się przynajmniej, kiedy pomóc mi nie umiecie!
— Cierpliwości, karzełku — odezwała się Lilijka — już ja znalazłam sposób na twoje nieszczęście.
To powiedziawszy, schyliła się i wkrótce znalazła ostry kamyk; wtedy zbliżyła się do drzewa i przy pomocy Różyczki odcięła uwięziony kawałek siwej brody.
— Ach, przeklęta istoto! — zawołał karzełek — tak bez litości popsuć moją śliczną brodę!
Rad był jednak widocznie, że się uwolnił z więzienia, poskoczył żywo i spomiędzy sterczących korzeni wyjął spory worek, w którym przez rzadkie płótno świeciło coś jak diamenty, zarzucił go sobie na plecy i zniknął tak szybko, że dziewczynki nie spostrzegły nawet, gdzie się podział.
Za powrotem do domu opowiedziały matce tę przygodę, a staruszka wysłuchawszy jej uważnie rzekła z westchnieniem, że prawdopodobnie karzeł ukradł czyjeś skarby, które może były ukryte w tym właśnie drzewie i uniósł do swych podziemi. Przestrzegała też córki, aby unikały powtórnego z nim spotkania, bo złośliwa istota mogła im wyrządzić krzywdę.
Upłynęło kilka tygodni, siostry zapomniały o karzełku, kiedy raz idąc po wodę do pobliskiego strumienia ujrzały go biegnącego z całej siły brzegiem, skaczącego do wody i wyskakującego z niej na nowo jakby się z kimś mocował.
Zatrzymały się obie i spojrzały na siebie, ale w tej samej chwili karzełek krzyknął i znikł pod wodą. Więc przestraszone, sądząc, że już tonie, pośpieszyły mu na pomoc zapominając zupełnie o własnym bezpieczeństwie i przestrogach matki.
Ale mokry potworek już wydostał się na brzeg i chwytając za łodygi tataraku i innych roślin, pokrywających wybrzeże, widocznie walczył z jakimś potężnym nieprzyjacielem.
— Co się stało? co się stało? — zawołały dziewczęta.
— Ach, to wy, niegodziwe, szkaradne stworzenia! Nie widzicie, że wielka ryba połknęła haczyk mojej wędki i ciągnie tak gwałtownie, że utrzymać jej nie mogę, a tymczasem broda splątała mi się ze sznurem, i jeśli puszczę wędkę, sam utonąć muszę. Przeklęta ryba, przeklęte wszystkie wielkie i silne istoty!
Lilijka i Różyczka nie zważając na to powitanie podbiegły śpiesznie, chwyciły za wędkę i usiłowały wyciągnąć z wody wielką rybę. Przekonały się wkrótce, że to nadaremnie. Wtedy Różyczka wszelkimi siłami chciała odplątać brodę od wyprężonego sznurka, i to jednakże okazało się niepodobieństwem, a ponieważ każda chwila groziła utopieniem zmęczonemu już karłowi, Lilijka nie namyślając się dłużej sięgnęła po nożyk, który miała przy sobie, i odcięła mu znowu trochę białych włosów od nieszczęśliwej brody.
Lecz zobaczywszy to karzeł wpadł w złość niewypowiedzianą.
— Niegodziwe czarownice! — wołał wygrażając dzieciom pięściami; — przez was nie będę śmiał wkrótce pokazać się swoim braciom! Kto was prosił, żebyście wtrącały się do mnie? Idźcie precz, bo jak spotkam was jeszcze kiedy na drodze...
Nie dokończył swojej groźby i poskoczył ku trzcinie, w której się nagle coś poruszyło leciuchno, porwał stamtąd jakiś worek i uciekł tak prędko, że w mgnieniu oka zniknął za sterczącą skałą.
W pośpiechu jednak nie spostrzegł, że worek był przedziurawiony i coś sypało się z niego na ziemię, a gdy dziewczęta schyliły się przez ciekawość, ujrzały w trawie kilka tak kosztownych pereł, że skoro je odniosły matce, ta ostatnia oznajmiła, że muszą być własnością samej królowej morza.
Teraz dziewczynki częściej myślały o karle: bały się go trochę, lecz zaciekawiał je także niemało i mówiły sobie, że mógłby im kiedy pokazać swą kryjówkę, pełną dziwnych skarbów.
Tak właśnie rozmawiały, idąc raz do miasta po różne drobne rzeczy, do gospodarstwa potrzebne. Dla skrócenia drogi poszły wprost przez łąkę, na której tu i ówdzie znajdowały się olbrzymie kamienie, rozrzucone jakby dla igraszki. Wtem w powietrzu zakrążył wielki orzeł i zwolna poruszając potężnymi skrzydłami spuszczać się zaczął ku ziemi. Nagle zniknął za skałą i w tej samej chwili rozległ się z tego miejsca krzyk przerażający.
Róża i Lilijka struchlały, lecz domyśliły się prędko, że ptak drapieżny porwać chce jakąś ofiarę, więc pośpieszyły na ratunek i ujrzały znowu znajomego karzełka w szponach napastnika. Biedny człowieczek wrzeszczał z całej siły, niewiele mu to jednak w walce pomagało, i zginąłby jak mucha przez jaskółkę schwytana, gdyby dobre dziewczynki nie uczepiły się go i własnym ciężarem nie ściągnęły ku ziemi; ptaka zaś silnie uderzały kijami, że porzucił łup nareszcie i odleciał pod obłoki.
— No, teraz przecież powinieneś zostać naszym przyjacielem — odezwała się uprzejmie Różyczka, rada zawiązać z nim bliższe stosunki.
Ale karzeł złowrogo spojrzał na dziewczynki i zaczerwienił się ze złości.
— Dlaczego mnie szpiegujecie?! — krzyknął grożąc im pięścią. — Podarłyście na mnie ubranie, zniszczyłyście moją brodę, a teraz chcecie mnie okraść zapewne! Zapowiadam wam, że choć takie wielkie jesteście, jeśli was spotkam jeszcze kiedy, ręce wam poodgryzam, nogi pokaleczę, żebyście mi raz dały spokój.
— Nie gniewaj się karzełku — przemówiła Lilijka — nie chcemy ci wyrządzić żadnej krzywdy, a może jeszcze kiedy przydamy się znowu.
I odeszły spokojnie nie troszcząc się więcej o niewdzięczne stworzenie, które gdzieś zniknęło, jak gdyby wpadło w ziemię.
Późno już nad wieczorem powracały z miasta; słońce zachodziło czerwono za rzekę i ostatnie jego promienie żegnały rozpalony piasek, drzewa i chmurki na niebie. Przechodziły tą samą drogą i niedaleko od skały, gdzie orzeł napadł karła, ujrzały znowu tego ostatniego. Siedział na ziemi i bardzo mozolnie patrzał przed siebie, jak gdyby coś liczył. Dziewczynki, nie pamiętając o przestrodze, zbliżyły się cichutko na paluszkach i olśnione stanęły za nim. Na gładkim kamieniu brzydki karzeł porozkładał swoje skarby: diamenty i szafiry, rubiny, szmaragdy, perły, topazy i moc nieskończoną innych klejnotów, które w blasku słońca lśniły jak iskry różnobarwne. Mały człowieczek widocznie napawał się tym blaskiem i pięknością drogich kamieni, gdy nagle... któraś dziewczynka głośniej odetchnęła, a on skoczył jak zwierz zraniony, gotów zębami bronić swego gniazda.
Na widok zmienionej gniewem, sinej twarzy potwora, Różyczka i Lilijka krzyknęły z rozpaczą, lecz w tejże chwili poza nimi rozległo się grube, choć przyciszone mruczenie i olbrzymi niedźwiedź stanął naprzeciw karzełka.
Ten ostatni oniemiał i padł na kolana.
— Wspaniały panie niedźwiedziu — zawołał — daruj mi życie, zlituj się nade mną biednym! Nie pożywisz się nawet taką okruszyną, a moje stare kości smakować ci nie będą. Ot, spojrzyj lepiej na te niegodziwe dziewczęta, jakie tłuste i białe, jakie smaczne być muszą! To kąsek godny ciebie, wspaniały niedźwiedziu, i głód nim zaspokoisz, a ja gotów jestem oddać ci jeszcze wszystkie moje skarby.
— Milcz, potworze — mruknął niedźwiedź i raz tylko uderzył go silną łapą po głowie, a złośliwe stworzenie padło bez duszy nie wydawszy jęku.
Dziewczynki chciały uciekać, lecz głos znajomy zawołał na nie po imieniu, a kiedy się obejrzały, niedźwiedzia nie było, tylko skóra jego leżała na łące, a przy nich stał prześliczny w bogatym stroju młodzieniec i uśmiechał się życzliwie.
— Nie uciekajcie, najmilsze Lilijko i Różyczko — mówił: — jestem synem królewskim i tylko ten oto karzeł ukradłszy skarby moje rzucił na mnie zaklęcie, i musiałem do jego śmierci pokutować w niedźwiedziej skórze. Teraz mój wróg nie żyje, jestem wyzwolony, odzyskałem stracone skarby i wracam do ojca i brata, którzy opłakują mnie ciągle. Ale przedtem raz jeszcze pójdę do waszej chaty, bo musicie wszystkie jechać ze mną.
To powiedziawszy, wziął z kamienia małą śliczną gwizdawkę z jednego szafiru, gwizdnął i w tejże chwili wysunęła się z lasu wspaniała kareta otoczona orszakiem dworzan. Królewicz kazał dworzanom pozbierać rozrzucone klejnoty i poszukać więcej skarbów w pobliskiej kryjówce karła, sam zaś z Różyczką i Lilijką wsiadł do złocistej karety i zabrawszy ich matkę udał się do swego państwa.
Wkrótce potem Lilijka została jego żoną, a Różyczka wyszła za młodszego brata, podzielili się państwem i skarbami, które w jaskini karła znaleziono i żyli wszyscy razem kochając się serdecznie i nie rozłączając nigdy.
A staruszka matka, najszczęśliwsza ze wszystkich, piastowała śliczne wnuki i przędąc cienkie nici na kądzieli opowiadała długie ciekawe historie.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Bracia Grimm i tłumacza: Cecylia Niewiadomska.