Rozwiązanie zagadki/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Rabindranath Tagore
Tytuł Rozwiązanie zagadki
Pochodzenie Głodne kamienie
Data wydania 1923
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Drukarz Poznańska Drukarnia i Zakład Narodowy T.A.
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Tłumacz Jerzy Bandrowski
Tytuł orygin. সমস্যাপূরণ
The Riddle Solved
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
ROZWIĄZANIE ZAGADKI



I.

Kriszna Gopal Sirkar, właściciel Dżikrakoty, oddał swe dobra w zarząd swemu najstarszemu synowi i osiadł w Benares, aby tam, jak przystoi na dobrego Hindusa, strawić wieczór żywota na praktykach religijnych i rozmyślaniu. Wszyscy ubodzy i pozbawieni opieki z całej okolicy płakali, żegnając się z nim, wszyscy też świadczyli, iż taka pobożność dobroczynność należy w dzisiejszych zwyrodniałych czasach do rzadkości.
Syn jego, Bipin Bihari, był młodym człowiekiem, wychowanym według haseł nowoczesnych i z wykształceniem uniwersyteckiem. Nie bez dumy nosił okulary, brodę i rzadko tylko obcował z bliźnimi. Jego życie prywatne było nienaganne. Nie palił, kart nigdy nie tykał. Mimo łagodnego, prawie miękkiego wyglądu był człowiekiem silnym i nieugiętym. Ten rys charakteru dał się wkrótce w najrozmaitszy sposób odczuć jego dzierżawcom. W przeciwieństwie do ojca on w żadnym wypadku nie opuszczał ani grosza z należnego mu czynszu. Nigdy też nikomu, mającemu się uiścić z zapłaty, nie dał ani dnia zwłoki.
Objąwszy zarząd majątku, Bipin Bihari zauważył, że jego ojciec wielkiej ilości brahminów wypuścił ziemię zupełnie bezpłatnie, a jeszcze większej za bardzo tylko niewielką opłatą. Ojciec jego nie umiał się oprzeć gorącym prośbom — to była słaba strona jego charakteru.
Bipin Bihari powiedział sobie, że tak to dalej być nie może. Nie mógł się przecie wyrzec dochodu z połowy majątku, bo — jak sobie to w duchu tłumaczył — po pierwsze ludzie, korzystający z tych względów i tyjący jego kosztem, byli zwykłymi nierobami, nie zasługującymi na te dobrodziejstwa. Tak więc, wyświadczając je, popierało się tylko lenistwo. Powtóre zaś, życie w naszych czasach stało się przecie znacznie droższe niż dawniej. Wymagania szalenie wzrosły. Chcąc się utrzymać na dawnem stanowisku, trzeba było wydawać cztery razy tyle, co przedtem. Stąd też jego nie stać było — jak sobie na to mógł pozwolić ojciec — na szafowanie na prawo i lewo. Przeciwnie, jego obowiązkiem i powinnością było raczej pozbierać teraz możliwie jak najwięcej z powrotem.
To też Bipin Bihari nie tracił czasu, lecz natychmiast przystąpił do wykonania tego, co uważał za swój obowiązek. Był człowiekiem surowych zasad.
Co był stracił skutkiem słabości ojca, wracało teraz stopniowo do niego. Uznał tylko bardzo nieznaczną część ulg i postarał się o to, aby i one nie były trwałe.
Skargi dzierżawców dotarły do Kriszny Gopala W Benares za pośrednictwem poczty. Kilku dzierżawców udało się nawet do Benares, aby mu osobiście skargi swe przedłożyć. Kriszna Gopal napisał do syna list, w którym wyraził mu swe niezadowolenie. Bipin Bihari odpisał mu i wykazał, do jakiego stopnia czasy się zmieniły. Dawniej — twierdził — za ulgi, wyświadczane dzierżawcom, obywatel wiejski otrzymywał pewne odszkodowanie w postaci licznych, a będących w powszechnem zastosowaniu podarunków, jakie mu dzierżawcy znosili. Stosownie do nowych ustaw wszystkie te podarunki byłyby bezprawne. Obywatel wiejski winien poprzestać na czynszu dzierżawnym i nic więcej żądać mu niewolno. „Cóż się z nami stanie, jeśli nie będziemy ściśle obstawali przy tem, co się nam z prawa należy? — pisał dalej. — Skoro dzierżawcy nic od siebie dać nie chcą, czy my możemy dawać im takie ulgi? Od tej pory łączące nas stosunki muszą być ściśle prawem uregulowane. Jeśli w dalszym ciągu będziemy wciąż robili prezenty i zakładali fundacje, zrujnujemy się; w ten sposób byłoby niepodobieństwem utrzymać się przy majątku i na należnem nam stanowisku.“
Kiedy się Kriszna Gopal dowiedział się, że czasy się do tego stopnia zmieniły, zrobiło mu się trochę niewyraźnie na duchu.
— Cóż! Młoda generacja wie to chyba najlepiej! — mruknął. — Nasze staromodne poglądy są już prawdopodobnie przestarzałe. Jeśli się do tego wmieszam, syn z pewnością nie będzie chciał majątkiem administrować i zażąda, abym wrócił. Nie, dziękuję, co to, to nie. Tych parę pozostających mi dni wolę już poświęcić służbie bożej.

II.

Wobec tego sprawy potoczyły się dalej swym torem. Bipin Bihari uporządkował najzupełniej swe stosunki majątkowe po długiem procesowaniu się w sali sądowej i zastosowaniu nielicznych, mniej legalnych środków poza nią. Większa część dzierżawców zastosowała się do jego woli ze strachu. Opór stawiał mu tylko pewien młody człowiek, nazwiskiem Asimuddin, syn Mirzy.
Do tego człowieka czuł Bipin niepohamowaną odrazę. Mógł ostatecznie zrozumieć, z jakiego powodu ojciec nadał bezpłatnie tak dużo ziemi brahminom, ale dlaczego ten Mahometanin ma tyle ziemi, częścią zupełnie wolnej od opłaty, a częścią za opłatą znacznie niższą, niż się należało, to stanowiło dla niego zagadkę. I któż to był taki? Syn wdowy po jakimś Mahometaninie z niższych sfer, parobek, który stawiał się hardo całemu światu tylko dlatego, że w szkółce wiejskiej nauczył się trochę czytać i pisać. Takie zuchwalstwo uważa Bipin za rzecz nic do zniesienia.
Informował się u swego sekretami co do dzierżawy Asimuddim, ale wszystko, co ten mógł mu powiedzieć, było, że Babu Kriszna Gopal sam przed wielu laty osadził na tych gruntach tę rodzinę, nikt jednak nie miał wyobrażenia, dlaczego. Sekretarz wyraził przypuszczenie, że prawdopodobnie wdowa umiała sobie zjednać współczucie dobrotliwego dziedzica, skarżąc mu się na swą nędzę i niedolę.
Wszystkie te ulgi i względy wydały się Bipinowi zupełnie niezasłużone. Nie znał żałosnego położenia tych ludzi w dawniejszych czasach. Względny dobrobyt oraz pewność siebie, jakiej był świadkiem obecnie, doprowadziły go do wniosku, że ludzie ci najprawdopodobniej w bezczelny sposób wyłudzili od jego ojca część należącego się mu dziedzictwa.
Asimuddin był nie mniej upartym młodym człowiekiem. Przysiągł, że odda raczej życie, niż piędź swej ziemi. Wobec tego wybuchła otwarta wojna.
Biedna, stara wdowa robiła wszystko, co mogła, aby syna uspokoić.
— Nie możemy się z naszym panem kłócić! — powtarzała mu często. — Tak długo korzystaliśmy z jego łaski, ufajmyż mu dalej, nawet gdy odmawia nam swych względów i cofa ulgi. Oddaj mu część pól, jeśli tego żąda.
— Ach, matko, co ty się na tych sprawach rozumiesz! — wykrzyknął Asimuddin niecierpliwie.
Asimuddin przegrywał jeden proces za drugim. Im bardziej przegrywał, tem bardziej się robił zacięty. Aby swe wszystko odzyskać, stawiał wszystko, co miał, na jedną kartę.
Pewnego popołudnia zerwała Mirza Bibi parę owoców i trochę jarzyn w swym ogrodzie i, nic nie mówiąc synowi, udała się do Bipina Babu. Patrząc nań z iście macierzyńską czułością, rzekła:
— Niech cię Bóg błogosławi, mój synu. Nie niszcz Asima, bo popełnisz wielką niesprawiedliwość. Oddaję go pod twoją opiekę. Patrz na niego, jak na kogoś, komu pomóc jest twym obowiązkiem — uważaj go za nicponia młodszego brata. Twój majątek jest tak wielki — nie zazdrość-że mu jego malutkiej cząstki, mój synu.
Ta zuchwała poufałość gadatliwej starowiny w wysokim stopniu Bipina zirytowała.
— Co wy się na tych sprawach rozumienie, dobra kobieto! — odpowiedział. — Jeśli macie do mnie jaki interes, przyślijcie swego syna.
Mirza Bibi, usłyszawszy już drugi raz, że nic a nic się na tych rzeczach nie rozumie, udała się z powrotem do domu, przez całą drogę obcierając fartuchem oczy i zasyłając ciche modlitwy do Ałłacha.

III.

Proces wlókł się od trybunału kryminalnego do sądu cywilnego i znowu do trybunału apelacyjnego, gdzie Asimuddin miał nawet pewien sukces. W ten sposób minęło półtora roku. Teraz jednakże był już zupełnie zrujnowanym człowiekiem, tkwiącym po uszy w długach. Wierzyciele jego skorzystali z tej sposobności, aby wykonać wyrok, który już byli przeciw niemu przeprowadzili. Ustanowiono dzień, w którym całe jego mienie miało być sprzedane na licytacji.
Było to w poniedziałek. We wsi, nad małą, teraz po deszczach wezbraną rzeczułką, odbywał się targ. Sprzedawano i kupowano częściowo nad brzegiem, a po części w łodziach uwiązanych u palów nadrzecznych. Zgiełk i hałas był wielki. Ponieważ to się działo w lipcu, największa podaż była na owoce chlebowe; widziano również ryby hilsa w wielkich ilościach. Niebo było chmurne. Obawiając się deszczu, wielu przekupniów rozpięło nad swemi towarami namioty na bambusowych żerdkach.
Asimuddin przyszedł również na targ, ale bez grosza przy duszy. Nikt nie chciał już dać mu kredytu. Dlatego też przyniósł talerz mosiężny i nóż; oba te przedmioty zamierzał zastawić i nakupić rzeczy niezbędnych.
Nad wieczorem wyszedł Bipin Babu na przechadzkę z eskortą kilku służących, uzbrojonych w kije. Zachęcony wrzawą skierował swe kroki ku targowi. Tam zatrzymał się na chwilę przed kramem Dwarisa, handlarza olejków, i wypytywał go z żywem zainteresowaniem, jak mu się powodzi. Naraz Asimuddin zamierzył się nożem i, rycząc jak tygrys, rzucił się na Bipina Babu. Kupcy zatrzymali go w porę i rozbroili go w mgnieniu oka. Oddano go natychmiast w ręce policji, poczem sprawy targowe potoczyły się zwykłym swym torem.
Nie możemy powiedzieć, żeby Bipin Babu nie był w duchu z tego wypadku zupełnie zadowolony. To przecie niesłychane, aby zwierzę, któremu właśnie chcemy zadać cios śmiertelny, odwróciło się nagle, szczerząc zęby.
— To łajdak! — roześmiał się Bipin w duchu — Nareszcie mam go w garści.
Kiedy damy w domu Bipina usłyszały o wypadku, zawołały przerażone:
— Ależ to morderca! Co za szczęście, że go w porę złapano!
Pocieszały się oczywiście myślą, że łotra tego nie minie dobrze zasłużona kara.
Tegoż samego wieczoru na drugim końcu wsi niska chata biednej wdowy, pozbawionej chleba i syna spowita była czarnym całunem śmierci. Inni zapomnieli wkrótce o zajściu popołudniowem, zjedli wieczerzę, położyli się do łóżek i zasnęli, w oczach wdowy jednak ten niesłychany wypadek przesłonił wszystko na szerokim świecie. Ale któż to miał z tem walczyć? Garstka znużonych kości i drżące z trwogi serce bezsilnej matki.


IV.

Od tego czasu minęły trzy dni. Następnego dnia zajście miał rozpatrywać sędzia pokoju. Bipin Biibu wezwany był na świadka. Nigdy jeszcze właściciel Dżikrakoty nie stawał jako świadek, ale Bipin niewiele sobie z tego robił.
Następnego dnia o oznaczonej godzinie, otoczony wielkim dworem, Bipin Babu w lektyce stanął przed gmachem sądowym. Miał na głowie turban, zaś z piersi jego zwisał złoty łańcuszek od zegarka. Sędzia pokoju poprosił go, aby usiadł, wskazawszy mu miejsce na podwyższeniu koło siebie. Sala była przepełniona. Takiej sensacji nie miano tu już oddawna.
Właśnie kiedy rozprawa miała się rozpocząć, wszedł policjant i szepnął coś Bipinowi do ucha. Bipin, nadzwyczaj zmieszany, wstał i wyszedł, poprosiwszy sędziego, aby parę minut poczekał.
Wyszedłszy, ujrzał w pewnej odległości stojącego pod drzewem figowem swego ojca. Ojciec był bosy i otulony namabali[1]; w rękach trzymał różaniec. Jego wychudła postać opromieniona była łagodnym blaskiem, a z twarzy jego biła cicha litość.
Bipin dotknął czołem stóp ojca, przyczem obszerna suknia paradna i ciasne spodnie nadzwyczaj go krępowały. Kiedy się pochylił, turban zleciał mu na nos, a zegarek wypadł z kieszeni i zaczął dyndać w powietrzu. Bipin poprawił turban i poprosił ojca do domu swego adwokata, tuż w pobliżu.
— Nie, dziękuje! — odpowiedział Kriszna Gopal. — To, co ci mam powiedzieć, chcę ci powiedzieć tu.
Tymczasem zebrała się dokoła nich gromada gapiów. Ludzie Bipina rozpędzili ich.
Wtedy rzekł Kriszna Gopal:
— Musisz uczynić wszystko, co możesz, aby Asima uwolnić i musisz mu zwrócić wszystką zabraną ziemię.
— Czy to jest powodem, ojcze — wykrzyknął zdumiony Bipin — dla którego puściłeś się w podróż z Benares aż tu? Czy nie chciałbyś mi powiedzieć, dlaczego otaczasz tych ludzi tak szczególnemi względami?
— I cóż ci z tego przyjdzie, jeśli się dowiesz, mój chłopcze?
Ale Bipin nie poddawał się.
— Rzecz polega na tem, ojcze! — mówi dalej. — Wiele ulg cofnąłem, ponieważ byłem zdania, że dzierżawcy na nie nie zasługują. Był miedzy nimi cały szereg brahminów, ale przeciwko temu nie wyrzekłeś ani słowa. Czemuż teraz z taką gorliwością ujmujesz się za tymi Mahometanami? Jeżeli teraz, po tem wszystkiem, co zaszło, proces przeciw Asimowi umorzę i ziemię mu zwrócę, cóż ludzie o tem powiedzą?
Kriazna Gopal milczał przez chwilę. A potem rzekł, jąkając się i przeciągając różaniec szybko przez drżące palce:
— Gdyby trzeba było koniecznie ludziom stosunek wytłumaczyć, możesz im powiedzieć, że Asimuddin jest mym synem, a twoim bratem.
— Jakto? — wykrzyknął Bipin, boleśnie dotknięty. — Z krwi Mahometanki?
— Tak jest, mój synu! — brzmiała spokojna odpowiedź.
Bipin stał przez chwilę pogrążony w niemem zdumieniu. Wreszcie odzyskał do pewnego stopnia mowę.
— Chodźmy do domu, ojcze; później o tem pomówimy.
— Nie, mój synu! — odpowiedział starzec. — Usunąwszy się od zgiełku świata, aby służyć swemu Panu i Bogu, do domu wracać nie mogę. Odchodzę. A polecam ci uczynić, co ci dyktuje twoje, poczucie obowiązku.
To rzekłszy, pobłogosławił syna i odszedł chwiejnym krokiem, z trudem tylko powstrzymując łzy.
W Bipina jakby grom ugodził; przez chwilę nie wiedział, co powiedzieć, co począć.
— Oto pobożność starszej generacji! — rzekł wreszcie do siebie.
Z dumą myślał, o ile wyżej stał od ojca, co się tyczy wykształcenia i obyczajności. Pochodziło to stąd. — konkludował — że zawsze ściśle trzymał się swych zasad.
Wróciwszy do sądu, ujrzał na korytarzu między dwoma stójkowymi Asimuddina, czekającego na rozprawę. Asim był wynędzniały i wyczerpany. Wargi jego były blade i suche, a oczy świeciły nieswoim blaskiem. Okryty był brudną, podartą szmatą.
— Więc to mój brat!
Bipin aż się zatrząsł na tę myśl.
Sędzia pokoju żył z Bipinem w przyjaźni, więc rozprawa skończyła się na niczem. Po kilku dniach przywrócono Asimuddinowi dawniejsze jego stanowisko. Dlaczego się tak stało — nikt nie rozumiał. Nawet mieszkańcy wsi byli tem do najwyższego stopnia zdumieni.
Wkrótce jednak rozeszła się wieść o pobycie Kriszny Gopala tuż przed rozprawą. Ludzie zaczęli sobie rzucać porozumiewawcze spojrzenia. Bystrzy adwokaci odgadli odrazu całą historję. Jeden z nich Ram Taran Babu, zawdzięczał Krisznie Gopalowi całe swe wykształcenie a zatem i karjerę. Oddawna już podejrzewał, iż cnotliwość i pobożność jego dobroczyńcy są udane. Teraz był niezbicie przekonany, że o ile tylko mogłoby się rzecz dokładnie zbadać, pokazałoby się, iż wszyscy „pobożni“ ludzie są właściwie obłudnikami.


Przypisy

  1. Używany do nabożeństwa szal, cały zadrukowany imieniem Kriszny.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Rabindranath Tagore i tłumacza: Jerzy Bandrowski.