Rower

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucjan Szenwald
Tytuł Rower
Pochodzenie Utwory poetyckie
Wydawca Spółdzielnia Wydawnicza „Książka”
Data wydania 1946
Druk Zakłady Graficzne „Książka”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Rower
(na tle prawdziwego zdarzenia)
I

Lekkim szarpnięciem sznurka budzę bezdźwięczny ranek.
Oczom odsłania się chata w rozchyleniu szronowych firanek;
na krokwiach soplami mróz.
W zlodowaciały śmietnik zatknięto rękojeść wideł,
a wiatr na niziutkim progu ze śnieżnych gwiazd piramidę
o zmianie nocnej wzniósł.

Oto pierwszy słoneczny promień kruszących się dotknął ścianek
i na łysej głowie komina bladych iskier położył wianek,
w skrzypiącą przeniknął sień:

Zaczynają świergotać wróble; gwiżdże pierwsza poranna kolejka.
Chata oczy sklejonych okien przeciera, a jeszcze się lęka
spojrzeć w otwarty dzień.


Nagle w sieni barchanu szmer i wiader dzwoniąca próżnia:
gospodyni! zaspana! w śnieg! — i ciepłem dłoni rozluźnia
zmarznięte zawiasy studni: wodo płyń!

Już dzień! Pan Breje siadł w betach, na twarzy ma uśmiech niemądry,
skrobie się w kark, a Franek wytyka głowę spod kołdry,
tyłkiem wierci na łożu z skrzyń!

Więc dzień? Alojzy Breje nogawice pospiesznie wciąga,
gospodyni rozpala szczapy, a Franek, syn tych obojga,
parska mydłem, wybijając takt.

Od kipiącego czajnika idą mgły kolorowe,
a Franek wywleka z sieni wielki błyszczący rower,
schodzi na podmiejski trakt
i w siodło — i nacisk
na migocący pedał!
To nie szum lotnych racic,
to nie srebrna torpeda,

ale dwie gwiazdy — dwie osie
w zawiei szprych — i dalej,
po kostce, po szosie,
od Wilanowa do Alej!

Zawrotnie — telegraf —
gałkami w dzwon — dojrzał!
Śniegowe allegro!
Blask w oczy! Wiatr w nozdrza!

Tych krzaków — czy armie
w panicznej ucieczce?
Krwi młodej alarmie!
Rwij skronie! grzmij wiecznie!


I pochylony do przodu, z drżącymi nerwowo wargami,
nieruchomieje w siodle, a słońce we włos potargany
nitki mu plącze złote. O, usłyszał turkot kolejki,
dłoń odjął od szyi roweru — błyskawiczny skurcz palców — trzymał
uczepiony pociągu — pod stopą czuje wir pedałów — i lekki,
swobodny — daje się nieść — z przymkniętymi łagodnie oczyma,
i uśmiecha się, jakby jaskółki śpiewały mu z wszystkich kalenic:
szaleniec!


II

Kiedy się ma dziewiętnaście lat —
dziewiętnaście lat — i nic poza tym —
to się jest z wichurą za-pan-brat,
a ząb-za-ząb z siwiejącym światem:
miły jest wodnych nawałnic gwałt
piersiom, zanim je ból wysuszył,
a uśmiech lęgnie się w dołkach fałd,
gdy powietrze gwiżdże koło uszu!

Kiedy się ma dziewiętnaście lat
i poza tym nic — to łeb uwiera
na karku, jak wśrubowana w gnat
rozżarzona gruszka bessemera:
wziąć by tak dźwignię, oskard, pion,
i kuć, i wiązać podniebne schody —
a tylko ten otulony w szron
pęd ci pozostał, wichrze młody!

Kiedy się ma dziewiętnaście lat,
wrażliwość bywa subtelną kliszą,

na której pozostawiają ślad
niewidzialne cienie owadzich pięt,
nad którą wklęsłe zwierciadła wiszą
świetląc gołębia, kota i kwiat;
— ale śruby żelaznej skręt
kruszy odbity zwiewnie świat
— i tylko w dal niepowstrzymany pęd
przejmuje serce najsłodszą ciszą.


III

A kiedy z podmuchem ciepłym nastały wiosenne roztopy,
para od ziemi szła — gałęzie nabrały prostoty
rzewnej; wschodziła ruń i już na dobre się wzmogła,
zaśpiewał szczygieł, i gil, i trznadel, i makolągwa.
Wtedy złaknionym uchem wchłaniając tumult ptasi,
czując powietrza gorycz — Franek zakochał się w Jasi,
w Jasi co żyła przy moście i cerę miała jak jaśmin.
Wkrótce związała się nić i doszło do wyjaśnień.
Odtąd już nie chodzili z kompanią i z gitarą,
ale nieskromną młodość powierzali wiosennym katarom,
żabom, gliniankom, niebu; przez światy łąk wędrowali
trzymając się mocno wpół, po kolana w mokrej konwalii.
Ach, jak drażniło to płótno, co im rozdzielało ramiona!
Jak cicho patrzyła się Jaśka, szczęśliwa, oszołomiona,
świetlana od łez; jeszcze akord warg — nim do domu dojdzie.
A raz zaczepił ich drab i Franek dał mu po mordzie.
A raz w błocie znaleźli pieniądz i poszli do cytrynowego kina.
Najchętniej spotykali się w lesie, gdzie mech się pod stopą ugina,

gdzie szumią nawoływania wśród drzew:
„Hop, hop, Franuś!“
„Jestem“.
— i tylko zazdrosne krzaki nakrywały ich gwarnym szelestem.
A w dzień, w niedzielny dzień, kiedy dachy są kolorowe,
Franek zajeżdżał po Jankę, brał ją ze sobą na rower,
przecinali tor;
ona krzyczała podskakując na siodle;
a potem wsłuchani w wiatr i w kół monotonną melodię,
w zawody szli z autem
rechoczącym sygnały,
a kundle obdarte
im w ślad naszczekiwały.

W wybojach i szczerbach
trzęsło radosne łkanie!
Dygotał telegraf
i ciskał w nich gałkami.

A Franek do maszyn
to taki jest inżynier,
że blaski tłumaczy
na ruchu rytm w maszynie;

a rower mu w palcach,
jest łowem nawijanym,
na szprych cichy falset
i gum akompaniament.

„Ech!“ — woła Franek przez ramię — „tylko bucika nie umocz,

patrz, jaka ziemia wilgotna!“ — na to Jaśka oburącz
objęła go pod pachy i śmieje, zaśmiewa się w siodle,
i tylko by chciała ręką dzwonek przekręcać ciągle.


IV

Za rogatką miejską, po wklęsłej żuławie,
dwa szemrzące cienie brodzą ja żurawie.
Północ księżycowo zdwaja ich istnienie:
dwa cienie w powietrzu i u stóp dwa cienie.

 — — — — —
„Ja ci, Jaśka, wyznam szczerze,
z ręką tu — i powiem wprost ci,
że ja ci, Jaśka, nie wierzę,
kiedy gadasz o miłości.

„Czy to głos ci się tak łamie,
jakby uciekł za horyzont,
czy to, że spoglądasz na mnie,
jak przez szkło, nie mnie tu widząc —

„czy już nie tak mnie całujesz,
czy do reszty łeb zaćmiłaś —
nie wiem, ale Janko, uwierz —
popiół widzę, a nie miłość“.

 — — — — —
„I ja szczerze powiem, Franuś,
a nie rzucam ci kamienia
— ani ty się na mnie zanoś,
(toś nie mój był? toś mnie nie miał?)

„Ból zatruje słodycz chleba,
kiedy... Marny rozum babi!

Serce mi się krwią oblewa...
Słuchaj Franku — i nie zabij!

„Choć byłeś mi bardzo drogi,
choć radość z tobą jedynie,
rozchodzą się nasze drogi
jako na dłoni dwie linie.

„Wyrosłam — ot, głóg w rozkwicie —
i dojrzałam do małżeństwa,
a to jest na całe życie:
dom — potomstwo — starość czerstwa.

„Ty — jak wicher; tobie dość jest
z niebem pić szumiący toast.
Co z ciebie, Franku, za ojciec?
Dzieciom gwiazdę dałbyś do ust?

„Z tobą szczęśliwa — i na czym
ogień rodzinny rozjarzę?
Za co kupiłbyś mi naczyń?
Czy zamieszkamy w pieczarze?

„O Franku, miłość zostanie
jak na piasku trupek łątki.
Tobie — dal, leśne świstanie,
mnie — bachor, garnki, porządki;

„mnie — Antoni, rudy szwejser
z warsztatów na Mokotowie;
tobie — serce jak najlżejsze
i jak najdłuższe zdrowie!“.
 — — — — — — —
Po zgiętych szuwarach trzaska powiew młody,
rozpraszając czady idące od wody,
glinianka połknęła biały chleb miesiąca
i teraz jaśnieje, świtaniem szumiąca.


V

„Koniec biegom i gwizdom przez zarośla i płoty,
chłopaki,
„idę szukać roboty, idę szukać roboty,
chłopaki!
„Jestem niby to mleko, co je rozpacz skwasiła
w niecce,
„bo mnie moja miła, bo mnie moja miła
nie chce.
„A jeżeli, jak wprzódy, wrócę z płótnem w kieszeni,
chłopaki,
„to nie chodźcie mnie szukać do rodziców, do sieni,
chłopaki...
„Poszukajcie mnie w polu, gdzie pleśniejące płoty
drewniane...
„Hej, nie wrócę ja do was, aże jakiej roboty
dostanę.“

Zatrzepotały gołębie
na chałup kalenicach,
na kominach kamienic:
szaleniec!


VI

Przed fabryk wizyterkami trwał,
w przedsionkach burs, w poczekalniach biur,
z cegieł gazowni zlizywał miał,
o iskrę prosił spawaczy rur.

Wyzłacał sienie, rąbał drwa,
szturmował kantor wytwórni gilz;
był w młynie; był przez tygodnie dwa
posługaczem trupy Czigansky — girls.


Był za Żelazną Bramą; tam
bezrobotni tragarze dawali mu rum;
widział tysiąc żelaznych bram
i oczu ludzkich bolesny tłum;

widelce ostrzył, sprzedawał klej;
malował krzesła; roznosił kwas;
zmajstrował talię kart i z niej
prostytutkom wróżył; aż stało się raz,

że poszedł z jedną — sobie na złość —
i padł na siennik rudy od pcheł
i krzyczał „Jaśka!“ — dziwaczny gość —
niejasne, łkał czy przekleństwa mełł

w dygocących zębach; odtąd krtań
zwężała się (ból podstępny i skryty);
pod czaszką chaos brzęczących zdań,
w skroni żar; w żołądku — stalaktyty.

W garażu, gdzie Franek przedrzemał noc,
na ścianach rosły rabaty pokrzyw;
wciągając na głowę przewiewny koc,
widział własny mózg, od liścia wiotszy;
a na liściu tyle bladych żyłek,
a po żyłkach toczy się kolejka.
a jechać tak — to jest wysiłek.
a myśleć tak — to jest rozpacz wielka,
a ten dom niepotrzebnie się pochyla,
w sam nos całując gazeciarza —
dlaczego gazeciarz wsiadł na motyla,
przecież ma rower, to się zdarza,
tyle girlsów, więc żółta plaża,
a na niej szyny z zielonych szkiełek,
po szkiełkach toczy się kolejka,

a kolejkę prowadzi karzełek,
karzełek na nosie ma szkiełka,
a kolejka to jest dwuszereg
numerowanych miejsc.
Z jednej talii kart taki piękny sklep,
dzień dobry, papo Brejc,
roboty szukam. Wyrzuć na zbity łeb!
Cóżeś tak oklapł?
Jaśka... Zamurowują... Cegła na piersi...
Franek budzi się. Nad nim w binoklach
lekarze dwaj, od aniołów bielsi...


VII

W rozchwiei szronowych firanek, w srebrzącym się wróblim świrze
— chata podmiejska; mróz futrzanym językiem liże
łukowe tafelki szyb;
z sieni wychodzi pan Brejc, przystaje w progu i słucha,
czerwone frędzle szalu wyłażą mu spod kożucha,
na głowie kapelusz jak grzyb;
z dwoma wiadrami ku studni zaspana brnie gospodyni
i staje; słońce staje na krańcu śniegowej pustyni —
w rosnący wsłuchane huk;
szosę przejeżdża furgon z ładunkiem pustych blaszanek;
gospodyni mówi: „Wiesz? tej nocy śnił mi się Franek,
nie wiem czemu — z łyżwami u nóg“.
„Ciszej — powiada pan Brejc — gadatliwa kobieto, ciszej!
Nie wiem, czy i ty słyszysz to, co ja teraz słyszę,
to dzikie tętnienie, dudnienie?
gdyby na białym śniegu pożar wybuchł czerwony,
nie taki by alarm szedł... Czemu, czemu te dzwony
we mnie — i wciąż — szaleniej?


Mróz pęka w gwiazdy szczelin,
młotami światła kuty,
w ten dzień, w niedzielny dzień
w przedsionkach stanął Luty
i nie chciał na dwór wyjść, aż
nie dostał biczem z ognia,
i pomknął — szklany łyżwiarz —
i śnieg z dzwonnicy odwiał.

Ze śpiżu lane kwiaty
huczą w kościelnej wieży;
nie wierzy mur szczerbaty,
okrąglak drzew nie wierzy
(pod wapnem śnieżnych bieleń
wspominający zieleń)
— że to niedzielny dzień
— że to weselny dzień.

Przed kruchtą ciżba szara
w na twarz wciśniętych czapach.
Gdy z nozdrzy świszczę para,
miły jest potu zapach,
dobrze się wcisnąć bodaj
w sam gąszcz i spać jak chrabąszcz.
Hej, pali się tej młodej,
że w taki dzień chce za mąż!

A Luty — szklisty Luty —
na łyżwach sunie ze świstem,
w telegraficzne druty
uderza pięścią iskier,
kominom chat doskwiera,
w śniegowej lecący trąbie,
a jego srebrna siekiera
choiny przydrożne rąbie.


Kto tam huka po płotach?
Kto w pędzie gałęzie strzyże?
To wicher rogatki dopadł —
ma rower zamiast łyżew,
ma zamiast chmur — czuprynę
i oczy zamiast błyskawic;
zwierając palce sine,
nad kierownicą zawisł:
jak bryła lodowa — nim
na szosę z hukiem runie;
jak ciężar dwudziestu zim,
zgęszczony w jednym piorunie,
ułożył się tuman biały
i wiatr nad głową scichł,
migają skrzypiące pedały
wśród oszronionych szprych,

a cień od roweru pada, i zgina się, i przyklęka!
Na horyzoncie nieśmiały gwizd: to poranna kolejka,
wyłaniający się z dali ledwie brzęczący owad,
który urośnie i przejdzie, niby krępa chmura gradowa.
Nie widząc nic,
prócz dwóch linii tęskniących do siebie, a nie zbiegających się nigdy!
Nie czując nic,
prócz utkwionego w gardle wielkiego palca krzywdy!
Nie wiedząc o tym,
że popękana skóra twarzy
we krwi
— jednym roweru obrotem
miażdżąc lodowe okruchy
— bezwładny, od bólu głuchy —
Franek wjechał na tor.


Słońcu, słońcu naprzeciw
— lećcie, o koła podróżne!
Słońce w źrenice świeci,
w oczodołach gorące żużle.
Po podkładach, po krokwiach
skaczą gumowe opony,
a śnieg jest w słońcu jak pokwiat
czerwienią przyprószony,
postrzępiony wirami,
w cienie błękitne pocięty,
ciemny zielenią mięty.
Nie stłumić, nie stłumić wrażenia,
że mak się pali w lodowej grudzie —
jaki jasny dzień, jaka piękna ziemia!
Skąd się wzięli ci wszyscy ludzie?
Dlaczego brodzą w zielonym sianie
piękne ptaki, szkoda, nie poluj.
Sierpy w iskrach, po co gwizdanie,
o wiele lepiej śmiać się w polu,
tyle snopów, żółto, wesoło,
gdzie jest chór i kto zaczyna,
najpierw wężem, potem wokoło,
koniczyna, koniczyna, koniczyna.
Nie gwizdać, po co, różowa ulica,
sklepy, sklepy, zbudujemy jeszcze,
w każdym sklepie szkarłatny policjant,
proszę, za darmo, zaprasza, bierzcie,
Tyle dzieci, każdemu orzech,
gdzie magiczna latarnia, zaprowadź.
Zorze, zorze, świat cały w zorzach.
Jak strasznie gwiżdżą! za późno
hamować!

Nowa Kwadryga, 1937 r.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Lucjan Szenwald.