Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/77

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


na której pozostawiają ślad
niewidzialne cienie owadzich pięt,
nad którą wklęsłe zwierciadła wiszą
świetląc gołębia, kota i kwiat;
— ale śruby żelaznej skręt
kruszy odbity zwiewnie świat
— i tylko w dal niepowstrzymany pęd
przejmuje serce najsłodszą ciszą.


III

A kiedy z podmuchem ciepłym nastały wiosenne roztopy,
para od ziemi szła — gałęzie nabrały prostoty
rzewnej; wschodziła ruń i już na dobre się wzmogła,
zaśpiewał szczygieł, i gil, i trznadel, i makolągwa.
Wtedy złaknionym uchem wchłaniając tumult ptasi,
czując powietrza gorycz — Franek zakochał się w Jasi,
w Jasi co żyła przy moście i cerę miała jak jaśmin.
Wkrótce związała się nić i doszło do wyjaśnień.
Odtąd już nie chodzili z kompanią i z gitarą,
ale nieskromną młodość powierzali wiosennym katarom,
żabom, gliniankom, niebu; przez światy łąk wędrowali
trzymając się mocno wpół, po kolana w mokrej konwalii.
Ach, jak drażniło to płótno, co im rozdzielało ramiona!
Jak cicho patrzyła się Jaśka, szczęśliwa, oszołomiona,
świetlana od łez; jeszcze akord warg — nim do domu dojdzie.
A raz zaczepił ich drab i Franek dał mu po mordzie.
A raz w błocie znaleźli pieniądz i poszli do cytrynowego kina.
Najchętniej spotykali się w lesie, gdzie mech się pod stopą ugina,