Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/78

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


gdzie szumią nawoływania wśród drzew:
„Hop, hop, Franuś!“
„Jestem“.
— i tylko zazdrosne krzaki nakrywały ich gwarnym szelestem.
A w dzień, w niedzielny dzień, kiedy dachy są kolorowe,
Franek zajeżdżał po Jankę, brał ją ze sobą na rower,
przecinali tor;
ona krzyczała podskakując na siodle;
a potem wsłuchani w wiatr i w kół monotonną melodię,
w zawody szli z autem
rechoczącym sygnały,
a kundle obdarte
im w ślad naszczekiwały.

W wybojach i szczerbach
trzęsło radosne łkanie!
Dygotał telegraf
i ciskał w nich gałkami.

A Franek do maszyn
to taki jest inżynier,
że blaski tłumaczy
na ruchu rytm w maszynie;

a rower mu w palcach,
jest łowem nawijanym,
na szprych cichy falset
i gum akompaniament.

„Ech!“ — woła Franek przez ramię — „tylko buctka nie umocz,