Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Rower
(na tle prawdziwego zdarzenia)
I

Lekkim szarpnięciem sznurka budzę bezdźwięczny ranek.
Oczom odsłania się chata w rozchyleniu szronowych firanek;
na krokwiach soplami mróz.
W zlodowaciały śmietnik zatknięto rękojeść wideł,
a wiatr na niziutkim progu ze śnieżnych gwiazd piramidę
o zmianie nocnej wzniósł.

Oto pierwszy słoneczny promień kruszących się dotknął ścianek
i na łysej głowie komina bladych iskier położył wianek,
w skrzypiącą przeniknął sień:

Zaczynają świergotać wróble; gwiżdże pierwsza poranna kolejka.
Chata oczy sklejonych okien przeciera, a jeszcze się lęka
spojrzeć w otwarty dzień.