Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/73

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Na końcu nosa liliowy smark;
Papieros w kącie zaciętych warg;
Siedzą — sztywni i cisi —
W powietrzu chłodnym wisi
Nie ton już, lecz pojęk mysi.

I starszy wstał i podrapał się w łeb,
I mówi: „Człowiek już dawno skrzepły
A serce jak w lufie kula;
Byle melodia rozczula;
Na diabła mi była koszula“.

Drugi wstał i powiada tak:
„Nie wiem, wódki czy klepki mi brak.
Skąd ten dziwny, wariacko wesoły
Zachwyt z rozpaczą na-poły?
Chcę być mały i chodzić do szkoły“!

Trzeci nic nie rzekł, postąpił o krok,
Podniósł kamień, cisnął go w mrok,
I trwał tak milczący, ponury,
Podobny do martwej figury
Z ręką wzniesioną do góry.