Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/86

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Słońcu, słońcu naprzeciw
— lećcie, o koła podróżne!
Słońce w źrenice świeci,
w oczodołach gorące żużle.
Po podkładach, po krokwiach
skaczą gumowe opony,
a śnieg jest w słońcu jak pokwiat
czerwienią przyprószony,
postrzępiony wirami,
w cienie błękitne pocięty,
ciemny zielenią mięty.
Nie stłumić, nie stłumić wrażenia,
że mak się pali w lodowej grudzie —
jaki jasny dzień, jaka piękna ziemia!
Skąd się wzięli ci wszyscy ludzie?
Dlaczego brodzą w zielonym sianie
piękne ptaki, szkoda, nie poluj.
Sierpy w iskrach, po co gwizdanie,
o wiele lepiej śmiać się w polu,
tyle snopów, żółto, wesoło,
gdzie jest chór i kto zaczyna,
najpierw wężem, potem wokoło,
koniczyna, koniczyna, koniczyna.
Nie gwizdać, po co, różowa ulica,
sklepy, sklepy, zbudujemy jeszcze,
w każdym sklepie szkarłatny policjant,
proszę, za darmo, zaprasza, bierzcie,
Tyle dzieci, każdemu orzech,
gdzie magiczna latarnia, zaprowadź.
Zorze, zorze, świat cały w zorzach.
Jak strasznie gwiżdżą! za późno
hamować!

Nowa Kwadryga, 1937 r.