Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/82

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Był za Żelazną Bramą; tam
bezrobotni tragarze dawali mu rum;
widział tysiąc żelaznych bram
i oczu ludzkich bolesny tłum;

widelce ostrzył, sprzedawał klej;
malował krzesła; roznosił kwas;
zmajstrował talię kart i z niej
prostytutkom wróżył; aż stało się raz,

że poszedł z jedną — sobie na złość —
i padł na siennik rudy od pcheł
i krzyczał „Jaśka!“ — dziwaczny gość —
niejasne, łkał czy przekleństwa mełł

w dygocących zębach; odtąd krtań
zwężała się (ból podstępny i skryty);
pod czaszką chaos brzęczących zdań,
w skroni żar; w żołądku — stalaktyty.

W garażu, gdzie Franek przedrzemał noc,
na ścianach rosły rabaty pokrzyw;
wciągając na głowę przewiewny koc,
widział własny mózg, od liścia wiotszy;
a na liściu tyle bladych żyłek,
a po żyłkach toczy się kolejka.
a jechać tak — to jest wysiłek.
a myśleć tak — to jest rozpacz wielka,
a ten dom niepotrzebnie się pochyla,
w sam nos całując gazeciarza —
dlaczego gazeciarz wsiadł na motyla,
przecież ma rower, to się zdarza,
tyle girlsów, więc żółta plaża,
a na niej szyny z zielonych szkiełek,
po szkiełkach toczy się kolejka,