Roboty i prace/XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Roboty i prace
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1875
Druk Józef Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Opinija publiczna... jest to owo morze, którego bałwany[1] rozbijają najpotężniejsze statki i kruszą najtwardsze skały, lecz, niestety, wiatry, które ją podnoszą, wieją, jak los zdarzy.
Wiatrami temi często nie mytologiczne Eola dzieci, ale skromne bardzo władają istoty.
Wiedział o tém doskonale pan Julijusz Płocki i wypuszczał z jaskini Boreaszów w postaci Wytrychiewiczów, Nurskich, a nawet trzech książąt Nestorów, którym się zdawało, że głosili własne przekonanie, z narzuconemi zaś tylko zręcznie chodzili po świecie.
W kilka dni po powrocie z podróży przekonać się mógł o szczęśliwéj trafności kombinacyj swoich, potrafił wmówić wszystkim, iż on był prześladowanym, pokrzywdzonym i że miał wszelką słuszność za sobą.
Profesor Milanowicz wielbił go, jako protektora oświaty ludowéj i ks. Nestor uznawał znakomitym finansistą i ekonomistą. Nurski wychwalał jego bezinteresowność i poświęcenie się dla rodziny, Wytrychiewicz sławił gienijusz i pracę, milczał wprawdzie, słuchając tych pochwał hrabia Adam, nie mówiąc ni źle, ni dobrze, ale jego mieli wszyscy za dziwaka... a Płocki był tak zręczny; że, obalić go nie mogąc, głosił jego pochwały...
Nie małe téż wrażenie wywarło odstępstwo nagłe Piętki. Postarano się je przedstawić i wytłómaczyć w sposób dla Werndorfa najniekorzystniejszy.
Zerwanie tych stosunków kosztowało wiele pana Oresta, lecz ktokolwiek z czytelników moich bacznie się wpatrzył w ten charakter, mógł się takiego końca spodziewać. Sceptycyzm nie rodzi innych owoców... Nazajutrz po wieczorze u państwa Nurskich około południa upokorzony Piętka poszedł do Płockiego, czekał na niego zwyciężca, lecz z właściwą sobie zręcznością postanowił być łaskawym panem.
Rzucił się na szyję dawnemu towarzyszowi i oświadczył mu sam, że, jak tylko zrywa z Werndorfem, przeciwko ożenieniu nic mieć nie będzie. Stał się czułym, serdecznym, a że Piętka go znał dobrze, usiłował mu się odmalować ze strony najmniéj zbadanéj, zatém takiéj, w któréj komedyja uchodzić mogła za prawdę, chciał go przekonać, że ma czułość dla rodziny niewypowiedzianą, że to jest jego słabość, że węzły familijne krępują go i przywiązują.
Czy o tém przekonać potrafił Piętkę, wątpimy bardzo, smutny pan Orest, którego gryzło sumienie, znosił wszystko, czém go karmić chciano... Podali sobie ręce, Julijusz zażądał natychmiastowego opuszczenia Werndorfa a miał tyle taktu, że nie nalegał o przyjęcie natychmiastowe żadnych nowych u siebie obowiązków. Był aż nadto pewnym, że to przyjdzie późniéj bez trudności.
Po téj rozmowie i umowie Piętka poszedł do Werndorfa. Wstydził się uroku, jaki czynił i nad wyraz był przybity i zbolały. Nie miał jeszcze cynizmu, który dopiéro z latami przychodzi. Werndorfa znalazł w jego kancelaryi, jak zwykle zajętego korespondencyją, oblężonego przez interesantów, umiejącego razem podołać stu rozmaitym sprawom, krzyżującym się na jego biurze. Piętka miał tu wnijście swobodne, nie potrzebował się opowiadać. Na widok jego Werndorf, sądząc, że go sprowadza potrzeba narady jakiéjś późnéj, rzucił pióro i uprzejmie go powitał.
Z twarzy jednak wprawny wzrok jego mógł poznać zaraz, że coś niemiłego spotkać musiało faworyta...
Orest chciał się rozmówić w gabinecie na osobności.. Wyszli natychmiast... Przybyły długo się nie mógł zebrać na słowo.
— Co panu jest? widzę, żeś doznał jakiéjś przykrości, odezwał się Werndorf, bądź pan ze mną otwartym.
— Widzisz pan przed sobą człowieka w najprzykrzejszém w istocie położeniu, jakie sobie wystawić można... rzekł Piętka. Wstydzę się tego, co mam popełnić...
Byłem najpewniejszym, dodał, że ta utrapiona słabość, którą ludzie zowią zakochaniem, ominie mnie, że jéj nie ulegnę... Tymczasem padłem jéj ofiarą.
Werndorf się rozśmiał.
— A! nie jest to rzecz wcale śmieszna, dorzucił Piętka. Zakochałem się w kuzynce pana Płockiego, zostałem przez nią przyjęty... Opiekun położył veto, narzucono mi warunek.
— Jaki? zapytał Werndorf.
— Abym się rozstał z panem, wyjąknął Piętka, spuszczając oczy.
— Pan go przyjąłeś? zimno i na krok cofając się w tył, rzekł gospodarz.
— Nie mogłem go odrzucić, począł żywo, tłómacząc się Piętka, niech mnie pan nie obwinia... Szło nie o mnie, ale o kobiétę... Przyznaję się, popełniłem grzech przez słabość, winnym być mogę, lecz może nie tyle, jak się zdaje. Werndorf słuchał, ręce w tył założywszy, fizyjognomija jego po piérwszém nerwowém wzdrygnięciu stała się spokojną, wyrażała chłodną jakąś litość i niemal pogardę.
— Pan się wcale nie potrzebujesz tłómaczyć, rzekł sucho. Każdy postępuje, jak uznaje lepszém i właściwszém dla siebie. Racz pan zdać papiéry, obrachować się z kasą, odebrać, co mu należy... i rzecz skończona... nie mamy mówić o czém.
Ten to i sposób, w jaki go odprawiano, dotknął mocno pana Oresta.
— Mam nadzieję, że pan będziesz pobłażającym i że nie weźmiesz za złe... odezwał się.
Werndorf cofał się coraz daléj ku oknu z widoczną chęcią jak najprędszego ukończenia rozmowy.
Rzecz jest skończona! powtarzał, nie mamy o czém mówić dłużéj...
— W mojém położeniu, natarczywie począł Piętka.
— Ale to do mnie wcale nie należy, przerwał Werndorf. Darujesz mi pan, jestem tak zajęty... muszę natychmiast powracać.
Skłonił się i wyszedł szybko z gabinetu do kancelaryi, nie spojrzawszy już nawet na Piętkę, który się wysunął, jak winowajca...
Spodziewał się on sceny z Werndorfem, ale daleko innéj i mniéj pogardliwéj a przykréj. Sądził, że go będzie wstrzymywał, że go zechce nawracać, że się ulituje może i przebaczy, stary bankier nie raczył ani słowem go zatrzymywać, nie dopytywał przyczyn, nie okazał gniewu, z zimną jakąś obojętnością wyprosił go za drzwi. Z twarzą okrytą rumieńcem, nie witając się z nikim po drodze, nie widząc nikogo, Piętka zbiegł ze wschodów. Nie był jeszcze na dole, gdy Werndorf, zawoławszy służącego i wskazując mu na drzwi, któremi wyszedł Piętka, zabronił go więcéj kiedykolwiek przyjmować.
Tegoż dnia roznoszono po mieście, iż Piętka oburzony postępowaniem Werndorfa, skrzywdzony przez niego... opuścił służbę, w któréj zostawał...
Do innych plotek dodana i ta miała swą ważność i znaczenie.
Płockiemu wiodło się we wszystkiém tak, iż w istocie mogła mu się zawrócić głowa... Wypadek wcale niespodziewany podał mu zręczność nową okazania się wspaniałomyślnym.
Stary ów dom zamożny Fabryczów, który zdawał się opoką niezachwianą, runął nagle, katastrofy téj nietylko że nikt przewidziéć nie mógł, ale niktby jéj nie śmiał przypuszczać. Znaczne bardzo kapitały, nadzwyczaj skromne życie, ostróżne spekulacyje, doświadczenie wiekowe zdawały się Fabryczów zabezpieczać od upadku. Tymczasem domy dwa w Nowym-Yorku i Londynie, z któremi byli we współce nagle upadły... Strata poniesiona przez nich była tak znaczną, iż nie o dzwignięciu się, ale tylko o likwidacyi myśléć było można. Cios ten padł na uczciwą rodzinę w chwili, gdy się go jak najmniéj spodziewać mogła... Stary Fabrycz zdawał się zrazu do obłąkania prawie przybity nim... Surowe obowiązki rozbudziły go... Z męstwem i zimną krwią wziął się do likwidacyi, zapowiadając, że gotów jest stracić do ostatniego grosza, byle nikt z jego przyczyny nie poniósł szkody.
Gdy się wiadomość o tém rozniosła po mieście, nie chciano jéj wierzyć, ludzie się śmieli z pogłoski. Późniéj tłumami biegli ciekawi do kantoru... Kilku majętniejszych, między innymi Werndorf ofiarowali Fabryczom kredyt swój, pomoc, byle nie potrzebowali likwidacyi. Stary Fabrycz nie przyjął ofiar, nie czując się na siłach do rozpoczęcia na nowo budowy, którą jedna burza rozniosła.
Bankructwa, których Fabrycze padali ofiarą, tak były znaczne, iż pochłonęły niemal cały majątek. Nie przyjąwszy pomocy, któraby im stratę zmniejszyć mogła, Fabryczowie wylikwidowali się i rozpłacili jak najściśléj. Został im szacunek powszechny i ów stary dom, na którym jeszcze była jakaś suma odwieczna... Z milijonowéj fortuny, z dnia na dzień prawie zeszli do ubóstwa, które im łatwiéj było znieść, bo nigdy bogactw swych nie używali. Wiedli jak dawniéj życie dość skromne, że się im różnica uczuć prawie nie dała... Młody Fabrycz znalazł z łatwością pomieszczenie, o starym jakoś nikt nie pomyślał.
Płocki, który polował na popularność i czyhał na wszelką zręczność pozyskania jéj, przewidział, iż podanie ręki człowiekowi tak powszechnie poważnemu, może mu ludzi pozyskać. Nie czynił tego ani z serca, ani z przekonania o obowiązku, ani z innych pobudek szlachetniejszych, była to prosta rachuba i okazała się wyborną.
Zależał od niego wybór jakiegoś dyrektora, do którego miejsca była przywiązana pensyja znaczna, uczciwszego i zdolniejszego człowieka znaléźćby był nie mógł, nad Fabrycza... Był to wybór doskonały i w oczach ogółu postępek szlachetny. Nie mówiąc nic nikomu Płocki poszedł do niego.
Nie było ani powodu do odmówienia, ani trudności w przyjęciu stosownych dla starego, doświadczonego człowieka obowiązków. Fabrycz uścisnął z uczuciem dłoń człowieka, w którego serce uwierzył, bo sam miał je w piersi. Tegoż dnia wszyscy wiedzieli w mieście o szlachetném znalezieniu się Płockiego. Nikomu wiadome nie było, że Werndorf znaczny kapitał ofiarował upadłéj rodzinie, którego ona nie przyjęła, ale ofiara Płockiego rozbębnioną została staraniem otaczającéj go kliki tak, że przeszła do dzienników i okryła go chwałą. Nikt się nie zastanowił nad tém, iż zyskanie tak zacnego i doświadczonego, jak Fabrycz, człowieka, było dla Płockiego materyjalnie nawet niezmiernie korzystném; wysławiano jego serce, szlachetność i skromność, z jaką postąpił.
Hrabia Adam nawet, który się był nieco odsunął od niego, począł sobie czynić wyrzuty i pytać sumienia, czy miał słuszne powody zniechęcenia do Płockiego.
Umieli przyjaciele jego nawet ten postępek tak wypotrzebować i przedstawić, że z niego zrobili broń przeciwko Werndorfowi. Porównywano ich uparcie, a że czynności jednego były głośne i wydzwaniane, drugiego ciche i zakryte, łatwo się domyśléć, iż zwyciężcą był ten właśnie, który na to najmniéj zasługiwał.
Taka jest najzwyczajniejsza koléj rzeczy ludzkich i nikogo zapewne nie zadziwi, że wkrótce Piętka, czując się winnym a nie chcąc się nim okazać w oczach świata, stanął po stronie przyjaciół Płockiego i w koleżeństwie z Wytrychiewiczem stał się jego najgorętszym obrońcą. Pan Julijusz umiał z każdego wypadku skorzystać, zużytkował téż dla siebie wydanie kuzynki za Piętkę. Znano go w mieście ze zdolności niepospolitych i z prawego charakteru. Gdy się wieść rozeszła o ożenieniu, które dlań było bardzo świetne, poczęli dopytywać wszyscy, jakim sposobem przyjść do tego mogło.
Płocki ze skromnością sobie właściwą jednego wieczora zagadnięty w resursie, odezwał się w kółku znajomych, pewny będąc, że wyrazy jego powtórzone zostaną.
— Może to panów słusznie zadziwić, iż moją kuzynkę, która miała prawo ze wszystkich względów aspirować do świetniejszego za mąż pójścia, wydaję za ubogiego młodego człowieka. Nie chwaląc się, czynię to, ażeby zachęcić go do dalszéj pracy, dać mu do niéj środki i okazać innym, że się charakter zacny opłaca na świecie. Piętka ma przeszłość, talent, nie strwoni ani zdolności, ani majątku, ani czasu.
Wszyscy przyklasnęli téj pięknéj teoryi Płockiego, który się w duchu śmiał i cieszył głównie z tego, że pana Oresta odebrał antagoniście a miał nadzieję zużytkować dla siebie.
Kilka takich faktów, jak restauracyja szkółki, wydanie kuzynki, podtrzymanie zubożałego Fabrycza, podniosły niezmiernie w opinii zręcznego człowieka, który miał ten takt, że o Werndorfie nie mówił, albo się o nim odzywał z umiarkowaniem a tymczasem podkopywał go i nurtował pod nim przez swych zauszników.
W tych czasach, gdy Płocki jeszcze ze wszystkiemi był dobrze, bo potrzebował ich, będąc nowym i nieznanym, wzajemnie sobie hrabia Adam, Werndorf i Płocki udzielali projektów i pomysłów, których wykonanie było na dobie. Ze wszystkich ich najstarszy, najdoświadczeńszy, najgenijalniejszy Werndorf nie taił wcale myśli i planów.
Część ich już Płocki pochwycił był i przywłaszczył, starając się o ich potwierdzenie dla siebie. O ten jednak plagiat posądzić go nie było podobna, bo idee te chodziły naówczas po głowach wszystkich i z ust do ust, — było to niejako wspólne dobro ogółu.
Inne finansowe i ekonomiczne pomysły, które Werndorf osnuwał, doznały zwłoki w wykonaniu, gdyż zrażony zrazu stary bankier, zaniedbał je w piérwszéj chwili. Po zbliżeniu się nowém do Piętki, którego panna Eulalija do domu Płockich ciągnęła, zręczny Płocki starał się wybadać towarzysza dawnego i dobyć z niego szczegółów o projektach osnutych. Podało mu to myśl śmiałego przyswojenia ich sobie. Wytrychiewicz pod dyktowaniem pana dyrektora spisał i wyrobił z pomocą kilku ludzi, którzy mu dostarczyli materyjału do rozwinięcia, te pokradzione zarysy instytucyj, stowarzyszeń, finansowych operacyj. Płocki, popsuwszy je może i przerobiwszy na swój sposób, wystąpił z niemi publicznie. Jeden z dzienników przyjął z wdzięcznością tę elukubracyją, dodając do niéj swe uwagi i podnosząc wielką zasługę młodego czynnego pracownika, który tak pięknemi pomysły przysługiwał się krajowi.
W porę puszczone artykuły podniosły jeszcze Płockiego w opinii powszechnéj. Stał się ulubieńcem publiczności, która potrzebuje od czasu do czasu nowych bożyszcz we wszystkich sferach tak samo, jak nowych na scenie artystów i wirtuozów na koncertach.
Jednego dnia po dobrym obiedzie, na którym się znajdowała hrabianka Cecylija, profesor Milanowicz, stary Fabrycz, Piętka, państwo Nurscy i kilku jeszcze protegowanych Płockiego, otaczającego się chętnie dworem, mającym głosić jego sławę, Piętka nieco zmęczony wyszedł na balkon odetchnąć świéżém powietrzem i ciszą. Panny Eulalii nie było, chwilowa migrena nie dozwoliła jéj pokazać się dnia tego.
Piętka choć wszedł w ten świat, w który go wciągnięto mimo jego woli, choć musiał potakiwać Płockiemu, miewał także chwile niesmaku, zgryzoty i znużenia. Był to właśnie dzień złego humoru, tłómaczącego się dla obcych niebytnością narzeczonéj.
Roznoszono czarną kawę, gdy do salonu wszedł książę Nestor.... powitany przez gospodarza i gospodynią z nadzwyczajném nadskakiwaniem i wyszukaną zręcznością.
Podano mu cygaro, zrobiono miejsce, książę przysiadł się do pięknéj pani, bo był wielkim wielbicielem jéj i w ogóle wszystkich młodych pań, jakie na świecie spotykał. Obok poważnéj roli ekonomisty, chętnie grał téż czasem rolę seduktora, nie doprowadzając jéj daléj po za przyzwoitą galanteryją.
Przez kilkanaście minut zabawiał panią Płocką, dopytywał o pannę Eulaliję, udawał młodego lwa zakochanego, aż nareszcie, jakby ocknąwszy się, wstał podać dłoń gospodarzowi.
— Niechże panu powinszuję! zawołał, wszyscy jesteśmy w zachwyceniu nad twemi wybornemi pomysłami o przyszłości kredytu krajowego! Artykuły pańskie, bo choć nie podpisane, wiadomo dobrze, kto jest ich autorem, robią formalną furorę... W Biblijotece ma być pochlebny bardzo rozbiór ich umieszczony... dadzą pewnie asumpt do żyznéj polemiki, ale co najzabawniejsza, że maluczkie gronko wiernych druhów pewnego emeryta — finansisty chce dowodzić, iż pomysły te do niego należą!
Książę zaczął się śmiać wesoło, a Płocki, zrobiwszy dziwną minę i zarumieniwszy się mimowoli, głową tylko poruszał.
Milanowicz nader gorąco i niezręcznie wystąpił przeciwko zawiści ludzi, którzy niechcą prawdziwéj uznać zasługi, inni mu potakiwali, Płocki udawał skromnego i niesłusznie pokrzywdzonego człowieka...
Gdy się to działo w salonie, hrabianka Cecylija, zapaliwszy cygaretkę, w milczeniu rzuciła szyderskie wejrzenie po zgromadzeniu i powolnym krokiem wysunęła się na balkon.
Piętka siedział tu w krześle zadumany i kwaśny.
Na widok jego hrabianka stanęła i jakiś czas patrzyła nań w milczeniu z pewnym rodzajem politowania.
— Obiad był doskonały, odezwała się po cichu a przy czarnéj kawie, zamiast kadzidła innego, książę Nestor przyniósł trybularz pochwał gospodarzowi. Słyszy pan, jak mu tam kadzą!
Piętka wstał milczący. Stara panna wpatrzyła się w niego uważnie i nagłe stłumionym parsknęła śmiechem...
— Z twarzy pańskiéj czytam, szepnęła, zbliżając się, że pan jak ja bawisz się tą komedyją dell’arte, wybornie odegrywaną, ale jak ja przecież rozumiesz się na niéj i na sztuce wielkiego artysty!
Ruszyła ramionami.
— Ja tu jestem dla wybornego obiadu i miłéj Maryi (bo to dobre dziecko), pan dla swojéj Lali... ale wytłómacz mi... innych ludzi, księcia Nestora?... czy oni na seryjo wierzą w tę wielkość naszego nieporównanie zręcznego Amfitryjona?...
Piętka z obawą pewną spojrzał na drzwi od salonu...
— Bądź pan spokojny, odgadując myśl jego, odezwała się hrabianka, tam nadto są zajęci nową komedyją odegraną świeżo z wielkim talentem, ażeby nam przeszkodzić mogli w poufnéj pogadance...
— Wielki artysta! dodała śmiejąc się i przybliżając do Piętki, nieprawdaż? Tem dziwniejszy, że nie genijusz, ale co za talent akrobaty! niema masztu, na któryby się nie wdrapał, niema najcieńszéj liny, na któréjby niepotrafił tańcować... Patrz pan, co za poważna mina apostoła i purytanina! jakie namaszczenie... jaka uroczystość!
— O kim pani mówi? spytał Piętka, który nie wiedział, jak miał to przyjąć...
Hrabianka ramionami ruszyła.
— Bądźże pan szczerszym ze mną... rzekła Vous étes un homme d’esprit. Nie mówię nic złego o Płockim, jestem jego wielką admiratorką, lecz rozbieram grę tę mistrzowską! Spojrz pan na publikę, w jakim przyklaskuje mu zachwycie... pan, co go za kulisami widujesz i znasz dobrze, nie uśmiechaszże się czasem z tak dzielnie odegranego dramatu. Ja, ja się przyznaję, ja patrzę nań z admiracyją... a na parter i lożę ze zdumieniem. On leur fait avaler tout ce qu’on veut!!
Hrabianka Cecylija śmiała się dziwnie, Piętka stał osłupiały... Długo starał się utrzymać powagę i nie rozumiéć do kogo się to stosowało, nareszcie, mimowoli usta mu się do uśmiechu skrzywiły...
— Pani jesteś nielitościwą! rzekł cicho.
— A! mój panie Piętko, z wyżyny swego arystokratycznego tonu dodała hrabianka, jakże się nie śmiać? Kilku, kilkunastu ludzi uwieść, rzucić na nich urok, przedstawić się im zręcznie, to jeszcze nic. Ale całe masy inteligentne rozumne mające czasem instynkta trafne, tak wywieść w pole... ale ze wszystkiego umiéć sobie budować piedestały... i wmówić w tysiące, co się podoba... może tylko tak wielki artysta, tak znakomity kuglarz, jak nasz nieporównany pan Julijusz.
Spójrz pan przez szparkę na księcia Nestora. Książę Nestor tak wierzy w naszego komedyjanta, jak gdyby sam nim nie był... Ale to pośledniejszy daleko dyletant? nieprawdaż? Płocki go remorkuje za sobą...
Widząc, że Piętka jakoś niechętnie bierze czynny udział w rozmowie, hrabianka zatrzymała się nagle...
— Wydam się panu po tym doskonałym obiedzie straszną niewdzięcznicą! A! nie! rozśmiała się, puszczając dymek z cygaretki... Nie jest niewdzięczném to uwielbienie, pewna jestem, że gospodarz nasz, gdyby mnie posłyszał sam, zrozumiałby całą wartość admiracyi en connaissance de cause powziętéj.
Całe życie jest komedyją! Miło popatrzéć na dobrych artystów...
Hrabianka przeszła się parę razy po balkonie...
— Nie wiem, czym panu powinszowała ożenienia, rzekła z odcieniem szyderstwa.. Przyjm pan moje najszczersze życzenia!... Jesteś w dobréj szkole, vous ferez vôtre chemin!
— Ja mam życzenia bardzo skromne i nie dążę wysoko, rzekł Piętka, ograniczę się tém, co niezbędne do szczęścia domowego. Akcesoryja są piękne na obrazach, w życiu są to konwencyjonalne dodatki, które się często stają ciężarem.
— Cóż to pan akcesoryjami zowiesz? spytała hrabianka.
— Właśnie to, o co się mój amfitryjon ubiegać zdaje. Przewaga, znaczenie, władanie ogromnemi środkami... Dźwiganie na piedestały, jak pani mówi...
— To może daje interes życiu dosyć w ogóle pustemu, westchnęła stara panna. Cóż zrobić z tém, co się życiem zowie, kto kochać nie umie, i w praktykę cnoty nie wierzy? Trzeba się bawić kosztem ludzi!... i śmiać z nich.
Zbliżyła się do Piętki poufale.
— Szczerze, la main sur la conscience, Płocki musi się doskonale wyśmiewać z publiki, gdy zejdzie ze sceny, a huis clos, nieprawdaż? Śmiejecie się we dwóch... zdrajcy!
I hrabianka śmiać się téż zaczęła serdecznie.
— Rozstałeś się pan z Werndorfem, dodała cicho, z tego człowieka nigdy nic nie będzie.... Seryjo nadto bierze wszystko, oszukują go wszyscy...
Przepraszam panią, widzi on jasno ludzi i sprawy ich, ale nie sądzi być godnym siebie, zniżać się do wypotrzebowywania ich słabości...
— Pan go bronisz? spytała ciekawie hrabianka Cecylija...
— Nie, bo nie potrzebuje obrony, ja go tylko określam...
— Ja go żałuję, uśmiechnęła się panna, ale to los zwykły jemu podobnych... że ich dobry clown zagasi...
Ruszyła ramionami.
— Jakże jesteście z hrabią Adamem? tegom ciekawa.
— Pani nas łączy obu razem?
— Należysz do rodziny.
— Sądzę, że Płocki jest z nim w stosunkach, jeśli nie dobrych i ścisłych, to przynajmniéj bardzo przyzwoitych.
— To także ekscentryk! pan wiesz, ja go nie lubię. Hrabina Sybilla czasem go zdrajcą i odstępcą nazywa, bo go posądza, że jedną nogą stoi w demokratycznym obozie...
Stała właśnie naprzeciw drzwi salonu i wpatrzyła się weń uważnie. Ks. Nestor wygłaszał jakąś teoryją manczesterskiéj szkoły, któréj się nauczył z rana, aby się z nią po obiedzie popisać. Płocki udawał wielkie podziwienie dla idei, które uchodziły za nowe, chociaż czuć je już było... zwierzyną. Lecz musiał przecię wypłacić się księciu Nestorowi za jego współczucie dla siebie. Gość nie poznał się wcale na tém, że gospodarza uwielbienie było fałszywą monetą, i zapędzał się tém bardziéj, im pewniejszym był, że pani Płocka, profesor Milanowicz i Nurscy wcale go nie zrozumieją.
Nurski stał w osłupieniu nad tą mową tak uczoną i tak wymowną.
— Takiego księcia, szepnął żonie, jeszcze mi się téż spotkać nie trafiło!! a toby mógł być profesorem!!
Pani Nurska podzielała męża zdanie. Stary Fabrycz, choć kilka razy mu się coś dziwném zdało i ryzykowném, nadto był grzeczny i z natury milczący, ażeby się wtrącał do rozmowy.
— Pan jesteś, widzę, kwaśny, zapewne z powodu migreny panny Eulalii? Nie siedźże sam jeden z myślami smutnemi na balkonie, chodź ze mną na widowisko, przecież coś warto widziéć, ks. Nestora z Płockim, odgrywających swą scenę tak przedziwnie...
Spojrzała ku Piętce, który się uśmiechnął i powróciła do salonu. Orest usłyszał ją w progu z największą ironiją odzywającą się do księcia Nestora.
— Jakiż książę jesteś wymowny! co za wdzięczna wysłowienia łatwość, jaki potok słów! Z prawdziwą admiracyją przysłuchiwałam się księciu...
Książę wstał, aby podziękować za pochwałę, którą przyjął z dobrą wiarą.
Hrabianka Cecylija nie zmieszana wcale ciągnęła daléj.
— Wy, kochany książę, rzekła, wy i szanowny nasz gospodarz stworzeni doprawdy jesteście dla siebie... Jak się myśli wasze godzą... dopełniają... jak się doskonale rozumiecie... Słuchałam rozmowy, ucząc się nią i budując...
Czy Płocki nie poczuł szyderstwa w tych wyrazach staréj panny, za to trudno ręczyć, ale że książę Nestor uwierzył w nie najzupełniéj, rozpromieniał i ucieszył się tém uznaniem, to pewna.
Hrabianka weszła między nich w myśli podbudzenia rozmowy na nowo, to się jéj jednak nie powiodło, bo książę Nestor wyczerpał zapas przyniesiony a Płocki nie mógł go podsycić.
Kilka razy jeszcze hrabianka Cecylija usiłując rozkołysać dwóch tych panów powtarzanemi pochwały, spojrzała ku Piętce, jakby mu chciała powiedziéć:
— Patrz, że i z nich szydzić można bezkarnie. Lecz nieszczęśliwy Orest dumał już z głową spuszczoną nad sobą, nad ludźmi i nad drogą, jaką pochwycony ubiegł w tak krótkim czasie, znajdując się dziś bardzo daleko od dawnéj swobody i w rękach człowieka... dla którego nie miał szacunku.





Przypisy

  1. Autor protestuje przeciwko dwuznaczności!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.