Puszcze polskie/Więź z wielką polską rzeką

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Puszcze polskie
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wydania 1936
Drukarz Biblioteka Polska w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Poznań
Ilustrator wielu autorów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


ROZDZIAŁ DRUGI
WIĘŹ Z WIELKĄ POLSKĄ RZEKĄ

Puszcza Augustowska ma dwa serca połączone ze sobą. Jedno — to kraina wielkich jezior, drugie — knieja, wokół uroczyska „Królewska Woda“, z rezerwatem cisowym i gniazdami czarnych bocianów w nadleśnictwie Krasnopol. Inne jest też stare uroczysko, niezmiernie charakterystyczne a dla turysty pouczające, bo ogarnia całokształt krajobrazu puszczańskiego. Nazywa się ono — Ciercierz, a z uroczyskiem tem kraina jeziorna łączy się unizaną mniejszemi jeziorami ciemno-szmaragdową nitką kanału Augustowskiego. Wielka to droga wodna! Niemen litewski, nad którym rozpaczała niegdyś Ryngałła, siostrzyca Witoldowa, oddana jako zakładniczka wielkiemu komturowi krzyżackiemu, wiąże się kanałem tym z Wisłą — rzeką polską. Pomiędzy r. 1824 a 1839 przekopano ponad sto kilometrów kanału, a cała droga wodna od Niemnowa przez Czarną Hańczę, Nettę, Biebrzę i Narew do Modlina przebiega 465 kilometrów i 21 śluz. W okolicach Augustowa leży główny rezerwuar wody dla kanału. Zasilają go jeziora Sajno, Sajenek, Necko, Rospuda, Krechowieckie (dawniej — Białe), Studzieniczne, Serwy, Mikaszewo i kilka drobnych, do rozlewisk raczej podobnych lub do bagien, sitowiem i grążelami zarosłych, a przeciętych korytem niewidocznem w ich ciemnej toni.
Jezioro Necko, majestatyczne w swym niewzruszonym spokoju, obramowane otokiem boru, tam i sam ukazuje osypiska złotych piachów, wybiega płaską, cichoszmerną falą na wąski zdziar u stóp stromych spychów, uwieńczonych zielonemi koronami sosen, niby dziewice zalotne, wpatrzonych w łyskliwe zwierciadło wodne. Ale puszcza tu bardzo ucierpiała i — nie dziw! Przecież powstało tu miasto, przebiegła kolej, srożyła się wojna, a ogień, towarzysz człowieka, zażądał też ofiar bez liku. Puszcza została tu mocno przetrzebiona, a nawet całkiem znikła na jednym odcinku, gdzie teraz zbiega ku wodzie brzeg nagi, łąkowy — bogate pastwisko dla trzody.
Głęboka, czysta toń jeziora ukazuje białe dno, grzywy wodorostów i ryby — mieszkanki głębi. Z trzcin nadbrzeżnych z łopotem zrywają się dzikie kaczki i — czujne a płochliwe — opadają na odkryte miejsca; perkozy czubate bezdźwięcznie, nie wspieniwszy wody i nie plusnąwszy, dają nura i wypływają hen — daleko, oglądając się wokół. Gdzieś kwili jastrząb i grucha turkawka. Na północ od Necka odchodzi długa i szeroka zatoka, zwana jeziorem Rospuda. Okalają ją zarośla nadbrzeżne, gąszcz stłoczonych krzaków i obfitość sita; tu w haszczach wpada rzeczka tejże nazwy, wijąca się wśród krzaków, zwisających nad jej powolnym prądem, niby olbrzymia węgorzyca, cała w oplocie pędów lilij wodnych i grzybieni. Źródła jej biją z ziemi, gdzie ongiś gospodarzył pan w czerwonym pałacu, wspaniały dziwak — Pac. Tuż nad jeziorem przykrą plamą znaczy się stara „binduga“ — dwa wysoko wzniesione przylądki — nagie, poorane piasczystemi bruzdami po spuszczanych na wodę pionach sosnowych z porębów okolicznych. Cicho tu jest, tak cicho, że człowiek drgnie, gdy ryba pluśnie wśród grążeli i zaszeleści jej sztywnemi liśćmi. Widocznie oddawna nikogo tu nie było, bo szara czapla w zadumie tkwi na zwalonym pniu, czatując na ryby czy też drzemiąc spokojnie.
Necko łączy się z długiem jeziorem Krechowieckiem przezwanem też trafnie — Białem. Blada w niem woda i białe dno, po niskich brzegach płaty białej piany, a nawet niebo nad niem jest bledsze, niemal białe. Zgiełkliwe to jezioro! Turkocze tartak, pokrzykują flisacy, sortując tratwy, buduje się gmach yacht-klubu, dobiegają odgłosy z koszar ułańskich; na przeciwległym brzegu harcerze rozbijają namioty, jęczą rybitwy, jakiś włóczęga — żebrak, zaszywszy się w haszcze, zarzuca wędkę i śpiewa coś fałszywie.
Śluza Przewięź otwiera przejście do jeziora Studzienicznego. Jest to już druga śluza; pierwsza bowiem znajduje się w samym Augustowie; budował ją przed r. 1830 porucznik inżynier Jodko. Dokoła jeziora skupił się bór sosnowy, wybiegający na wysunięte daleko przylądki. Na jednym z nich widnieje biała kapliczka, a dalej wśród drzew — drewniany kościołek z cudownym obrazem, do którego z Augustowa udaje się doroczna procesja.
Przy spływie z jeziora brat polityka i historyka Lelewela — kapitan-inżynier w r. 1826—27 wybudował tu śluzę, za którą zaczyna się kanał przekopany. Do jego brzegów dopada las, lecz na niewielkiej jednak przestrzeni, gdyż mieszkańcy Czarnego Brodu i Żyliny walczyli z puszczą zaciekle, aż zdobyli sobie spore szmaty roli, gospodarując na niej zapobiegliwie. Świadczą o tem schludne, pobielane wapnem domki o dachach gontowych. Tam i sam pozostały jeszcze mosty, podczas wojny światowej przerzucone przez kanał. Ich pale podgniły już, częściowo się zapadły i zatonęły. Sączy się od północy niewidoczna wśród haszczy, wyrosłych na bagnistej ziemi, Sucha Rzeczka, łącząc ogromne jezioro Serwy z ogólną siecią kanału. Charakter lasu zmienia się wyraźnie. Sosny odbiegły gdzieś i ukryły się za pagórkami, a na moczarowatej glebie panują drzewa liściaste z domieszką świerków. Wśród lasu widnieją drobne osady i samotne zagrody. Kanałem płyną tratwy lub stoją śród tataraków, sitowia i liści nenufarów na szerokich plosach, zalanych wodą bagnisk lub drobnych jeziorek. Płynąc łodzią, kajakiem lub motorówką, turyście wypadnie przepłynąć przez kilka jeszcze śluz jedno- lub dwukomorowych, jak: Gorczyca, Perkuć i inne, przeciąć kilka jeziorek, głębokich, o dnie ilastem, z którego wypływają na powierzchnię wody połyskujące liście grążeli, a przy bagnistych, niedostępnych brzegach stoją zarośla sitowia. Za jeziorkiem Orlewo puszcza dociera znowu do koryta kanału, który po prostej linji biegnie pomiędzy dwiema ścianami boru. Mroczno tu i cicho. Nad czarną wodą przelatują drozdy, dzikie gołębie i dzięcioły. Do brzegu zbiegają wąskie ścieżki, wydeptane przez sarny i dziki. Błyskotliwe, przyodziane w roziskrzony zielenią, lazurem i złotem pancerz zimorodki zamarły na zwisających gałązkach leszczyny, zapatrzone w nieruchomą niemal wodę. Czatują one na ryby, ale cóż upolować potrafią w kanale? W najlepszym razie ukleję lub piskorza, w najgorszym — kolczastego ciernika. W głuchem uroczysku, zdala od zagród, jakieś przygarbione i ponuro staruchy szukają czegoś wśród kolumn sosnowych. Spostrzegłszy łódź, odchodzą w głąb boru i kryją się za młodą poroślą. Cóż one tu robią te szare, tajemnicze postacie o siwych kosmykach włosów, wybijających się z pod czarnych chust? Zapewne są to znachorki, co przetrwały do naszych czasów w tych okolicach puszczańskich. Szukają w borze i zrywają kwiaty arniki, babki — dobre, pomocne na rany, żywokost, bagno, jałowiec, macierzankę, dziewannę, rdest — niezastąpione przy łamaniu kości, reumatyzmie, „namożeniu“, spuchnięciu, bólu żołądka, zadyszce; belicę — jedyną na apetyt, czarne jagody — na biegunkę, łopian — skuteczny na wypadanie włosów, wrzos, co pozwala osądzić, czy dziecko będzie żyło, czy też sądzona mu jest rychła śmierć, paproć, leczącą suchoty; skrzyp przybrzeżny — niezawodny środek na chory pęcherz i nerki... — wszystko wiedzą te czarownice stare o twarzach pooranych zmarszczkami, o spojrzeniu nieufnem, ponurem, jak ciemny matecznik na moczarze. Przechowały one w pamięci najdawniejsze nawet talizmany czarowne — kopyto łosiowe na „wielką“ chorobę i pas ze skóry turzej, co połóg czyni lekkim i szybkim. Dalej wesoła, roześmiana i krzykliwa wataha dziewuch zbiera i łuska orzechy i do koszyków łubianych wrzuca borowiki przysadziste i jędrne; koło brzegu chłopaki dziurawą siecią gnębią cierniki, a wrony węsząc zdobycz, pokrzykują, usiadłszy na najwyższych gałęziach.
Płynąc wodną drogą pomiędzy kolumnadą sosen, wyczuwa się nieustępliwe pytanie: „gdzie ja to już widziałem? Skąd sączy się ten spokój, ta cisza potężna i kojąca?“ W pamięci powstają nagle obrazy Böcklina. Ten sam koloryt melancholijnej, tajemnej przezroczy, ten sam wyraz niezmąconej, majestatycznej ciszy, pełnej mistyki natury i wyczucia nieskończoności życia w przejawach widzialnych i niewidzialnych. W nastroju mądrego spokoju wypływa turysta na zwierciadło długiego i wąskiego jeziora Mikaszewo i tu porywa go nagle powódź słoneczna, bujna, rozradowana bezmiernie. Bije z nieba, gdzie słońce wylewa roztopione złoto, a ono, wpadając do wody gorącemi bryzgami, rozpryska się na jej połyskliwej powierzchni, wisi i drga w powietrzu, ni to promienna świetlista mgławica, pełna szczęścia i sił potężnych. Brać je stąd można dowoli.
Kto zamierza dostać się w głąb puszczy, ujrzeć i wyczuć niemilknące tętno jej serca, ten musi rozpocząć konną lub pieszą wędrówkę od śluzy, położonej niedaleko wsi Mikaszówka. Za nią ku wschodowi kanał łączy się z Czarną Hańczą, a następnie wielkim przekopem od Kurzyńca wychodzi na Niemen w Niemnowie o trzy mile poniżej Grodna, przecinając tu miejsca słabo już zalesione, o puszczy mocno przetrzebionej, a nawet bezleśne od Rudawki do Dorguńskiej i od przecięcia kolei aż do ujścia. Jakżeż piękną i nigdy niezapomnianą podróż będzie miał kajakowiec z Warszawy, Płocka, Krakowa a nawet z Gdańska! — Ileż pełnych uroku widoków, czarownych wrażeń i spostrzeżeń! Przed świtem ujrzeć tu można idące na wodopój sarny, dziki i wilki, w haszczach mignie mu wieniec jeleni lub śmignie żółta kita lisa, z krzykiem i łopotem zrywać się będą stadka kaczek, cietrzewi i głuszców; kuliki i czajki zabawią go swym chybotliwym i zygzakowatym lotem, a z ciemnej toni rzek i jezior wędką wyciągnąć można sielawy, certy, na bystrzu zaś Czarnej Hańczy — pstrągi nawet i pstrągo-łososie, co to z morza przez Niemen tu zapływają. Nietrudno tu o inne jeszcze widowisko, drażniące i podniecające. Tam orzeł spadł na czaplę lub żórawia, tu jastrząb upolował cyrankę, tam znów — kania chyża lub rarog duży krąży nad gniazdem kuropatw lub lęgiem zajęczym. Mazurzy — rybacy i oracze pokażą i żartobliwie opowiedzą o ptactwie mnogiem, co tu śpiewa, dzwoni, kwili, turka i kokcieli. Bargieł, jak „bartnik po pniu mknie i robaki nosem ostrym grzebie“’, czajki, które „w zwierza i w człowieka z góry, drąc się „biją““; chróściele, czyże, czeczotki „lotu wieszczego“, drapieżne sokołki — drzemliki i dzierzby, „goniące ptaka nie prędkością, lecz trwałością lotu“, drozd, co „prezentuje w sobie głos człowieczy żywy“, dzięcioły, dudki, których „zapach smuci“, dzwońce, dzierlatki, gołębie, turkawki, grzywacze, jarząbek furkotliwy a ciekawy i „nocny ptak lelek, co ma to przyrodzenie, iże miłuje ciemne, nocne cienie“, krzywonos — „ptak borowy, miłośnik sosnowy“... ale czyż można wyliczyć tu wszystkie ptaki puszczy i dodać do nich mazurskie przygaduszki, zebrane w XVI-ym wieku przez imć pana Mateusza Cygańskiego, skorego do klecenia wierszy (acz pisać nie umiał) a tęgiego myśliwca na ptaki: od orła i kruka aż do barwnej sójki, żołny żółtej a nawet do pospolitej ledwuchy i trznadla?!

DO SERCA PUSZCZY

Od Mikaszówki i osady leśnej — Jazy przeciąć należy drugie serce puszczy — prawdziwą knieję, a w tym celu dotrzeć do Starożyna, uroczyska Ciercierz, Hanus i leśniczówki, zwanej Borsuki w nadleśnictwie Rudawka. Jest to taki szmat puszczy, gdzie widzi się, jak na dłoni, cały jej charakter, życie tajemne i odbywającą się w niej walkę drzewostanów. Przed oczami, niby zmienna panorama przesuwają się różne krajobrazy: w jednem miejscu bezpodszytowe bory sosen gonnych, w drugiem bór sosnowo-świerkowy, tam grond dębowy, tu znów przeważają graby i olchy, dalej mateczniki splątane i zwichrzone, bajory nieprzezwyciężone, gdzie ryś chyba jedynie przebija swój trop; bagna, gdzie wśród leszczyn, brzóz i niskich świerków, okrytych płaszczem porostów i bladych mchów wiszących, kwitną różne gatunki storczyków, gdzie żerują dziki i udeptują sobie legowiska basiury, wyjące po nocach i świecące „lampami“. Na skraju tego ostępu puszcza raptownie rzednie, bo dotknęła ją klęska wypasów bydła, owe „latowiska“, tępiące młodą porośl i niszczące lęgi zwierzęce i gniazda ptactwa łownego. Tam też wielkie wyręby i golizny świadczą o zbrodniczej robocie najeźdźców — Niemców w r. 1915—18. Zresztą o wojnie światowej pamiętają tu nietylko sosny i dęby, ale i ludność miejscowa, w puszczy zaszyta, jak jaźwce po norach. Tutaj bowiem skończyła się niewyjaśniona dotychczas tragedja armji rosyjskich generałów Samsonowa i Rennekampfa i, jak widocznie chciała Nemezys dziejowa, w tych właśnie ostępach, gdzie od kuli i stryczka moskiewskiego ginęli w r. 1831 powstańcy nasi i partyzanci bohaterskiego Szona! Przypominają o tem mogiły ich i cmentarze na pobojowiskach. Przebąkują tu smolarze, kołodzieje i kłusownicy miejscowi o skarbach w złocie, zakopanych przez ginących i branych do niewoli Moskali. Wydobyto tu nawet podobno z jakiejś studni pułkową kasę żelazną. Niemcy nietylko zrabowali puszczę augustowską, wyrąbawszy około 17 000 hektarów, i wywieźli aż 4 miljony metrów sześciennych drzewa surowego lub przerobionego na zbudowanych naprędce tartakach, ale i wypalili ją, sięgając do najdalszych mateczników, a gdy odeszli, to niby sprzymierzeńcy niemieccy — szkodniki — kornik świerkowy i ćma sówka chojnówka zabiły świerki i sosny na obszarze 4300 hektarów. Na terenach, wytrzebionych przez Niemców, podniosły już wprawdzie korony młode sosny, świerki i brzozy, ale ucierpiały znacznie od obfitych śniegów. Przed paru laty pod brzemieniem ciężkich czap śnieżnych pochyliły się cienkie ich strzały, powyginały i poskręcały i stoją teraz jak te kaleki pokraczne, jak te garbusy, w pałąk zgięte, a nawet jako leżanina i posusz śniegołomu. W innem znów miejscu przemknął snadź wicher szalony i nagromadził zwały i zasieki burzołomów, które, niby potworne ośmiornice, ciągną na wsze strony macki — korzenie. Dzikie to są mateczniki, to też jeleń, kozioł sarni i odyniec błąkają się tu swobodnie, niepłoszone nawet przez człowieka, chyba że zakradnie się tu kłusownik z osady puszczańskiej albo wilk wytknie swoją „latarnię“ z gąszczu podszytu. Tutaj mają swe gniazda i tokowiska cietrzewie i głuszce, piszczą tu jarząbki.
Połyskują tam i sam złote gwiazdki arniki, gdyż tu właśnie przebiega jej południowa granica. Różne zioła lecznicze wyzierają z próchnicy i mchów; niektóre z nich zbrodniczym służą celom, jako trucizna, inne — zwalczają choroby i jad płaskogłowej żmiji. Naogół zaś ludek puszczański żyje długo i nikt się nie dziwi, gdy jakaś starucha lub siwobrody dziad do stu i więcej leci dociągnie. Są i tacy, co usną na zawsze dopiero w 120-tym roku życia. Smutek ogarnia na wieść, że już naprawdę odeszli. Biło z nich bowiem źródło klechd przedziwnych i coraz bardziej zapominanych gadek o dziejach i ludziach listopadowych i styczniowych, gdy to rozlegały się pierwsze odgłosy młotów kowalskich, wykuwających niezawisłość Polski. Pamiętać o tem nadal będą tylko sosny, świerki i dęby wiekowe, ale te milczące kolumny i konary gaworzą nieznaną człowiekowi mową.
Leśniczowie chronią puszczę i jednocześnie zabierają jej bogactwa bezmierne. Wre tu walka z ogniem, pędrakiem, sówką i kornikiem, odbywa się zalesienie wyrąbanych i spalonych rewirów, przekładają się nowe drogi, wykonywa się racjonalny wyrąb lasu, jego wywóz z puszczy, obróbka, planuje się gospodarstwo rybne, dla którego znaleziono idealne tereny, z zapewnionym rynkiem w Białymstoku i Grodnie. Niedarmo przecież mówi się o Suwalszczyźnie „piaski, laski i karaski“. Leśniczowie i gajowi mają tu pracy powyżej głowy, bo przecież na ich odpowiedzialności leży bezpieczeństwo lasu i zwierzostanu. Kłusownicy śledzą bacznie, gdzie i kiedy zajęci są gajowi, i wybierają się wtedy na łowy zakazane. Nic ich od tego odwieść nie zdoła. Mazur urodził się kłusownikiem — i w tem trwa.
Z tego matecznika, gdzie w jasny Boży dzień spotkać można wilka lub dzika, przechodzącego przez ledwie znaczącą się w haszczach ścieżkę leśną, nietrudno kilkoma drogami dostać się nad jezioro Serwy. Jest to jedno z największych jezior puszczańskich, długie na jedenaście kilometrów, chociaż tę znaczną jego rozległość maskują lesiste wyspy. Rybne jest to jezioro, a dumę jego stanowią smakowite sieje i sielawy, znajdujące głębokie i bezpieczne schrony na dnie Serw, gdzie biją zimne źródła. Dokoła jeziora na wysokim brzegu północnym podrasta bór sosnowy na piachach, na południowym widnieją zarośla olszyny, leszczyny i grabów, za niemi zaś — ubogie role — szare, beznadziejnie jałowe. Mimowoli przychodzi na myśl gorące życzenie, aby czemprędzej i jaknajenergiczniej skierowano tu ruch turystyczny, bo stanie się on źródłem prawdziwych rozkoszy dla sportowców, a jednocześnie — zarobków dla ludności okolicznej. Na wysokim brzegu Serw wznosi się malownicze schronisko turystyczne, w którem każdej wiosny ta lub inna szkoła zamyka kurs nauk rocznych. Młódź ma tu doskonałą plażę, przystań dla łodzi, boisko, sport rybacki, a powietrza, przesyconego ozonem i żywicą, więcej tu jest niż nawet wody w jeziorze. Głębokie i spokojne Serwy, zdobne w zielone wyspy, pełne nieoczekiwanych zatok, przesmyków i gęstych zarośli sitowia, szeleszczącego pod nawisającemi gałęziami grabów, brzóz i olszyn, posiadają piękne i malownicze zakątki, zasługujące na zwiedzanie ich i uwiecznienie pędzlem lub bodaj aparatem fotograficznym. W dni pogodne lśni się złota, niczem nie zmącona tafla jeziora, a drzewa nadbrzeżne, zda się, mają dwie korony, jedną — ciągnącą się ku słońcu, drugą — zanurzoną w toni; wieczorem staje się ona różową, fjoletową i perłową, a drzewa czarne i nieruchome nie odbijają się już w głębi i stoją zadumane, czy rozmarzone. Zapewne smutne i gorzkie mają myśli. Nie zapomniały przecież o tem, jak nielitościwie i chciwie pracowały tu siekiery niemieckie, waląc i wywożąc sosny stare o równych strzałach masztowych i puszczając wszędy pożary leśne.
Jakżeż niepodobne jest to jezioro do innego na południo-zachód od Augustowa położonego — Rajgrodzkiego. Olbrzymi to basen o czterech, głęboko w ląd wcinających się odnogach. Rajgrodzkiem nazywa się odcinek, w południowej części przedzielony od reszty granicą polsko-pruską. Poza tą linją nosi ono inną nazwę — Stackle, łącząc się z jeziorami Białem i Krzywem, na ziemiach Mazurów pruskich leżącemi. Nad tonią wznosi się wysokie grodzisko księcia litewskiego Trójdena i panuje nad całą okolicą. Brzegi jeziora gdzieniegdzie tylko przechowały drzewa liściaste a tuż za rowem granicznym, koło wsi Tworki, — nieduży szmat boru. Przeciwległy zaś niski brzeg pruski, pozbawiony jest lasów. Widnieją tam czerwone dachy jakichś budynków i łąki. Podobno niedawno jeszcze jezioro przegrodzone było siecią, aby ryby z części niemieckiej nie wędrowały na stronę polską. Ryby to są wspaniałe, poszukiwane w stolicy i naszych wielkich miastach: sieje, sielawy i węgorze. W kawałku puszczy pomiędzy bagnem Kuwasy a Jegrznią i Łęgiem, w lasach państwowych w uroczysku Grzędy, założono rezerwat łosi, na które czyha kłusownik, łasy na nie niezwykle.
W pobliżu jeziora Rajgrodzkiego znajduje się inne — Dręstwo. I jeszcze kilka jezior kryje puszcza w swych objęciach: Tajno, Kolno, Kalejty, Blizna, Szlamy, Pierty, Krzywe, Zelwa i wreszcie najpiękniejsze, leżące w ramie borów sosnowych, — Pomorze. Istnieją wprawdzie inne jeszcze, lecz opuściła je puszcza na zawsze, więc przejdźmy obok nich w milczeniu, nie budźmy smutnych wspomnień o tem, że „gdy nie było nas, był las“... Pocieszmy się tem, że puszcza przetrwała i uskokami swemi od południa, zachodu i wschodu po dziś dzień ogarnia największe z jezior tej krainy — Wigry.

GDZIE Z TONI BIJĄ DZWONY

W otoku puszcz Perstańskiej i Przełomskiej kryło się niegdyś to ogromne, kapryśnie rozlane jezioro o brzegach zawile powyginanych, pociętych mnogością zatok, mniejszych zalewisk i przylądków, daleko na jezioro wybiegających. Od niepamiętnych czasów od Mendoga i jego dziadów, łowami tu się zabawiali a nieraz i z Prusami potykali się litewscy kneziowie, tropiąc tury, bawoły, żubry, łosie i niedźwiedzie. Jeszcze w drugiej połowie w. XVI-go puszcze te obfitowały w ostępy żubrowe, o czem pisze Wołłowicz w r. 1559, wymieniając takie ostępy łowieckie, jak Wigry, Ancza, Czarnojeziorne, Grabowiec, Okoliszcze i Wiązowiec. W w. XV-ym — uroczysko Wigrzańskie słynęło jako jedno z najlepszych łowisk kneziów na Wilnie, Trokach i Grodnie. Do puszcz tych, aż pod kopce graniczne litewsko-krzyżackie zapuszczał się łowiec namiętny — Jagiełło i pewnego razu wpadł do zasadzki, urządzonej nań przez komtura rastenburskiego, ale wymknął się Krzyżakom, pozostawiając poza sobą krew wrażą. Wreszcie ostatni Jagiellon, Zygmunt August, umiłował tę część teraźniejszej puszczy Augustowskiej i kilka razy zjeżdżał tu na łowy. Miał nawet swój ulubiony dwór myśliwski nad brzegiem jeziora wigierskiego, gdzie przebiegała granica puszcz Przełomskiej i Perstańskiej.
Jednakże historja jeziora i osiedla, nad niem położonego, związana jest na zawsze z imieniem Władysława Jagiełły. Za jego czasów puszcza nadwigierska nosiła ogólną nazwę — Uhoł. W drodze z Wilna do Krakowa król zechciał zapolować w tem nieznanem mu uroczysku. Liczni goście — myśliwi, tropiąc zwierzęta, natrafili na jezioro i przedostali się na wyspę, połączoną z brzegiem wąskim i bagnistym przesmykiem. Wyspa okazała się istnym rajem łowieckim, gdyż na jej pagórkach i w zalesionych wąwozach zgromadziło się mnóstwo rozmaitego zwierza. Aleksander Połujański, opisując pierwsze łowy w tem uroczysku, zaznacza co następuje:
„Obława przy głośnych okrzykach, biciu w kotły i dźwięku innych instrumentów, przez bakałarza (starego, doświadczonego myśliwca) rychło i doskonale prowadzona, skierowała bieg zwierząt na wspomniany przesmyk, z czego Jagiełło był wielce zadowolony, gdyż chociaż niejednokrotnie widywał żubry, łosie, jelenie, dziki pojedyńczo, nigdy jednak tak wielkiej liczby rozmaitego zwierza razem nie widział. Król zwiedził wyspę i znalazł tam dwóch pustelników, żyjących w małej chatce, uprawiających ogród warzywny i nie obawiających się dzikich zwierząt. Król nazywał starców „wiraj“, co w języku litewskim oznacza mężowie. Od tego słowa powstała nazwa Wiry, a potem Wigry jak dla wysepki, tak i dla oblewającego ją jeziora“. Stądby się więc wzięła nazwa Wigry.
O tej pustelni dowiedziano się znowu w w. XVII-ym, gdy wykryto tu eremitów reguły św. Pawła pustelnika. O tej uroczej samotni posłyszeli znajdujący się w Krakowie kameduli i wyjednali u króla Władysława IV zezwolenie na zbudowanie na wyspie klasztoru i kościoła. Zakonnicy połączyli wyspę z brzegiem szeroką groblą, istniejącą aż do dnia dzisiejszego, zbudowali most na Czarnej Hańczy, przepływającej wpobliżu, aby ułatwić wywóz sosen z puszczy na budowle. Sprowadziwszy rzemieślników, mnisi założyli nad jeziorem wioski św. Magdaleny i Burdyniszki; inne zaś rozrzucili po puszczy sosnowej, w lasach bartnych, w uroczyskach budnych i hutnych, gdzie z rudy wytapiano żelazo. Powstały również młyny, tartaki, browar, gorzelnie i warsztaty kołodziejskie. Ojcowie, z Włoch przybyli, wykarczowali ogromne połacie puszczy, zaprowadzili racjonalną hodowlę zwierzyny w specjalnym rezerwacie i gospodarkę rybną, rozmnażając sieje. Podanie miejscowe przechowało wspomnienie o tem, że jeden z kamedułów, niejaki o. Barnaba, samego djabła oszukał, zmuszając go, aby dostarczył zarybku siej aż ze słonecznej Italji... Zapobiegliwi zakonnicy jednak użyli w tym celu innych, zapewne bardziej pewnych środków komunikacyjno-transportowych. Wkrótce klasztor stał się pastwą ognia. Z pomocą zakonnikom pośpieszył Jan Kazimierz, osobnym przywilejem oddając kamedułom znaczną część puszczy. Mnisi założyli natychmiast budy potażnicze w ostępie Budżegier i rozpoczęli arcyzyskowny handel popiołem i potażem... z Anglją. Sprowadziwszy „kunstmistrzów“ z Włoch, Prus i Anglji, kameduli dodali im za pomocników młodych Polaków i Litwinów i wkrótce wychowali cały zastęp wprawnych budowniczych, cieśli, malarzy, snycerzy, mularzy, zegarmistrzów, kowali, stelmachów, stolarzy, tkaczy i rzemieślników wszelkich innych rodzajów. Bracia zakonni założyli też szkołę rolniczo-ogrodniczą. Szybko potem poszła budowa klasztoru, wzmocnienie brzegów jeziora, rozszerzenie grobli i wreszcie — wzniesienie wspaniałego kościoła Wniebowzięcia Matki Boskiej, ozdobionego obrazami Smuglewicza i artystów włoskich. Otrzymując liczne darowizny, skromny do niedawna klasztor wzbogacił się niebywale, rozrósł się, stając się niemal „udzielnem księstwem litewskiem“. Lecz w roku 1794 rząd pruski wyrugował kamedułów z ich posiadłości i klasztoru. Zakonnicy osiedlili się w Bielanach pod Warszawą. Po nich po pewnym czasie osiedli tu oo. benedyktyni. Wielka wojna światowa prawie zburzyła zbożną pracę zakonników, szerzących oświatę, wiarę chrześcijańską i podnoszących dobrobyt kraju.
Piękny kościół został ogołocony ze wszystkich niemal skarbów sztuki i pamiątek historycznych; mury, ołtarze i posadzka zniszczone. Świątynia z trudem dźwiga się z rumowisk, tylko wieże jej jak dawniej panują nad ogromnem jeziorem, puszczą od południa i zachodu i nad polami uprawnemi — od wschodu, gdzie do naszych czasów o gospodarnych i oświeconych zakonnikach świadczą wioski: Magdalenów, Maćkowa Ruda, Burdyniszki, Rosochaty Róg, Buda Ruska, Tartaki, Leszczewo i Huty nad jeziorem Krzywem. Mieszkańcy ich pamiętają jednak opowieści o „dobrych, starych czasach“.
Wigry — jedyne to jest miejsce, gdzie człek, nie zrywając współżycia z ludźmi, może spokojnie, nie śpiesząc się, uczynić rachunek sumienia, zrozumieć, co uczynił złego i jak winien to naprawić, odetchnąć od zgiełku życia i dojść do równowagi ducha. Cicha puszcza, dobiegająca prawie do samych brzegów, majestatyczne, niby zadumane jezioro, wyspa wigierska, tchnąca siwą, pracowitą przeszłością i myślami bogobojnych pustelników działają kojąco. Tę ciszę odczuwa tu każdy a spływające nań ukojenie przepełnia serce radością rzewną, która zmusza do milczenia niby w obliczu świętości. W takiej to ciszy i skupieniu pracują uczeni polscy w przytulnej stacji biologicznej nad Wigrami i wzbogacają naukę sumiennemi badaniami nad światem zwierząt i roślin wód puszczańskich.
Patrząc ze szczytu wieży kościelnej na nieobjęte okiem rozlewisko jeziorne, na ciemną ścianę puszczy i srebrną wstęgę Hańczy, mimowoli myśli się o dawnych dziejach i wielkich ludziach, o nicości spraw ziemskich i o majestatycznej beznamiętnej mądrości natury, nie uznającej więzów czasu i chwilowych praw i dążeń ludzkich, przepłacanych zawsze potem, łzami i krwią. Czy nie o tem właśnie opowiadają tajemniczem, rozedrganem łkaniem dzwony, bijące z modrej toni wigierskiej? A może budzące się na Wigrach tupoty rumaków chorągwi husarskiej, pogrzebanej niegdyś, jak głosi podanie, na dnie jeziornego rozlewu, ciskają wyrzut namiętny tej obojętności, przerażającej i buntującej serce człowieka?




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.