Psiarek

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Psiarek
Podtytuł opowiadanie
Pochodzenie Nowele, Obrazki i Fantazye
Data wydania 1908
Wydawnictwo S. Lewenthal
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Psiarek.
(opowiadanie).


Wzięto go do dworu przez miłosierdzie.
Matki nie miał dawno, ojciec się puścił na żebry i jemu się kazał prowadzić, bo chociaż nie oślepł zupełnie, ale mało co widział, a robić nic już nie zdążał.
Chodził więc boso, głodny, od wsi do wsi, od chaty do chaty, żyjąc suchym chleba kawałkiem i wodą.
Sypiali latem pod płotem, zimą po szopach, rzadko w ciepłéj izbie.
Psom się musiał opędzać, a ojciec znędzniały, zbolały, nie oszczędzał dziecka.
Jednego dnia zaniemógł idąc na gościńcu, położył się w rowie, przykrył siermięgą, otulił jak do snu, stęknął razy parę i nie wstał więcéj.
Chłopak siedział przy nim, budził go nazajutrz próżno, płakał, aż urzędnik nadjechał. Starego pochowano a jego wzięto, aby odstawić do miejsca urodzenia.
Wodzili go długo, nim się tam dostał, i rzucono sierotę na łaskę gromady. Krewnych, takich, co by się do niego przyznali, nie było. Doniesiono do dworu; nie wiadomo, kto się tam zlitował — kazano wziąć go na folwark.
Posługiwali się nim wszyscy, bo nawet psom pańskim on osypkę dawać musiał: stróż, stróżka, a cóż dopiéro ekonom, ekonomowa, oficyaliści...
Byle przysiadł, ktoś już wołał i kazał mu gdzieś iść, lub coś robić.
Dobrego słowa dać nikt nigdy nie myślał, a strawę i odzież dostawał jakimś zawsze przypadkiem; co drudzy nie pojedli lub nie donosili — ochłapki i łachmany.
O duszyczkę, w tém biedném ciele zamkniętą niewolnicę, któżby się troszczył? Że Iwaś mówić umiał, zawdzięczał to poczciwéj naturze człowieka, która naśladować lubi i musi, powtarza i przedrzeźnia jak ptaszki, co się śpiewać uczą. Jednakże w téj życia jego dobie, ktoby był sobie zadał pracę policzyć wyrazy, które w skarbcu swoim miał Iwaś — znalazłby ich na podziw mało.
Z tych pewnie trzecia część była dla niego pustym dźwiękiem, bez znaczenia. Wielką rozkoszą był czasem sen — bo jest jakby śmierć chwilowa, i chleb, gdy był głodny.
Przysmaków wonią tylko mógł się napawać.
Z przyjaciół, miał naówczas jednego starego psa, z którym się czasem suchym chlebem dzielił.
Na folwarku, przy kuchni, potém w stajni, gdzie podściół wymiatał, doszedł lat kilkunastu. Był chudy, osmalony, ale silny i zręczny.
Zabrakło we dworze chłopca przy kredensie, bo ostatni umarł dostawszy ospy. W przewietrzone jego odzienie przyobleczono Iwasia.
Służba była nowa, któréj uczyć się musiał, ale korzyści jéj tak ogromne, że chłopiec miał się za najszczęśliwszego z ludzi.
Wylizywał talerze, ogryzał kości, udawało się pochwycić potrosze niedojadków pańskiego stołu.
Miał odzież całą i buty.
Smutném było, że bił go, kto chciał, łajał, kto zamarzył; nie odzywano się prawie nigdy do niego, bez jakiego epitetu ornans — ty kanalio, ty łotrze, Iwaś, paskudo jakiś, lub t. p.
Na to wszystko chłopiec ani odpowiedziéć, ani ust nawet otworzyć nie śmiał. Zawołany poruszał się, słuchał, biegł, robił, co mu kazano, i milczał.
W rozmowę z Iwasiem nikt się wdawać nie myślał; był istotą tak dalece upośledzoną, że wszelkiego zetknięcia z nią unikano.
Właściwie były to ręce, nogi, jakaś siła do zużytkowania — nie widziano w nim człowieka.
On zaś sam, ażeby się ośmielił do kogo przemówić, spytać, zażądać czego — nie było przykładu. Wiedział, czul, jakie-by to wywołało oburzenie i pociągnęło za sobą skutki.
Nawykł więc zupełnie się zamykać w sobie, i nie miéć w świecie nikogo, oprócz siebie.
Taki stan sieroctwa, nawet nie wszystkie sieroty dotyka — był on wyjątkowy... i nie mógł pozostać bez skutku na rozwijającego się właśnie, na rosnącego człowieczka.
Tak samo jak na roślinę działa słońce, powietrze, rosa i miejsce, wśród którego rozkłada liście i gałązki — to odcięcie od społeczności ludzkiéj; pozostawienie samemu sobie, musiało oddziaływać na Iwasia.
Chłopiec, aby nie uschnąć i nie zemrzéć, musiał się niejako rozdwoić, być w sobie dwiema istotami — Iwasiem i jakimś bezimiennym towarzyszem jego; musiał mówić z sobą, nauki dawać sam sobie, łajać i pochwalać.
Nie dawało to spoczywać umysłowi, ale ruch jego w ciasnych ramach, bojaźliwie, ostrożnie się odbywał. Ze wszystkich stron jak ściany stały zagadki, co chwila spotykał coś niezrozumiałego.
Uczyło go nie słowo — bo tego nikt mu nie dawał — ale życie, wypadki; gdy dla drugich ono poprzedza czyny, dla niego było ich następstwem, które z mozołem musiał wyciągać z guza częstokroć i bólu.
Nie koniecznie najmilszy i najłatwiejszy to był sposób uczenia się — myślenia, lecz nie dawał spoczywać... chodziło o skórę. Czujnym być musiał.
Brak zupełny towarzystwa, zespolenia z czémś, z kimś, zmusił go szukać sobie znajomości i przyjaciół gdzieś-indziéj, nie między ludźmi. Milczący po całych dniach, z myślą zastygłą, Iwaś oglądał się za życiem jakiémś, któreby ze swojém mógł związać i porównać.
Stało się to, niewiedziéć jak i kiedy, poczęło, nie wiem od czego. Iwaś zawiązał przyjaźń i najściślejsze stosunki ze zwierzętami i roślinami.
Gdy tylko czas pozwalał, największą dla niego przyjemnością było godzinami całemi siedziéć nieporuszonemu, z oczyma wlepionemi — naprzykład w stado wróbli, albo przypatrywać się bodaj pająkom i muchom. Wcielał się tak w ich naturę i czynności, zdawał się je rozumiéć tak, że się do nich uśmiechał.
Nie miał ulubieńszéj nad tę rozrywki, albo raczéj zatrudnienia, gdyż brał tę zabawkę bardzo seryo i dla niego była ona jedyną prawie ważną życia sprawą.
Na wiosnę, gdy z ziemi poczynają kiełkować rośliny, siadał na ziemi i badał, jak się to one dobywają, rosną, rozkładają liście, obracają ku słońcu i przybierają kwitnąć. Niektóre z nich nawet poświęcał nienasyconéj ciekawości swéj, usiłując odkryć — może tajemnicze źródło życia...
Tak samo żywo go interesowały drobne stworzonka, muszki i to mnóstwo bezimiennych włóczęgów, które w trawie i po ziemi nieustannie się zwija, rodzi niedostrzeżone i ginie i odżywa.
Nie było istoty żywéj, któraby nie pociągała Iwasia, chociaż względem ludzi obojętnym był i ledwie na nich patrzył. Uważał ich za nieprzyjaciół, przeciw którym się ciągle musiał bronić i miéć na baczności.
W kredensie nie dawano mu wypoczynku, więc chwile te kontemplacyi, w których mógł zasiąść przypatrywać się, były bardzo rzadkie, kradzione.
Od świtu zaczynała się robota — zamiatanie, czyszczenie, bieganie z posyłkami; rosła ona w ciągu dnia, po obiedzie, czasem nieco późniéj, gdy wszyscy odpoczywali, nieco wolniała, a wieczorem powracała z nową gwałtownością. Dopiéro późną nocą, gdy wszystko było pomyte, poustawiane, gdy ludzie się porozchodzili, pospali, Iwaś mógł spocząć także.
Zdaje się, że pierwszemi przyjaciołmi jego, musiały być psy podwórzowe, z któremi poznał się, wylewając pomyje.
Oczekiwały one na niego zwykle, wychodziły naprzeciw znajomego ceberka, ruszając ogonami; towarzyszyły mu w krzaki za kuchnią, gdzie ceberek wylewał, a potém niektóre z nich, poznawszy jego usposobienie łagodne, ważyły się w okolice i pod same drzwi kredensu.
Z niektóremi z nich Iwaś rozmawiał pocichu.
Lecz myliłby się, kto by sądził, że psy przenosił nad inne zwierzęta; były one dla niego zbyt już cywilizowane i nadto podobne do człowieka. Daleko wolał wróble dzikie i stworzenia, które ze światem, do którego on należał, nie miały związku.
W nich, on bez innego nad instynkt nauczyciela podpatrywał to, co nie wiedział jak nazwać, ale co w jego pojęciu było prawdziwém życiem natury.
Gdyby Iwaś umiał mówić, coby on za śliczne historyjki mógł prawić o muchach, o stonogach i pająkach, których obyczaje tak pilnie studyował.
Największą rozkoszą dla niego było, gdy potrafił odgadnąć, intuicyą cudowną, naprzykład dokąd mucha leci, co robić będzie i jaki ją los spotka. Niekiedy cudownie mu się to udawało; naówczas aż w ręce plaskał z uciechy.
W kredensie, pracując zasmolony, wyrosnął Iwaś.
Natura nie dała mu najmniejszego wdzięku, nawet w młodości.
Był silny, zdrów, wytrzymały, zahartowany — ale twarz miał smutną, na pozór bez wyrazu, rysów nieregularnych, zwiędłą przed czasem, włos najeżony, oczy jakieś, jakby obłąkane. Zdawał się niezgrabnym, poruszał się niezręcznie.
Powierzchownością więc losu, sobie poprawić nie miał nadziei.
Zdawało się, że go natura przeznaczyła do prostéj pracy, do zwierzęcego tylko zużywania siły.
Nie miał nieprzyjaciół, bo posłuszny i cichy, nie narażał się nikomu, słowa nie burknął, nie zniecierpliwił się nigdy, ale pokochać go, ulitować mu się téż nikt nie myślał.
Była to istota obojętna; przechodzono około niego, nie patrząc, nikt się nim nie zajmował.
Gdy nareszcie wzrost już na chłopca kredensowego uczynił go zasilnym, zadużym, jednego pięknego poranku dano mu suknie lokajskie, rozumie się noszone i najgorsze.
Rozpoczynał nowy zawód, jako służka sług, przeznaczony do najutrapieńszych posług, które dla innych były wstrętnemi.
Zawsze jednak była to krescytywa.
Z niezmierną czułością spojrzał Iwaś na swojego następcę, chłopaka nieskończenie żwawszego i więcéj rozbudzonego, niż on był.
Jako lokaj początkujący miał wprawdzie robotę za wszystkich, ale zawsze więcéj wśród niéj chwil wytchnienia i swobody.
Wyrobiło się o nim naówczas przekonanie, które, jasno sformułowane, on sam podsłuchał.
— Głupi chłopiec, tępy, ale pracowity i nie ma złych nałogów. Niewiele z niego zrobić będzie można, ale się na machinę wykształci nie gorszą od innych.
Iwaś niezupełnie to zrozumiał, lecz rzecz była zresztą dla niego obojętną. Nigdy nie miał żadnéj nadziei i żadnych pragnień, nie czuł się zdolnym do władania sobą i los swój zdawał zupełnie na ludzi.
Co z nim miano zrobić? Więcéj czuł ciekawości niż strachu.
Prawie w ten sam czas, gdy Iwaś przeobleczony został lokaikiem, panicz przyjechał na wakacye. Dano mu go do posług.
Młode chłopię było żywe, ogniste, ciekawe, rozpuszczone i wydało się Iwasiowi przynajmniéj tak ciekawe, jak wróble.
Bawił go nadzwyczaj Alfredek, który w Iwasiu chciał napróżno znaléźć powiernika, towarzysza, wspólnika do wybryków, a znalazł tylko sługę, ale bezprzykładnego poświęcenia.
Iwaś czuł, że było zupełnie naturalném, aby on poddał się temu temperamentowi stworzonemu do rozkazywania; słuchał go z rozkoszą, gotów był skoczyć w ogień i w wodę.
Bawił go panicz.
Alfredek nadużywał chłopca z egoizmem młodości chciwéj życia, ale złym nie był.
Zaraz w czasie tych pierwszych wakacyj, palec mu u lewéj ręki ustrzelił, lecz Iwaś ani pisnął, ani się poskarżył. Dostał za to starą chusteczkę na szyję i dwa złote.
Bez palca tego doskonale się obchodził, a rana zgoiła się bardzo prędko.
Następnego roku nogę złamał, usiłując przy koniu pomódz Alfredowi i ratując jego. Leżał dosyć długo, ale noga się zrosła dobrze.
Iwaś więcéj się przez to przywiązał do Alfreda niż on do niego, to pewna.
Pan niewdzięcznym nie był, lecz zdawało mu się, że Iwasiowi niewiele potrzeba. Byt Iwasia nie polepszył się, tylko więcéj nierównie miał czasu na swe zabawianie się naturą, ptakami, robakami i wszelkiém bożém stworzeniem.
Było mu to zawsze najulubieńszém zajęciem.
Ale miłość ta i ciekawość stworzeń różnych nigdy go nie skłoniła do łapania ich i osadzania w niewoli. Instynkt jakiś mówił mu, że naówczas już by ich takiemi, jakiemi są, nie widział, ale jakiemi się stają w pętach. Ogród był dla niego rajem a najdziksze kąty najrozkoszniejszemi.
Bardzo naturalném téż było, że ta ciekawość życia zapoznała go z pasiecznikiem i zbliżyła do pszczół; zachwycony został ich rozumem.
Byłby może nazawsze pozostał tak na wsi, nie wychodząc poza dwór, ogród i pasiekę, gdyby wojna nie wybuchła, a panicz nie potrzebował iść na tę wojnę.
Złożyło się tak, iż pachołka wierniejszego dać mu rodzice nie mogli nad Iwasia.
Z początku ta ogromna zmiana, która wprawić miała w ruch, pchnąć w świat, przeraziła go; ale Alfredek był wesół, radował się i śmiał z trwogi swego sługi. Iwaś musiał być posłusznym.
Nauczono go, co miał robić z koniem, jak się obchodzić z pańską bronią, co czynić, czém i jak.
Z niewygodami był od dawna obyty... głód i chłód znosił lepiéj niż inni.
Gdy wyciągnęli w pole, Iwaś, człowiek nowy, znalazł się tu lepiéj przygotowanym do życia żołnierskiego, niż ci nawet, co z niém byli oswojeni. Odgadywał instynktem wiele rzeczy, bo w naturze tkwi bój i ona do niego potajemnie usposabia.
Zwierzęce niemal rozwinęły się w nim władze i przeczucia.
Nikt nie słyszał w nocy lepiéj najmniejszego w powietrzu drgnięcia, ziemi dźwięku, tego co wiatr przynosił, co mruczało w jego powiewach.
Z podziwieniem późniéj radzono się Iwasia, gdy się jego przepowiednie ziściły nieraz.
W pierwszéj bitwie, Iwaś, zdala przy obozie będąc, oczyma ścigał pana... i przyniósł go rannego na swych rękach, płacząc, a uratował kosztem ran, których nawet nie czuł.
Alfredek winien był mu życie, ale to tak się zdawało obowiązkowém, naturalném, że mu nawet nie dziękował. Iwaś téżby nie zrozumiał podziękowania; serce go poprowadziło.
Długi czas upłynął, nim się ranny wyleczył, nim chodzić począł, nim się wojna skończyła i oba mogli powrócić do domu.
Iwaś miał tyle, jeśli nie więcéj, ran i blizn co pan jego, ale o tych nie wspominał wcale.
Doskonały na wojnie, nieopłacony w obozie, Iwaś w domu nie mógł się przydać panu Alfredowi. Był w najwyższym stopniu niepokaźny, niepozorny, niezgrabny, milczący i w pokojach czynił wrażenie niemiłe.
Przez czas jakiś los jego zostawał nierozstrzygniętym. On sam, choć mu go wolno było wybierać, nie myślał wcale o sobie. Chciał tylko pozostać w miejscu i przy Alfredzie.
Nie rozumiał życia gdzieindziéj, tylko tu, gdzie był od niepamiętnych czasów.
Po długiém wahaniu się, dano mu miejsce przy kredensie. Powracał niejako do swych wspomnień dziecinnych, do lat chłopięcych.
Taż sama obojętność na los, która go dawniéj odznaczała, została cechą jego charakteru. Nic nie żądał, niczego się nie spodziewał, sam nic dla siebie wymyśléć nie umiał.
Stara miłość zwierząt, gdy powrócili na wieś, obudziła się w nim z siłą nową.
Nigdy za to w życiu nie spojrzał na kobietę Iwaś bez jakiegoś strachu, którego sam nie rozumiał. To pewna, że się ich obawiał wszystkich i uciekał od nich.
Czy się do tego przyczyniało to, że go dawniéj chłopięciem baby nielitościwie tłukły? trudno zgadnąć, lecz w życiu żadnéj nie pokochał i ani próbował się zbliżyć.
W rzadkich wypadkach, gdy która sobie z niego zażartować chciała, albo istotnie bałamucić zamierzyła, Iwaś uchodził, wymykał się, unikał i tak był zafrasowany, jakby go największe nieszczęście spotkało.
Wiadomém było wszystkim, że nawet w dłuższe rozmowy z kobietami nigdy się nie wdawał. Odpowiadał nie patrząc im w oczy, zbywał słowami krótkiemi, odwracał się, wymykał.
W kredensie, mimo pracowitości Iwasia, czasu wiele zostawało mu niezajętego. Naówczas szedł albo do pasieki lub w ogród, w gąszcze, kładł się na ziemi i przypatrywał życiu, które go otaczało.
Nikt tak dobrze nie znał gospodarstwa mrówek, jak on, dróżyn, któremi chodziły, ciężarów, które dźwigały, kryjówek, w jakich składały swe zapasy. Poznawał ich wiek po barwie i kształtach.
Tak samo robaczki, ślimaki, muszki, których nazwisk nie znał po swojemu je mianując, miał w pamięci i rozpoznawał wszystkie.
Nikt nad niego obyczaju ptaków, ich gniazd budowy, śpiewu, znaczenia nie wiedział lepiéj nad niego. Niektórych roślin i traw imiona, jakie im lud nadawał, ponauczał się Iwaś, innym sam je wymyślał. Miał między niemi ulubione i wstrętne, przyjaciół i nienawidzonych. Tych gnębił i wyrywał, w chwilach rzadkich większego roznamiętnienia. Wogóle jednak był spokojny, nie poruszał się łatwo, i zimną krew miał zawsze.
Ludzie, wśród których żył, patrzyli nań z rodzajem politowania, był im obcym, oni jemu. Daleko poufaléj czuł się ze zwierzętami.
Tak powoli doszedł Iwaś do lat średnich, nie postrzegłszy nawet, że w tym kredensie i w domu, z którym się zrósł, coraz było biedniéj, głodniéj i chłodniéj.
Zaraz po wojnie to się zwolna czuć dawało.
Alfred naprzód żył bardzo pańsko, potém ożenił się i życie jeszcze się więcéj ożywiło. Pracy było wiele, często po całych nocach.
Hulanki te i zbytki im mniéj na nie stawało, tém większym szałem się odznaczały, jakby się chciano upoić, aby końca nie widziéć. Jeden może Iwaś go nie przeczuwał, nie rozumiał...
Jak piorun to spadło na niego, gdy się dowiedział nagle, iż Alfred majątek sprzedawał, albo raczéj, iż mu go sprzedać miano. Nie rozumiał, czy ma zawsze pozostać przy kredensie, czy iść? dokąd?...
Gdy naostatek i resztki kredensu zostały zlicytowane, poszukał pana. Alfred nie miał nic, wynosił się szukać biednego chleba kawałka do miasta.
Iwaś ani mógł pojąć, ażeby opuścił swego pana; był to jedyny człowiek, z którym go coś łączyło.
Niewymowny, z trudnością Alfredowi mógł się dać zrozumiéć.
— Ale, mój Iwaś, co ja tam z tobą zrobię? Ja sam nie wiem, co jeść będę? Służącego trzymać nie mam za co...
Iwaś nic a nic nie potrzebował.
Naprzód w ciągu życia nic nie wydawał na siebie, więc nie chcąc, grosza zebrał trochę, którego ani liczył, ani o niego dbał; powtóre, mógł pracować... Nie dał się więc odpędzić panu i wybrał się z nim do miasta.
Prawda, że rozczulony tém poświęceniem pan Alfred go uściskał; Iwaś nie wiedział, za co on mu mógł tak dziękować? Szedł za instynktem... inaczéj nie mógł postąpić.
Z nowemi ludźmi żyć nie potrafiłby nigdy.
Z kredencerza wrócił tedy na sługę do wszystkiego, jakim był w wojsku.
Alfred najął gdzieś izdebkę na czwartém piętrze, w alkierzyku barłóg sobie wysłał Iwaś.
Z początku szło jako tako, późniéj pan Alfred nie zawsze trzeźwy do domu powracać zaczął. To była klęska straszna dla Iwasia, który nie pił nigdy nic oprócz wody.
Opłakał to po cichu.
Zamiast znaléźć zajęcie w mieście, znalazł tu stary żołnierz towarzyszy i zabawiał, otumaniał biedę swoję.
Iwaś musiał czatować, aby go na schody wciągnąć, rozebrać, położyć, otulić, przesiedziéć przy nim część nocy. Żałował tego swojego pana, nie mogąc zrozumiéć nałogu jego.
— Musi pić z desperacyi — mówił w duchu. — Taki piękny majątek mu zabrali.
Za temi staremi drzewami, które Iwaś znał od dzieciństwa, i on tęsknił bolejąc, a we snach nigdy o niczém inném prócz nich nie marzył.
Panu Alfredowi uwag czynić, przestrogi mu dawać, nigdyby nie śmiał stary sługa. Myślał, co to będzie? i oczy ocierał.
Z początku wypadki te z paniczem, bo Iwaś Alfreda i teraz jeszcze tak nazywał, trafiały się rzadziéj, potém przypadać zaczęły częściéj coraz, naostatek weszły tak we zwyczaj, że sługa musiał czatować na powracającego, którego zawsze ktoś odprowadzał do wrót kamienicy.
Pomimo takiego życia Alfred, dzięki znajomym, przyjaciołom, rodzinie, utrzymywał się przez czas jakiś, płacił komorne i chodził dosyć porządnie odziany.
Iwaś jednak dostrzegał, że coraz ciaśniéj być musiało.
Gdy zaczynało braknąć na pierwsze życia potrzeby, bardzo nieznacznie, aby panicza nie obrazić, spróbował czerpać z własnych oszczędności, byle mu na niczém nie zbywało.
Pan Alfred wcale się na tém nie poznawał, szło jak z płatka.
Iwaś mówił sobie:
— Do czego mnie to potrzebne? Uchowaj Boże nieszczęścia, a nie będzie nic, no, to co? pójdę żebrać pod kościół; albo to mnie wiele potrzeba! Byle suchar a woda.
W ciągłém prawie upojeniu, pan Alfred nie domyślał się nawet ofiary swojego sługi. Najsmutniejszém to było, że im gorzéj szło, tém biedny stary żołnierz był weselszym. Powtarzał:
— Kiep świat — i zasypiał nucąc piosenkę żołnierską.
Iwaś słuchał jéj i płakał.
Jednego wieczoru pana Alfreda we dwóch musieli wciągnąć na wschody i ledwie na łóżku mogli położyć, tak zbytkował, wyrywał się i dokazywał.
Nazajutrz zachorował mocno.
W domu nie było ani złamanego szeląga. Iwaś dobył swojego skórzanego woreczka i czerpać zaczął z niego, nie myśląc o jutrze.
Alfred téż się niczém nie troszczył. Potrzeba było doktora, lekarstw, dozoru przy chorym, jadła.
Płacił, milcząc, sługa za wszystko.
Z przyjaciół i towarzyszy mało się kto dowiadywał, a nie pomagał tak jak nikt.
Parę razy jednak znalazło się coś na stoliku przy łóżku, ale tego Iwaś nie tknął; Alfred wprędce tém sam rozporządził.
Z chorobą, pomimo starania lekarzy, szło gorzéj coraz.
Jednego dnia w korytarz wyprowadziwszy doktora, Iwaś pocałował go w rękę i śmiał zapytać:
— Co będzie z paniczem?
Doktor mu w oczy popatrzył, poklepał go po ramieniu i ruszywszy głową, rzekł:
— Wstać nie wstanie, ale pociągnie jeszcze...
I odszedł.
Wistocie Alfred ciągnął.
Polepszyło mu się nawet o tyle, że mógł na łóżku siąść, obstawiony poduszkami, i zdawało mu się, że wkrótce wstanie. Przyjaciele czasem przychodzili, grali w karty; zjawiały się butelczyny.
Iwaś szepnął o nich doktorowi, ale ten zbył go obojętném ramion ruszeniem.
Ciągnęło się tak daléj.
Gorzéj bywało, lepiéj na przemiany, a stary żołnierz wysechł na drzazgę i ledwie już dyszał.
W woreczku Iwasia było właśnie może tyle, ile na pogrzeb ubogi potrzeba.
I jednego wieczoru zasnął panicz, aby się już nie obudzić.
Sługa był przy nim jeden, na nim wszystko, ale na chwilę nie stracił potrzebnéj przytomności umysłu. Wcześnie był przygotowany do téj chwili, a nawet w duchu obrachował, co ona kosztować będzie.
Nie zabrakło więc niczego, i pogrzeb ubogi odbył się tak, jak należało, nawet się znalazł towarzysz, co krzyż żołnierza poniósł za trumną na poduszce.
Po pogrzebie, zaledwie Iwaś mógł swoje łachmany wydobyć z alkierza, wszystko opieczętowano.
Znalazł się we wrotach kamienicy, z węzełkiem na plecach i z próżnym woreczkiem skórzanym, w którym kilka tylko złotych pozostało.
Nie umiał sobie powiedziéć co czynić i nie wiedział nawet, gdzie przenocuje.
Szczęściem litościwy stróż domu, który go widywał często, a znał z milczenia i pracowitości, na tę jednę noc dał mu przytułek u siebie.
Długo rozmawiali półsłowami.
Iwaś chciał pod kościół. Stróż mu dowodził, że miejsca żebraków nie stały otworem pierwszemu lepszemu do zajęcia, że się o nie dobijano, i nie bardzo łatwo było dostać się na wschodki. Musiał się wkupić lub wprosić.
Cóż tu było począć z sobą?
Sił miał jeszcze tyle, że coś robić mógł łatwo... ale co i gdzie?
Przychodziło mu na myśl o żebraninie na wieś, choć tam już nikogo nie było, powrócić.
Znał każdy kątek w niegdyś swojéj wiosce. Zdawało mu się obowiązkiem tam pójść umierać.
Kawał drogi!
Przyjaciel stróż nastręczył mu w biednéj ubogiéj kamieniczce dziurę, nie izdebkę, i obowiązki odźwiernego. Tymczasem, było to błogosławieństwo boże. Iwaś tak mało potrzebował, byle gdzie głowę przytulić... Zamiatał więc, porządkował, pracował i zasługiwał się jak umiał, aby go nie wypędzono.
Nawykły do zajęcia jakiegoś, pomimo, że je sobie wyszukiwał, że się do niego nastręczał, okrutnie nudził się długiemi godziny.
Siadał naówczas w swojéj dziurze, i myślał.. Błądził po pustéj i wymarłéj przeszłości swojéj.
Izdebka była zdawna zaniedbana i opustoszała. Przed Iwasiem mieszkały w niéj i rządziły się swobodnie myszy. Z wielką przyjemnością ujrzał on je, powracające nieśmiało.
Żywo przypomniała mu się młodość owa, gdy ze zwierzętami myślą i duchem obcował...
Myszy, jakby w nim przeczuwały przyjaciela, oswoiły się wprędce. Miał więc przyjemność przypatrywać się im, wkrótce coraz swobodniéj harcującym po podłodze. Żywił je okruszynami swojego chleba i stworzył sobie z nich właśnie takie towarzystwo, jakiego mu było potrzeba.
Rozumieli się, jak nie można lepiéj... Znał z nich każdą osobiście... a one się go bynajmniéj nie obawiały.
Oprócz myszy izdebka obfitowała w pająki, które sieci swe swobodnie po kątach rozpościerały. Bawiły i one Iwasia i znajdował je rozumnemi bardzo.
Być może, iż inne jeszcze pomniejsze stworzenia nie uszły jego baczności, bo to pewna, iż nigdy żadnego żyjątka nie zabił, ani się niém brzydził.
Życie, we wszystkich swych tajemniczych przejawach, było dla niego rzeczą jakąś świętą... wielką, poszanowania godną.
W dziedzińcu zamiatając, razu jednego znalazł Iwaś zrzucony niewiadomo skąd wazonik rozbity, z resztką ziemi i tkwiącą w niéj na pół zeschłą nieznaną roślinką.
Stał długo nad tym trupem i myślał... Naostatek wziął go i zaniósł do swéj ciupy.
Ziemię poprawiwszy, doniczkę związawszy, podlawszy zwiędłą roślinkę, począł ją hodować.
— A nuż? — mówił sobie.
Zeschła nasturcya, bo ona to była, cudem jakimś przyszła do siebie z omdlenia i poczęła blade puszczać listki; blade, bo światła było tak mało i tak biedne, że zabrakło promieni, któreby ją pomalowały zielono.
Zawsze to jednak było... życie!
Iwaś tryumfował prawie tak, jakby je człowiekowi ocalił.
Myszy straciły trochę jego serca... całe niemal wrosło do wazonika...
Oprócz nasturcyi, puściły w nim dokoła jakieś trawy i mchy z nasionek w ziemi uśpionych...
Iwaś ich wyrywać nie śmiał.
Dla niego trawa miała też same prawa do życia co najwspanialsza arystokracya kwiatowa.
Jedna doniczka, jakim sposobem potém pomnożyła się towarzyszkami kilkoma na oknie, o tém wiedział tylko on, co je gdzieś na bruku i śmietniskach pozbierał.
Ogródek był osobliwy, z którego śmiałby się każdy, oprócz tego, co go stworzył. Dla niego było to czémś tak piękném, jak najwspanialsze orchidee, które się złotem opłacają.
Godzinami siedział nad niemi i podziwiał, podziwiał to życie, które się tak cudownie dobywało z niczego... z siłą niepochwyconą...
Gdybyśmy zaręczyli, że Iwaś bywał szczęśliwym w swych kontemplacyach natury téj biednéj, chorowitéj, cierpiącéj, niktby nie uwierzył; ale jemu tak mało było potrzeba...
Zwolna dziecinniał, powracał do tego stanu ducha i umysłu, z jakiego wyszedł.
Był to ten sam Iwaś, który, przy kredensie pomywając, legiwał pod płotem wśród pokrzyw i przyglądał się na wiosnę kiełkującéj trawie.
I tak, jednego dnia rano, gdy się na podwórzu o swojéj nie pokazał godzinie, gospodarz wszedłszy do izdebki zastał go na łóżku ostygłym... a wśród podłogi tańcujące myszy, które się przerażone rozbiegły.
Na oknie kwitła nasturcya, chora na bladaczkę...

1886.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.