Disce

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Disce
Podtytuł fragment
Pochodzenie Nowele, Obrazki i Fantazye
Data wydania 1908
Wydawnictwo S. Lewenthal
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Disce.
(fragment).


Dante mnie wiódł do niego.
Mrok naprzód gęsty, potém ogarnęły nas ciemności. Staliśmy na jakimś skraju ziemi — krok daléj była przepaść — mnie nogi więzły do skały... Wlepiłem oczy w czarną zasłonę nocy, którą mi wskazywał poeta... Lecz nie widziałem nic jeszcze... Z ciemnego tego tła, w którego głębinach seciny tysięcy lat utonęły i znikły — zwolna przed oczyma mojemi począł się wynurzać szereg postaci w koronach, z berłami w dłoni. Na ramionach jednych siedziały orły ze skrzydłami opuszczonemi, u boku innych stały lwy z paszczęką krwawą; pod stopami jednego leżał smok włócznią przebity.
Z tych cieniów ostatni, w głębi stojący, zanurzony był napół w mrokach i ledwie dojrzéć się dawał, — najbliższy leżał na ziemi w rozdartym płaszczu, z obnażoną głową. Trup to był jeszcze za żywota...
W tym świecie przeszłości, prawa wzroku na opak były zmienione. Najdalsi, w mroku stojący, wydawali się olbrzymami, daléj zmniejszały się cienie, najbliżsi karłów mieli rozmiary.
Niektórzy naprężali się, aby swoich poprzedników dorosnąć — napróżno — do łątek byli podobni.
Oblicza zamglone, dalekie, na krańcach, rycerskie były, poważne, majestatem odziane. Szły po nich dumne, aż w końcu bezwstydne, zmęczone. Ostatni — trup leżący na ziemi, zamiast oręża i berła, trzymał chusteczkę batystową podartą, którą łzy niewieście ociérać musiał.
W tym długim cieniów łańcuchu szukałem jednego tylko. Pomiędzy Francuzem, w którym czuć było pół Włocha, z piórkiem nad czołem i kolczykami brylantowemi w uszach — a Szwedem, w którym kropla krwi Jagiełłów płynęła, ujrzałem go... Stał odosobniony, oparty na krzywéj szabli, w kołpaku z piórem zamiast korony, odziany pancerzem żelaznym, okryty płaszczem zszarzanym w bojach. Twarz miał bladą i ogorzałą, płeć ciemną, włos czarny. Tuż za nim z głową do góry, z brwią ściągniętą, oparty na hetmańskiéj buławie, z księgą pod pachą — stał, jak na straży, mąż rozumnego oblicza.
Czy hetman był królem? czy król hetmanem tylko? nie podobna było rozeznać, ani na jednego patrząc, nie widziéć drugiego. Zrosłemi z sobą być się zdawali.
W tym cieniów świecie milczącym, myśl nie potrzebuje głosu, aby na jego skrzydłach uleciała; niewidoma przebywa mil tysiące i dostaje się tam, dokąd je wola posłała.
Widziałem, jak się zmarszczył, czując, że myśl czyjaś nad nim ulatywała.
Dźwięczało w niéj wiekopomne: — Disce, puer!
Ściągała mu się brew i falowało czoło, szukając w pamięci tego ubogiego chłopięcia, które spotkawszy idące do szkoły, uginające się pod ciężarem dźwiganéj księgi — obdarzył nieśmiertelném słowem.
Na obłoku, nad głową jego, zarysował się obrazek...
Był dzień jesienny, słotny i zimny. Szare chmury goniły się na niebie zamgloném. W ulicach Wilna świeciły błotniste kałuże. On i hetman wracali pieszo z téj góry, na któréj urwisku stanąć miała wieża grobowa dla Bekiesza, bo dla kacerza na cmentarzu miejsca nie było.
Wróg, współzawodnik, przyjaciel od serca potém, Bekiesz miał tu pomnik otrzymać z ręki Stefana.
Król szedł smutny — Zamojski zadumany o ludzkich losach.
Przed niemi na pustym placyku nie było nikogo, krom chłopięcia idącego do szkoły. Był to pauper z miseczką drewnianą u pasa, w połatanym kubraczku, w skórzniach sznurkami pościąganych, w czapeczce staréj z uszami. Twarz miał bladą, policzki wpadłe, ale w oczach jakąś gorączkę i męstwo.
Ciężka, ogromna księga w drzewo oprawna, z mosiężnemi klamrami, spoczywała na słabém ramieniu, ale ją dźwigał dumnie a śmiało, choć mu pot lał się z czoła.
Stanął król i usta mu się otwarły, z poza warg uśmiechniętych wilcze białe zęby błysnęły. Czekał. Gdy chłopię się zbliżyło, uderzył je po ramieniu.
Pauper podniósł ciekawe, ale nieulękłe oczy.
Disce, puer — odezwał się król — faciam te Mości panie!...
Zamojski szepnął dziecku:
— To król.
Chłopak zwolna poprawił księgę, zsuwającą się z ramienia, i zdjął czapczynę, a król powtórzył mu: Disce, puer.
Siłą tego słowa, dzieciak później urósł na dostojnika kościoła, ale naród, który je słyszał, nie wziął do serca.
— Nie wiem, czy ten, komum rzekł: Disce, zrozumiał mnie w téj chwili... — począł mówić cień — ale zrozumiał słowo. Naród je słyszał także, ale nie zrozumiał nigdy.
Przyszedłem do niego więcéj jako nauczyciel, niż jako żołnierz i obrońca, a powtarzałem od pierwszéj chwili, gdym stopą dotknął téj ziemi, aż do ostatniéj, gdym konał z gorzką myślą, że mnie struto — jedno tylko: Disce...
Światła potrzeba było wszędzie, a ja je niosłem, oni się nic uczyć nie chcieli.
Znalazłem rozbujałą swobodę, a odumarłem ją rozgorzałą do buntu. I mój Zamojski, co ją chciał dla mnie ukrócić, dla następcy stał się rozprzężenia wodzem. Z krwi Zborowskich urodził się rokosz, z rokoszów wyrosły konfederacye.
Kazałem ściąć zuchwałego Zborowskiego, upokorzyłem ród jego... było to moje: Disce — dla szlachty. Krwią tego nieszczęśliwego podzieliliśmy się z Zamojskim, aby nią napisać na szkolnéj tablicy narodu: Disce.
Ale naprzeciwko nam wyniesiono posąg pogański Wolności ukoronowanéj, i postawiono go na ołtarzu...
Wszyscy się jéj kłaniać musieli — nikt tknąć nie ważył. Kazali i mnie bić jéj czołem, gdy mi dłonie krępowała. Na sejmach, gdym żądał posłuszeństwa i ofiary dla wspólnéj ojczyzny, gdym oddawszy, com miał, nawoływał do podatku dla obrony — oni mnie zadawać śmieli marnotrawstwo i samowolę. Zuchwałe słowa nieraz mi rękę do miecza ściągnęły, a łzy na powieki...
Poili mnie żółcią, gorszą od trucizny.
Disce moje rozbijało się o twarde głowy, o rozkołysane serca, i moje nauczycielstwo szło marnie, bo nie chcieli swobody od swawoli, ani karności od niewoli rozeznać.
Wszystko przerabiać było potrzeba, a nas dwu tylko stało do roboty — hetman i ja...
Mężny i bitny naród cały siedział na koniu, a pieszego żołnierza nie znał, bo szlachcicowi z konia zsiąść wstyd było... a nie w polu walczyć, ale grody zdobywać mieliśmy.
Stanęła najemna piechota — krzyknęli na zdradę, jakbym wojsko zaciągał nie przeciw wrogowi, ale przeciwko bóstwu ich.
Przeciwko burzliwéj szlachcie, która w szable tylko dzwoniła — zaczęliśmy tworzyć nową, tych, co pomagali żołnierzowi głową, piórem, pędzlem, dłutem, kunsztem... szlachtę z mieszczan i ludu... rozdając jéj herbowne znaki nasze, ja wilcze zęby i skrzydła krwawe, Zamojski włócznie swoje krwawe. Na każdéj z tych tarcz nowych, stało niewidzialnemi wypisane głoskami: Disce — faciam te Mości panie!
W całéj téj lesistéj, w borach i puszczach zamkniętéj ziemi, w której spoczywał Bekiesz, nie było wyższéj szkoły, światło się leniwie przedzierało. Ludzi, coby je przynieśli — brakło. Jeden zakon naówczas miał siły młode i zapał do walki i zdobyczy, do pracy i męczeństwa. Zawołałem go na pustkowie, aby budowali i karczowali. Uczyniono mi z tego zbrodnię... choć sumienia nie ucisnąłem nikomu, niczyjéj nie tknąłem wiary.
Rosło mi czasem serce, boć nie wszystka praca szła marnie. Jak na wiosnę odzywały się głosy śpiewaków...
Zamojski nauczył mnie imion Reja, Kochanowskiego, Sępa. Za niemi szli, któremi naród się miał chlubić — dziejopisowie, mówcy, uczeni, pobożni — mojemi wychowańcami posługiwały się panowania następców. Ja im wykołysałem Skargę, ja dałem Kromera, Sarnickiego, Solikowskiego.. cały zastęp ludzi, co zasłynąć mieli i chórem za mną powtarzali: Disce...
Głos słabnął i twarz blada cienia królewskiego mieniła się jakby męczarnią wewnętrzną... Wzrokiem ścigał snadź lata, co po mogile jego przepłynęły... w których ucichło: Disce, a rozległo się: Nie pozwalam!... Myśl stąpała po ruinach... usta milczały...

Niknął mi z oczu... a z nim cały ów szereg jakby drogą mleczną rozpostarł się na tle nocy i w łonie jéj utonął.

San Remo, d. 12 listopada 1886 r. w nocy.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.