Przy drzwiach otwartych

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł Przy drzwiach otwartych
Pochodzenie Na normandzkim brzegu
Data wydania 1904
Wydawnictwo G. Gebethner i Spółka
Drukarz L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
IV
Przy drzwiach otwartych
Na lewo od naszego mieszkania stoi mały stary domek z ceglanemi schodkami i szpakiem, w wywieszonej nazewnątrz klatce.

Domek jest przez cały dzień cichy i zamknięty. Wdowa z córką w nim mieszka, i obie pracują u ludzi. Pod wieczór dopiero wązka smuga dymu oznajmia, że gospodynie wróciły i gotują strawę. Chwilę słychać brzęk naczyń w szczelnie zamkniętej izbie, potem otwierają się drzwi jak szerokie na mroczne wnętrze cegłą wyłożonej sieni, a tuż u wejścia, przy wązkim zastawiającym je stole, zasiada wdowa z córką, dużą, płaską anemiczną dziewczyną o przepysznych złoto rudych włosach, i obie zaczynają dziać grube wełniane pończochy. Jest cisza. Kobiety milczą. Co do szpaka, ten widać niedawno schwytany, trwa jeszcze w stanie dzikiego nastroszenia i także milczy.
Ale kiedy dzwony z wieży »Notre Dame de bon secour« zaczną bić na »Ave«, okiennice poniżej położonego sklepiku z sabotami zamykają się z trzaskiem, a młody sabotnik zwolna wstępuje na poziom naszej uliczki, prosty, dorodny, w swojej ciemnej trykotowej bluzie, z szeroko wywiniętym kołnierzem na grubo ciosanej szyi.
Młody sabotnik chodzi w zaloty do dużej płaskiej dziewczyny. Jest — »le prétendu« jak mówi nasza gospodyni.
Dla córki rybaka takie lądowe małżeństwo nie bardzo pasuje. Jest mezaliansem prawie. Morze, i to co do morza należy, co w morzu pracuje, należy do arystokracyi w osadzie, a sieć i wiosło jest prawie rodowym herbem. Ale że ojciec dziewczyny razem z barką na zimowym połowie zginął, więc nie było co za córką rybakowi dać, a tak zdecydowała się wdowa i na sabotnika.
Sabotnik, jako blizki sąsiad i konkurent, przychodzi z gołą głową, pozdrawia kobiety, i zatrzymawszy się u pierwszego schodka, zaczyna rozmowę — z matką. Tymczasem zorza gaśnie. Po chwili dziewczyna odchodzi w głąb domu, zapala małą lampę i stawia ją na wązkim stole. Wtedy sabotnik wstępuje parę schodków wyżej, wspiera się łokciem o odrzwia i stoi jak wspaniała karyatyda, w pół mroku, w pół świetle. Czas mija, uliczka cichnie, szum morza coraz wyraźniejszym się czyni. Ruda dziewczyna podnosi od chwili do chwili ciężką od masy rudych włosów głowę i na zalotnika patrzy.
Rozmowę wszakże podtrzymuje wyłącznie matka. Podtrzymuje ją zrazu z ożywieniem i gadatliwie, potem ziewając trochę, potem się raz i drugi znienacka na stołku kiwnie, aż wreszcie podeprze głowę i na dobre zdrzemnie.
Tymczasem wschodzi księżyc ogromny, rozpalony, ciężki, gorący. Dziewczyna porusza drutami coraz wolniej, ociężalej, leniwiej, coraz częściej podnosi oczy na młodego sabotnika, póki gruba pończocha, błyszczące druty i obie ciemne nieduże ręce na fartuch jej nie spadną.
Robi się cisza trochę duszna i trochę męcząca.
Rzadki przechodzień zastuka chodakami, czasem się zatrzyma, zagada, czasem z daleka tylko rzuci świecącemu skróś mroków domkowi swobodne: »Ohé, la compagnie!« — i znowu cisza. Młodzi nie mają sobie prawie nic do powiedzenia.
A wokoło nich odgrywa się czarowna fantasmagorya miesięcznej normandzkiej nocy.
Księżyc daleko odbił już od ziemi, wzleciał, wysrebrzał, uczynił się lekki, przejrzysty. Głębokie wnętrze blizkiego parku »les Fremettes«, roztajemniczyło się w ulewie bladej jasności, która zatopiła ścieżki jego i trawniki. Ogromne platany i tuje rozkwitły po wierzchołkach księżycowem światłem, jakby bukietami srebrzystego kwiecia.
A morze przestało szumieć, zapatrzyło się, zasłuchało, i tylko zlekka trąca w przejasne struny, które na niem drgają...
Nagle, szeroka smuga miesięczna padła wprost na domek i oświetliła młodego sabotnika, który, wyciągnąwszy się w przepysznej pozie wzdłuż ceglanych schodków, łokciem się na najwyższym ich stopniu wsparł i twarz ku dziewczynie obrócił. A ona, siedzi za wązkim stołem prosta, sztywna, jakby zahypnotyzowana, a złotorude jej włosy palą się poprostu, na tle mrocznego wnętrza sieni, jakiemś zielonawem światłem, a oczy ciemnieją, jak dwie czarne plamy, a twarz blednie, a drobne, anemiczne usta czynią się mocno czerwone.
Tak przechodzi jeszcze godzina, dwie, póki ku północy matka nie przecknie, i spać nie zawoła. Wtedy sabotnik przeciąga się leniwie, podnosi, wstrząsa krótkim dreszczem, jakby od nocnego chłodu, i pozdrowiwszy kobiety, zstępuje gwiżdżąc z cicha.
Tak się odbywają konkury na normandzkim brzegu.
Póki mu ślub nie nada praw szczególnych, »le prétendu« nie przestępuje progu domu dziewczyny, ale odprawia zaloty przy drzwiach jak szeroko otwartych, oświetlonych, i na oczach wszystkich. Wązki stół zastawiający wejście nie jest tu czczą barykadą, ale wyrazem prastarego, uświęconego wiekami obyczaju.
Stąd też konkury odbywają się przeważnie w lecie, na wiosnę, i wczesną jesienią, tak, aby zimowe chłody nie stanęły w kolizyi z wymaganiami etyki i opinii.
Opinia gra w osadzie ogromną rolę i jest nieubłaganą.
Dziewczyna, która wychodzi w niedzielę z domu sama, a nie pod opieką ojca albo matki, dziewczyna, która się w fatałaszki miejskie stroi, śmieje się i rozmawia z młodzieżą, nie jest »une fille de conduite«, i nie ma tu co robić. Niech lepiej odrazu na służbę do Hawru albo do fabryki idzie, nim się naje wszelkiego rodzaju goryczy i na starość sieciarką zostanie.
Za to »fille de conduite«, choćby też w jednej sukienczynie tylko, taka męża znajdzie.
Rybak musi być pewnym żony; musi być spokojnym o to, co się dzieje w domu, gdy on sieć skróś morza ciągnie; musi mieć »lekką głowę« — jak to mówią — gdy ma ręce ciężkie. Stąd niezmierna surowość etyki małżeńskiej. Żona rybaka, jako dobro zostawione ufnie, bezbronnie, pod strażą osady, jest — »res sacra«.
Ostatniego też chłystka trzeba na to, żeby się na lekki romans z mężatką puszczał. Po prostu — złodzieja. Taki napewne, nie doniesie do grobu w skórze całych kości, a za jego turkawką pokazywaną palcami przez starszych, gromady wyrostków świstać będą i wrzeszczeć tak, że się nie ośmieli z domu wyjść, chyba zmrokiem i chyłkiem do studni.
Wcześnie więc tu kobieta uczy się panować nad sobą, rządzić sobą i stać sama sobie na surowej straży. Stąd ta powaga, ten spokój normandzki, ta jej dostojność prawie. Zdarza się wprawdzie, że jakiś szalony, nieprzeparty pęd, rozpali dwoje, rozjarzy w jeden płomień i porwie ku sobie. Ale najpierw, takie wypadki są niezmiernie rzadkie, a potem dla ugaszenia onych ogni zawsze w morzu wody dość, a i świat też szeroki, i rogatka na drodze nie stoi.
Ściśle rzeczy biorąc, mąż wtedy zupełnie spokojnym być może o żonę, gdy ta rentę zbiera.
Jest to namiętność, pochłaniająca sobą wszystkie porywy, i jest to ujście dla wszelkich pożądań.
Normandzka Ewa nie zjadłaby jabłka. Onaby je sprzedała i grosz do kasy zaniosła. Kochanek naraża na straty, mąż daje pewny dochód — oto najgłębszy, bo ekonomiczny grunt kwestyi.
Z tem wszystkiem, przy wielkich barkach wypływających taborem na morze, kołyszą się zawsze małe, wązkie czółna, które para skrzyżowanych wioseł, nawet przy przeciwnym wietrze, popędzić może do brzegu. Nieraz wskróś mgły najgęstszej i w czas najpóźniejszy, mknie takie czółno z fali na falę spychane, lekkie, chyże, ledwie zbliska widne. A wiosła idą w toń cicho, a ramiona wioślarza naglą, a czółno ptakiem się niesie.
Czasem przybiega tak morzem, połów rzuciwszy, młody, niecierpliwy małżonek, a wtedy czółno u przystani staje. Zdarza się wszakże, iż u przystani nie staje, tylko chyłkiem gdziekolwiek do brzegu przybija. Wtedy napewno skrada się niem zazdrosny, podejrzliwy mąż.
Mąż, kiedykolwiek się pojawi, powinien zawsze zastać żonę w domu.
Trzy rzeczy powinien zawsze zastać w domu: żonę, suche pończochy i gorącą wodę. To jego mężowskie prawo.
— Młode i głupie — powiada nasza gospodyni — lecą do przystani odprowadzać mężów i tam się z nimi żegnać i całować. Ale mądra żona nigdy tak nie robi.
Mądra żona żegna się z mężem w izbie, a zanim mąż próg przestąpi jeszcze, idzie pod ścianę i u sieci siada. Tak czynią wszystkie prawdziwe rybaczki. U sieci, na stołku pod ścianą powinien mąż widzieć żonę po raz ostatni, tak ją w pamięci zachować, i tak też, na tym samym stołku, za powrotem zastać.
— No i bywa tak, że zastaje?
— Czemu nie. Doświadczenie wszystkiego nauczy... Et puis aprés, vous savez, na każdym strychu jest przecie luneta.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.