Strona:Maria Konopnicka - Na normandzkim brzegu.djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


piła ścieżki jego i trawniki. Ogromne platany i tuje rozkwitły po wierzchołkach księżycowem światłem, jakby bukietami srebrzystego kwiecia.
A morze przestało szumieć, zapatrzyło się, zasłuchało, i tylko zlekka trąca w przejasne struny, które na niem drgają...
Nagle, szeroka smuga miesięczna padła wprost na domek i oświetliła młodego sabotnika, który, wyciągnąwszy się w przepysznej pozie wzdłuż ceglanych schodków, łokciem się na najwyższym ich stopniu wsparł i twarz ku dziewczynie obrócił. A ona, siedzi za wązkim stołem prosta, sztywna, jakby zahypnotyzowana, a złotorude jej włosy palą się poprostu, na tle mrocznego wnętrza sieni, jakiemś zielonawem światłem, a oczy ciemnieją, jak dwie czarne plamy, a twarz blednie, a drobne, anemiczne usta czynią się mocno czerwone.
Tak przechodzi jeszcze godzina, dwie, póki ku północy matka nie przecknie,