Strona:Maria Konopnicka - Na normandzkim brzegu.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Onaby je sprzedała i grosz do kasy zaniosła. Kochanek naraża na straty, mąż daje pewny dochód — oto najgłębszy, bo ekonomiczny grunt kwestyi.
Z tem wszystkiem, przy wielkich barkach wypływających taborem na morze, kołyszą się zawsze małe, wązkie czółna, które para skrzyżowanych wioseł, nawet przy przeciwnym wietrze, popędzić może do brzegu. Nieraz wskróś mgły najgęstszej i w czas najpóźniejszy, mknie takie czółno z fali na falę spychane, lekkie, chyże, ledwie zbliska widne. A wiosła idą w toń cicho, a ramiona wioślarza naglą, a czółno ptakiem się niesie.
Czasem przybiega tak morzem, połów rzuciwszy, młody, niecierpliwy małżonek, a wtedy czółno u przystani staje. Zdarza się wszakże, iż u przystani nie staje, tylko chyłkiem gdziekolwiek do brzegu przybija. Wtedy napewno skrada się niem zazdrosny, podejrzliwy mąż.