Strona:Maria Konopnicka - Na normandzkim brzegu.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


łych kości, a za jego turkawką pokazywaną palcami przez starszych, gromady wyrostków świstać będą i wrzeszczeć tak, że się nie ośmieli z domu wyjść, chyba zmrokiem i chyłkiem do studni.
Wcześnie więc tu kobieta uczy się panować nad sobą, rządzić sobą i stać sama sobie na surowej straży. Stąd ta powaga, ten spokój normandzki, ta jej dostojność prawie. Zdarza się wprawdzie, że jakiś szalony, nieprzeparty pęd, rozpali dwoje, rozjarzy w jeden płomień i porwie ku sobie. Ale najpierw, takie wypadki są niezmiernie rzadkie, a potem dla ugaszenia onych ogni zawsze w morzu wody dość, a i świat też szeroki, i rogatka na drodze nie stoi.
Ściśle rzeczy biorąc, mąż wtedy zupełnie spokojnym być może o żonę, gdy ta rentę zbiera.
Jest to namiętność, pochłaniająca sobą wszystkie porywy, i jest to ujście dla wszelkich pożądań.
Normandzka Ewa nie zjadłaby jabłka.