Do ziemi (Na normandzkim brzegu)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł Do ziemi
Pochodzenie Na normandzkim brzegu
Data wydania 1904
Wydawnictwo G. Gebethner i Spółka
Drukarz L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
V
DO ZIEMI
— Oho! będzie źle, bo się żydówki kręcą! — mówiła pod wieczór nasza gospodyni, patrząc na niespokojne loty jaskółek nadbrzeżnych.

A one istotnie się kręciły, zbierając się i rozpraszając zgiełkliwie, pośpiesznie, tłumnie.
Czarne ich pióra nurzały się to w wodzie, to w poszarpanej, mrocznej czerwieni zachodu, pod którą bałwaniło się i przelewało z głuchym szumem śniade, rdzawo poplamione, morze.
Jakoż jeszcze nie ugasła ta burzliwa zorza, kiedy od wschodu zaczęły na nią iść ciężkie, prawie czarne chmury i, zatłumiwszy ostatek jasności dziennej, zwisły nad światem nizką, toczącą posową.
Zaraz też zapadła noc wczesna i tak parna, że w małych rybackich izbach trudno było oddychać, nawet przy otwartych oknach.
Zdawało się, że lada chwila błyskawice luną i rozpocznie się kanonada burzy. Jakoż w chmurach słychać było raz po raz wark groźny i głuche, to zbliżające się, to oddalające grechotanie.
Burza nie przyszła jednak.
Natomiast o samem świtaniu porwał się mocny wiatr wschodni, uderzył w chmury, rozbił je, uczynił między niemi wązką, pełną bladego światła rozpadlinę, pod którą, na dalekiej roztoczy ciemnego, prawie że granatowego, morza, rozlało się jakby jezioro, drgające żywem srebrem.
Było to widowisko jednej chwili tylko, gdyż zaraz na rozjaśnienie owo popędziły ciężkie, coraz gęstniejące chmury; wszakże i tej jednej chwili było dość, żeby na smudze drgającego światła zobaczyć spory statek, który ją z trudem przecinał, kierując się do brzegu. Poczem, razem z nią, zagasł nagle i pogrążył się w zamęcie burzliwego mroku.
Ale przeciw wschodniemu wichrowi zaczął około godziny siódmej dąć i burzyć silny wiatr zachodni. Zrazu smagał morze krótkiem i gniewnem fukaniem, podbijając bałwaniącą się toń w ostre, kanciaste biało zapienione rzuty, które wyskakiwały na znaczną wysokość.
Poczem, wzmógłszy się do niesłychanej gwałtowności, pędził fale na fale, piętrzył je, zdębiał, ciskał niemi tak, że zaczęły się miotać po morzu całe góry wody, pod któremi wrzała otchłań grubych, niemal namacalnych mroków.
Jednakże nowe uderzenie przeciwnego wiatru rozerwało chmury, a statek znów się wyrznął z dzikiego zamieszania owych strasznych zmierzchów.
Teraz można było rozpoznać, że jest to statek rybacki, ze zwiniętymi żaglami i opuszczonym do połowy masztem, w który rozhukane morze waliło z niesłychanym gwałtem.
A już na brzegu zaczęli zatrzymywać się i stawać kupkami ludzie, a z dymników osady wysuwały się tu i ówdzie lunety.
U nas wszakże było spokojnie.
Wtem uchyliła drzwi najbliższa sąsiadka i, obejrzawszy się po izbie, spytała, czy Mère Toutaint jest w domu.
Nie było jej w tej chwili. Wkrótce jednak nadeszła, dźwigając wiadra, pełne wody, i zobaczywszy sąsiadkę na progu, zaczęła pytać zdaleka:
— A kogo to tam wichrzysko tak tłucze?
Pytała niefrasobliwie, bezpiecznie.
W istocie, nie mógł to być nikt blizki, nikt z osady nawet. Flota rybacza, która w niedzielę na noc wypłynęła z portu, spodziewana była z powrotem o sobotnim, wieczornym przypływie, a to był ranek czwartkowy.
Zresztą rybacy trzymali się zawsze po kilku razem, a chciał który do domu, to czółnem leciał, a statek zostawiał na linii połowu.
Najmniejszego tedy niepokoju nie było w jej głosie.
Ale sąsiadka podniosła na nią poważne spojrzenie, a pomyślawszy chwilę, rzekła:
Une barque en perdition.
A wtedy Mère Toutaint stanęła nagle, poczerwieniała, otworzyła usta, oczy jej zaokrągliły się, jak oczy ptaka, i stojąc tak z wiadrami, patrzyła na przybyłą przerażona, skamieniała niemal.
Naraz usta jej się zaczęły trząść, puściła wiadra i skoczyła na strych.
A już i dalej mieszkające rybaczki zaglądały we drzwi, z pochowanemi pod fartuch rękami, a przez okna widać było coraz więcej ludzi śpieszących nad morze.
Szli z suchym, prędkim stukiem drewnianych sabotów, z rosnącym i opadającym szmerem pomieszanych głosów.
...Une barque... Une barque en perdition.
Ale my biegłyśmy na strych, gdzie Mère Toutaint usiłowała ustawić opartą o dymnik lunetę.
Nie szło. Ręce jej się trzęsły, palce nie chciały słuchać, skołowaciałe, sztywne.
Nikt wszakże nie śpieszył z pomocą. Sąsiadki stały kupką, u wejścia, onieśmielone, milczące.
Nastawiła wreszcie i zaczęła patrzeć...
Zrazu zdawało się, że nic nie widzi, albo, że widzi coś, czemu nie wierzy. Wstrząsała głową, przecierała oczy, jak człowiek, który z nich mgłę chce odegnać. Nagle zęby jej zaszczękały głośno.
Jesus Dieu! Notre goêlette! — zawołała, jakby nieswoim głosem.
Chciałyśmy ją oderwać od lunety, ale trzymała się jej z konwulsyjną siłą, powtarzając bezprzytomnie, to ciszej, to prawie z krzykiem:
Jesus Dieu!... Jesus Dieu!... — i trzęsąc się, jak w febrze.
Twarz jej poczerniała, jakby ją dym obwiał, usta zbielały zupełnie.
A statek dostał się teraz na główny prąd dwóch przeciwnych wichrów, które, wziąwszy go między siebie w szalone obroty, miotały nim z tak nadzwyczajnym impetem, iż zdawało się zupełnem niepodobieństwem, żeby go rozbić nie miały. Co jeden bałwan nim ciśnie, to drugi go odrzuca, a morze idzie po nim, pieniąc się i hucząc, a tabuny chmur czarnych, grzywiastych, pędzą nad nim, odsłaniając i zakrywając ołowiane niebo, pod którem wrą śmiertelne otchłanie. Że jednak wiatr zachodni przemagał, nieszczęsny statek posuwał się stale ku brzegowi, to wirując i kręcąc się w kółko, to nagłem pchnięciem ciśnięty, poniesiony wierzchem huczących wałów, aby się znów pogrążyć i znowu wypłynąć.
Teraz i bez lunety widać było dokładnie że pokład jest zamknięty, pusty, że z trzech masztów został tylko jeden — główny. Ale wszyscy wiedzieli, że pod tym zamkniętym pokładem, w tej strasznej, ciskanej morzem trumnie, są zamknięci ludzie, dla których bije ostatnia godzina.
Na brzegu tymczasem zebrał się tłum znaczny. Nie byli to wszakże rybacy, ale luza wszelakiego rzemiosła, mniej obyta z morzem.
Jakoż wszystkie oczy były w nie wbite, z bezradnem osłupieniem trwogi. Zresztą kobiety i dzieci przeważały w tłumie.
Nagle wielki wybuch pomieszanych głosów.
Maszt runął. Statek był zgubiony. W tej samej chwili Mère Toutaint krzyknęła przeraźliwie:
Mon gosse! Mon gosse! — i puściwszy lunetę, biegła, roztrącając nas, przez schody, przez sienie, prosto do przystani. W tym ostatecznym i prawie że śmiertelnym momencie nie o męża jej szło, ale o syna, o średniego Charlesa, który już od dwóch lat ojcu na morzu pomagał i teraz był z nim razem. W przystani spuszczano właśnie łódź ratunkową, na którą siadło czterech ochotników z bosakami, ze sznurami, z pasami.
Zaledwie wszakże łódź od brzegu pchnięto, kiedy gwałtowny pęd wichury okręcił ją, porwał, poniósł i znów o brzeg cisnął. Wrzawa powstała w tłumie. Głowy zaczęły się chwiać, ręce i ramiona targać, twarze były zgorączkowane i wzburzone. Jednakże dwóch nowych ochotników wioślarzy skoczyło teraz na łódź, która z tak powiększoną załogą puściła się raz jeszcze.
Jakoż zdawało się przez chwilę, że przemoże siłę wichru, który jakby zwolniał nieco i opadł. Nie minęli jednakże ostatnich wiązań starej tamy, kiedy fale zaczęły miotać łodzią tak wściekle, iż nie było podobieństwa posunąć się naprzód.
Kręcili się tedy ratownicy czas jakiś, daremnie usiłując wybić się na prąd równiejszy, zaczem, nie mogąc użyć ni rudla ni wioseł, z najwyższym wysiłkiem i niebezpieczeństwem chwycili rzuconą z tamy linę i wydobyli się po niej na pomost wpół martwi, zostawiwszy łódź jej losowi.
Od tej chwili widocznem się stało, że puścić się na morze byłoby to niechybnie zginąć.
Ale Mère Toutaint, widząc, iż ludzie wracają, rzuciła się do nich z nieprzytomnym krzykiem:
Mon gosse!... Mon gosse!... Mon gosse!...
Musiano ją siłą trzymać, bo się rwała prosto na morze. Tymczasem mrok, i przedtem już duży, tak zgęstniał, że psy zaczęły wyć, jakby na zaćmienie.
Wtedy latarnik, wysoki, barczysty brodacz, wyszedł na galeryę faru i zapaliwszy zielonawe światło, pod którem oblicza ludzi stały się widmowe, zaczął nawijać na skrzypiącej korbie linę ratunkową. Oddalenie wszakże statku było tak znaczne, iż zmierzywszy je wzrokiem, puścił korbę, machnął ręką i targnąwszy sznurem, uderzył w dzwon na trwogę.
Natychmiast uciszyło się w tłumie. Wszyscy poklękali, mężczyźni odkryli głowy i pod hukiem morza zaczęto odmawiać litanię za ginących, z tą śmiertelną prostotą i powagą, która cechuje rzeczy ostateczne.
Tylko krzyk matki, krzyk rodzących wnętrzności bił z pośrodka tych spokojnych głosów, ostry, rozdzierający, pełny bezsilnej rozpaczy.
A kiedy tak mówiono tę straszną litanię, zdawało się, że tam, pod zamkniętym pokładem miotanego wichrem statku, ludzie też klęczą i do Boga krzyczą. Ale statek trzymał się jeszcze, pomimo utraty masztu.
Teraz jednak był to już tylko martwy, niekształtny kadłub, który lada chwila miał uledz ostatecznemu rozbiciu.
Właściwie nie on się trzymał, ale go trzymała równa niemal siła dmących przeciw sobie wichrów.
Gdy jeden z nich słabnął, statek walił się, jak trup, póki go drugi nie podbił, nie chwycił i nie cisnął dalej.
Było około jedenastej godziny i litania dobiegała do końca, kiedy wschodnie wichrzysko ryknęło wściekle i, rzuciwszy się na morze, zakręciło niem w jakiś lej okropny, w którym nieszczęsny statek pogrążył się i zniknął nam z oczu.
Zaraz też zaczęły po nim ciemności iść, a huk i mrok wypełnił otchłań całą.
Tedy głosy odmawiających litanię stały się jakby żarliwsze jeszcze i surowsze, a dzwon, szarpnięty nagle, zakołatał głucho i umilkł.
Ale wtem wicher zachodni porwał się tak niesłychanym i gwałtownym pędem, że powietrze zaczęło trząść się i warczeć, jak struna miedziana. Zaczem się zaniósł, zawył, zahuczał, o morze sobą trząsnął i odrzuciwszy wstecz bałwany walące się za przeciwnym wichrem, wychwycił statek z śmiertelnego wiru i pchnął go tak potężnie, że statek, jak ptak, poleciał wierzchem prawie morza, aż, ciśnięty o ławicę piasku, utknął w niej, jak działowa kula i zarył się bokiem.
Natychmiast na brzegu powstał ruch, krzyk, zrobiło się zamieszanie, przerwano modlitwę, a Mère Toutaint, myśląc, że już po wszystkiem, upadła zemdlona.
Nie ratował jej nikt, bo wszyscy hurmem na ławicę biegli.
Jeszcze wszakże nie dobiegli do pierwszego rozwidlenia piasków, kiedy z pod pokładu rozkołatanej, rozpłaszczonej barki wynurzył się połowią ciała Père Toutaint; rozejrzał bacznie gdzie jest, zniknął i znów się ukazał, dźwigając na plecach długi, owinięty żaglem przedmiot, w którym na pierwszy rzut oka można było poznać martwe ciało ludzkie.
Na ten widok, ci, którzy pierwsi biegli, krzycząc, umilkli i stanęli. Za nimi stanęli inni. Wyciągnęły się szyje, wytrzeszczyły oczy, na twarzach wymalowała się groza.
Chwilę stał tak ten tłum niepewny, cichy, jakby skamieniały, poczem głowy zaczęły się chwiać, a z ust do ust szedł głęboki, stłumiony poszept:
Le gosse!.. Le gosse!....
Wszystkie oczy pobiegły teraz ku nieszczęsnej matce, kilka kobiet wracało się spiesznie, aby ją trzeźwić i ratować.
A tymczasem, po szerokich, rozległych piaskach, pod siną jasnością burzliwego nieba, szedł stary rybak z odkrytą głową, szarpany wichrem, zgarbiony pod swoim strasznym ciężarem.
Tego momentu, tego nieba, tego obrazu nigdy nie zapomnę.
Nagle krzyk bezpamiętny, szalony...
Mère Toutaint leciała z rozpostartemi rękoma wprost na ten mur ludzki, który jej sobą rozbitków zasłaniał.
Leciała nieprzytomna, ślepa, zupełnie zapamiętana.
Wpadła na tłum, roztrąciła go, cała w wichrze, w uniesieniu, w szale.
Mon gosse!... Mon gosse aimé!... Mon gosse!...
A on, jej »gosse«, rzeczywiście biegł cały i żywy od strony rozbitej barki i wyprzedziwszy ojca, leciał wprost w ramiona matki.
Wpadli na siebie, jak burza. Radości podobniejszej do szaleństwa nie widziałam jeszcze.
Śmiejąc się i płacząc razem, Mère Toutaint ogarniała chłopaka rękoma, fartuchem, całą sobą.
Zdawało się, że gdyby Pan Bóg chciał w tym momencie odkupić go od niej, nietylko ziemi całej, ale wszystkich gwiazd niebieskich byłoby na to kupno za mało.
Tymczasem Père Toutaint położył na piasku topielca, którego nikt nie znał.
Okazało się, że właśnie ten topielec był przyczyną całego wypadku.
Był to bowiem jeden z tych topielców, częstych na brzegach Normandyi, którzy zamiast poprostu iść na dno, et ne pas faire de l’ennuie, — jak mówi Père Toutaint, opowiadający nam historyę swego przedwczesnego powrotu, — upierają się i gwałtem chcą do ziemi.
— Wszystko szło jak najlepiej — tłómaczy się Père Toutaint żonie — kiedy wczoraj z rana rzecze do mnie chłopak:
— Topielec za nami płynie.
Tak ja na to:
— A niech płynie.
Tak chłopak:
— A kiedy w burt trąca.
Tak ja znów na to:
— Niech trąca!
A chłopak:
— Znaki daje!
Więc ja:
— Niech daje! Nie będziemy go brać. Il-y-aurait de l’ennuie!
Ale topielec ani myśli od nas się odczepić. Gdzie my, tam i on, i precz w burty trąca. Tak widzę, niema rady. No, niech tam, kiedyś się już tak naparł tej świętej ziemi, to cię i zabiorę. Dziś tobie, jutro mnie. Niech tam!
Wciągnąłem go z chłopakiem na pokład i przykryłem żaglem. Niech leży. Jak wrócimy, to się go pochowa.
A wtem wiatr zaczął burzyć morze. Wiadomo, na rybę najlepszy czas. Zakładamy, a tu siecie nie chcą morzem iść. Ciągniemy — nie chcą! Dorzucamy kamieni, ciężar nie do wytrzymania, na nic! Nie chcą i nie chcą. Widzę ja, że to tak temu topielcowi do pochowu pilno, więc ściągnę sieci i obrócę rudla. Niech tam! Naciesz się tą świętą ziemią, kiedy jej tak pragniesz!
Ledwie my się z powrotem ruszyli, a tu jak się nie porwą przeciw sobie dwa wichry! Jak nas nie cisną morzem! Myślałem — koniec! Tak mówię ja do tego topielca:
Oh, là là, mój kochany! To ty taki gość?
Tu Père Toutaint do nas, profanów, rzecz obraca i dodaje w nawiasie:
— Wiadomo, że dwa wichry za topielcem chodzą, bo ziemia ciągnie w swoją stronę, a morze znów w swoją.
Poczem kończy:
— Takiś — mówię — gość?
Jak tak, to ja tu z tobą krótkie prawo zrobię: Za nogi i w wodę! Ja rybak, widzisz, z morzem muszę trzymać. To trudno!
Ale mówiłem ot tak, żartem tylko, bo on patrzał na mnie temi zbielałemi oczami tak pilno, jakby wołał: Do ziemi! Do ziemi! A tu w nas morze jak taranem wali. Samo po niego idzie. Tak mi się żal zrobiło. Wciągnąłem onego biedaka pod pokład, zamknąłem, zatarasowałem i czekam, co będzie. Ba! Gorzej coraz. Morze się jak żandarm dobija o swego topielca. Barka trzeszczy, skrzypi, każda deska, każdy kawałek żelaza osobno w niej szczęka, dygoce... Tak myślę: Albo strzyma, albo i nie strzyma. A woda tak po nas szoruje, jak po dziedzińcu.
Więc krzyknę: Chłopak! A mów jeno pacierz! A dzieciak, z tego strachu, ani rusz do pacierza trafić, tylko klęczy, trzęsie się i precz w kółko:
— Matko Boska! Matko Boska! Tyś taka dobra! Taka już dobra! Taka śliczna! I taką śliczną suknię masz! Matko Boska!
Tak się to chłopczysko spłakało, spłakało, padło i zasnęło.
A wtem prask! Maszt dyabli wzięli! Sto piorunów, myślę, śmierć nasza!
Morze mocniej ciągnie.
A nieprawda! Taki ziemia przyciągnęła swego!
I uśmiecha się Père Toutaint, puszczając dym z fajki.

· · · · · · · · · · · · · · ·

Nazajutrz pogrzebano za grosz składkowy nieznanego nikomu topielca.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.