Strona:Maria Konopnicka - Na normandzkim brzegu.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rybakowi dać, a tak zdecydowała się wdowa i na sabotnika.
Sabotnik, jako blizki sąsiad i konkurent, przychodzi z gołą głową, pozdrawia kobiety, i zatrzymawszy się u pierwszego schodka, zaczyna rozmowę — z matką. Tymczasem zorza gaśnie. Po chwili dziewczyna odchodzi w głąb domu, zapala małą lampę i stawia ją na wązkim stole. Wtedy sabotnik wstępuje parę schodków wyżej, wspiera się łokciem o odrzwia i stoi jak wspaniała karyatyda, w pół mroku, w pół świetle. Czas mija, uliczka cichnie, szum morza coraz wyraźniejszym się czyni. Ruda dziewczyna podnosi od chwili do chwili ciężką od masy rudych włosów głowę i na zalotnika patrzy.
Rozmowę wszakże podtrzymuje wyłącznie matka. Podtrzymuje ją zrazu z ożywieniem i gadatliwie, potem ziewając trochę, potem się raz i drugi znienacka na stołku kiwnie, aż wreszcie podeprze głowę i na dobre zdrzemnie.