Przez kraj szatana/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Przez kraj szatana
Pochodzenie Ludzie, zwierzęta, bogowie, tom II
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wydania 1929
Drukarz Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
VI.
POŚRÓD MORDERCÓW.

Podjechaliśmy do zabudowań dawnego urzędu rosyjskiego na Tissin-Gole.
Naczelnik stacji wyszedł na nasze spotkanie.
— Nazywam się Kanin — rzekł z widocznem zmieszaniem i zaprosił nas do domu.
Gdy weszliśmy do pokoju, zerwał się od stołu chudy, wysoki człowiek, bacznie nam się przyglądając.
— Goście... — odezwał się Kanin. — Jadą do Kathylu. Prywatni ludzie, Polacy...
— A... a! — głosem przeciągłym odparł nieznajomy.
Gdyśmy rozwiązywali pasy i zdejmowali ciężkie kożuchy, nieznajomy z ożywieniem szeptał coś gospodarzowi.
— Musimy tymczasem odłożyć! — doszło mnie urwane zdanie.
Kanin kiwnął głową w milczeniu.
Weszliśmy do pokoju jadalnego, gdzie przy stole siedziało kilka osób: pomocnik Kanina, wysoki, chudy blondyn, mówiący dziwnie szybko i robiący wrażenie człowieka stale wylękłego; żona Kanina, młoda kobieta z dziwnie przerażonemi oczyma i z twarzą konwulsyjnie skurczoną; dziewczyna lat około 15 z krótko ostrzyżonemi włosami, ubrana po męsku, i dwóch małych synków gospodarza. Nastąpiła ogólna znajomość. Za Kaninem wszedł i nieznajomy. Nazywano go Gorochowym; powiedział, że był kolonistą z Samgałtaju, skąd przybył wraz z krótkowłosą dziewczyną, swoją siostrą. Żona Kanina patrzyła na nas z przerażeniem i milczała, widocznie czując się bardzo źle w naszej obecności.
Kanin opowiedział nam o swem trudnem życiu od czasu zburzenia telegrafu i zawieszenia przez władze bolszewickie wypłaty pensji. Zmuszony był przeto trudnić się różnemi komisami, polecanemi mu przez kolonistów rosyjskich z Kathylu i Uliasutaju.
Gorochow, który jechał w sprawach handlowych do Khathylu, wyraził chęć przyłączenia się wraz z siostrą do naszej karawany.
Miał on jednak tak przykrą, złośliwą twarz i tak starannie unikał mego wzroku, że mimowoli miałem się na baczności.
W rozmowie zapytałem, czy niema w okolicach Tissin-Gołu jakich kolonistów. Kanin zmieszanym i podrażnionym głosem odparł:
— Jest tu jeden bogaty starzec, Bobrow, który mieszka stąd o pół kilometra. Tylko nie radzę panom do niego wstępować, gdyż nie jest zbyt gościnny...
Przy tych słowach Kaninowa nisko opuściła głowę i nie podnosiła więcej oczu. Gorochowie obojętnie palili papierosy. Odrazu zauważyłem podrażniony ton Kanina, przerażenie jego żony i sztuczną obojętność Gorochowych, i dlatego właśnie postanowiłem koniecznie odwiedzić starego kolonistę. Oznajmiłem gospodarzom, że mam oddać Bobrowowi list z Uliasutaju. Skończywszy herbatę, ubrałem się i wyszedłem. W głębokiej kotlinie, wpobliżu stacji stał dom Bobrowa za wysokim mocnym płotem. Okna były oświetlone lampą. Zapukałem. Odpowiedziało mi wściekłe ujadanie czterech ogromnych psów. Z dziedzińca odezwał się głos:
— Kto tam?
Odpowiedziałem. Pytający człowiek złapał psy, uwiązał je do łańcucha, otworzył wrota i wpuścił mię, uważnie oglądając. Był to wysoki, stary człowiek o rozumnej, śmiałej twarzy. Miał za pasem duży rewolwer, a w ręku gruby kij sękaty.
Dowiedziawszy się, kim jestem, grzecznie poprosił mię do izby, gdzie zapoznał mię ze swoją żoną i pięcioletnią dziewczynką, znalezioną w stepie przy trupie matki, która podczas ucieczki z Sowieckiej Syberji umarła w drodze. Starzy wzięli ją do domu i opiekowali się nią, jak swoją córką.
Przyjmowano mię w domu Bobrowych bardzo serdecznie.
Stary opowiedział mi, że oddział pułkownika Kazagrandi zmusił bolszewików do cofnięcia się z Kosogołu, gdzie obecnie jest zupełnie bezpiecznie.
— Dlaczego pan nie zatrzymał się u nas, zamiast u tych rozbójników? — zapytał kolonista.
Zacząłem wypytywać o mieszkańców stacji telegraficznej i dowiedziałem się ważnych rzeczy. Pokazało się, że Kanin był ajentem bolszewickim dla obserwacyj i wywiadu.
— Teraz Kanin, naturalnie, jest nieszkodliwy, gdyż komunikacja z Irkuckiem jest przerwana. Lecz zato przybył do niego komisarz bolszewicki....
— Gorochow? — zapytałem.
— To jest fałszywe nazwisko! — zawołał stary. — Jestem z jednego miasta z nim i wiem, że jest to Puzikow — komisarz „czeki“. Dziewczyna zaś, która jeździ z nim, jest jego kochanką, też ajentka „czeki“. Przed kilkoma tygodniami ta para zbrodniarzy rozstrzelała z rewolwerów 70 związanych białych oficerów. Po pijackiej orgji strzelali do nieszczęsnych ze śmiechem, jak do celu. Gagatek ten zjawił się i u mnie, alem go poznał odrazu i naturalnie wyrzuciłem.
— A pan osobiście nie obawia się tych ludzi? — zapytałem go, gdyż naraz przypomniałem sobie niektóre słowa z rozmowy Kanina i Gorochowych.
— Nie! — zaśmiał się Bobrow. — Niebezpieczniejszych wrogów miałem już w życiu! Potrafię się obronić. Zresztą, mam dobrego obrońcę w synu, który, choć ma dopiero lat 20, już słynie jako strzelec, jeździec i siłacz na całą Mongolję. Cóż nam ci zbóje mogą uczynić? Niech tylko spróbują! Szkoda, że niema mego chłopaka w domu, właśnie pojechał do tabunów i powróci dopiero jutro wieczorem.
Po paru godzinach rozstaliśmy się bardzo przyjaźnie. Musiałem obiecać Bobrowym, że w powrotnej drodze zatrzymam się w ich „choszunie“ („choszun“ po mongolsku znaczy dom, zagroda, lub majątek ziemski).
— Co panu o nas nagadał stary Bobrow? — spotkali mię szyderczem pytaniem Kanin i Gorochow.
— O was nie było mowy, ponieważ, dowiedziawszy się, żem u was stanął, nie chciał zpoczątku rozmawiać ze mną. Cóż takiego zaszło między wami? — zapytałem, nie zdradzając swych myśli.
— Stare porachunki... — mruknął Gorochow.
— Złośliwy stary! — wtórował mu Kanin.
Mówili spokojnie, lecz wystraszone męczeńskie oczy Kaninowej znowu w trwodze panicznej spojrzały na mnie, jak gdyby oczekując śmiertelnego ciosu.
Gorochow zaczął przygotowywać się do jutrzejszej drogi, my zaś pokładliśmy się do snu w sąsiednim pokoju. Szepnąłem swemu towarzyszowi, żeby miał przy sobie rewolwer na wszelki wypadek, lecz agronom, chytrze się uśmiechając, w milczeniu wyciągnął schowane pod posłaniem rewolwer i siekierę.
— Ci dżentelmeni odrazu mi się nie podobali — szepnął mi do ucha. — Jutro pojadę tuż za Gorochowym i, jeśli mi się coś nie spodoba, wpakuję mu w kark „dum-dum“.
Nazajutrz o 7-ej rano ruszyliśmy w drogę. Agronom podążał za Gorochowem i jego damą, jadących na dobrych wierzchowcach.
— W jaki sposób państwo utrzymaliście swoje konie w tak dobrym stanie? — zapytałem.
— To nie są nasze konie, wypożyczyliśmy je od Kanina — odpowiedziała krótkowłosa dziewczyna.
Pomyślałem sobie, że Kanin wcale nie jest tak biedny, jak twierdził, skoro posiada wspaniałe konie. Za każdego wierzchowca bogaty Mongoł chętnie dałby tyle baranów, że rodzina Kaninych mogłaby istnieć przez cały rok.
Wjechaliśmy w wąwóz, otoczony zwisającemi skałami. Panował zmrok, gdyż dzień był szary i ponury. Wkrótce wyjechaliśmy na wielkie bagno, obrośnięte ze wszystkich stron gęstemi krzakami. Bagno nie zamarzło. Zdziwiło nas, że wśród krzaków, grzebiąc się w śniegu, biegały setki białych kuropatw, a ze środka bagna dwukrotnie zerwały się dzikie kaczki. Zima, mróz, lód, śnieg i naraz — dzikie kaczki!
Mongoł-przewodnik tłumaczył nam:
— To bagno nigdy nie zamarza, zawsze jest ciepłe! — Tu kaczki gnieżdżą się przez cały rok i ze wszystkich stron zlatują się kuropatwy, łatwo znajdując żer w miękkiej, ciepłej ziemi.
Gdy przejeżdżaliśmy brzegiem bagna, nagle zauważyłem nad brunatną jego powierzchnią płomyk ognia, który mignął w powietrzu i zgasł. Po chwili jednocześnie w kilku miejscach zabłysły inne ogniki i również bez śladu przepadły. Były to tak zwane „błędne ogniki“, uświęcone tysiącem romantycznych legend, chociaż chemja objaśnia to zjawisko bardzo prozaicznie, a mianowicie zapaleniem się metanu, gazu błotnego, który wytwarza się przy gniciu resztek roślinnych.
— Tu właśnie mieszkają demony Ederu i walczą z duchami rzeki Mureń — prawił tymczasem Mongoł tajemniczym głosem.
Ominąwszy bagno, zobaczyliśmy woddali wielki klasztor, położony dość daleko od szlaku, którym podróżowaliśmy. Mimo to Gorochow z „siostrą“ podążyli do tego klasztoru, tłumacząc się tem, że są tam sklepy chińskie, w których muszą załatwić jakieś sprawunki. Obiecali wkrótce nas dogonić. Odjechali i już nie powrócili. Spotkaliśmy się dopiero po kilku dniach w ciężkich dla nich okolicznościach. Byłem rad, żem się uwolnił od tak przykrego towarzystwa, i wtedy dopiero opowiedziałem agronomowi o wszystkiem, czegom się był dowiedział od starego Bobrowa.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.