Przez kraj szatana/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Przez kraj szatana
Pochodzenie Ludzie, zwierzęta, bogowie, tom II
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wydania 1929
Drukarz Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
VII.
NA WULKANIE.

Nazajutrz wieczorem dotarliśmy do Khathylu, niewielkiej osady rosyjskiej, składającej się z rządowego domu, nieczynnej już stacji telegraficznej i 10—15 oddzielnych „choszunów“, czyli zagród. Osada rozciągała się na przestrzeni paru kilometrów u źródła rzeki Egin-Goł, wypływającej z Kosogołu.
Były to już znane nam miejscowości, które jednak nie pozostawiły po sobie zbyt przyjemnych i wdzięcznych wspomnień. Znaliśmy już tę „rzekę Djabła“, znowu ujrzeliśmy liczne „obo“ postawione na cześć złych i rozpasanych duchów, wyprawiających niebezpieczne dla ludzi awantury. Kosogoł, czyli Chubsuguł, wielkie jezioro „alpejskie“, głębokie i zimne, liczy około 140 kilometrów długości i 45 kilometrów szerokości. Mongołowie i Darchat-Sojoci uważają je za święte i tajemnicze, a określenia te poniekąd są bardzo usprawiedliwione. Jak już wspomniałem, Kosogoł leży w kotlinie, gdzie działają jeszcze siły podziemne. Latem na Kosogole niespodziewanie, bez wiatru lub burzy, wznoszą się i zaczynają piętrzyć i uderzać o brzeg olbrzymie fale, grożąc zagładą nietylko łódkom rybackim, ale i dwom parowcom, kursującym pomiędzy północnym a południowym brzegiem jeziora; w zimie jezioro bez żadnej przyczyny nagle kruszy powierzchnię lodową i oczyszcza z lodu wielkie przestrzenie, otaczając się gęstą mgłą i obłokami pary. Profesorowie geologji twierdzą, że z dna jeziora wyrywają się gorące gejzery, co znajduje potwierdzenie w tem, iż po takich zjawiskach na jeziorze i rzece Egin-Goł można obserwować mnóstwo martwych, prawie ugotowanych ryb, które czasami tworzą na mieliznach gruby pokład, tamujący bieg rzeki.
Przebywając w Khathylu, miałem możność zebrać trochę wiadomości o tem tajemniczem jeziorze. Kosogoł obfituje w ryby przeważnie dwóch gatunków. Łososiowate, zwane inaczej „białą“ rybą, są bardzo delikatne, smaczne i dostarczają wspaniałego kawioru. Pstrągowate: białe i czarne „chajrusy“, pływają w jeziorze olbrzymiemi stadami. „Biała“ ryba jest poszukiwana na rynkach Syberji. Co się zaś tyczy pstrągów, dwie rybackie osady, istniejące na zachodnim brzegu jeziora, wcale nie trudnią się ich połowem, a to z tej przyczyny, że wszystkie ryby tego gatunku są zarażone glizdami z rodzaju soliterów, które wyściełają i oplatają wnętrzności „chajrusów“. Nietylko ludzie, ale nawet psy i koty obawiają się tych chorych, zarażonych ryb.
W Khathylu dawała się odczuć panika.
Partyzancki „biały“ oddział pułkownika Kazagrandi bardzo udatnie zaatakował czerwonych, zmuszając ich do cofnięcia się aż na Irkucki trakt na północ od Kosogołu, lecz, jak to często bywa u Rosjan, na skutek sporów wewnętrznych nagle się rozproszył. Skorzystali z tego bolszewicy i rozpoczęli ofensywę. Zdemoralizowany i liczebnie słaby oddział, pozostający przy Kazagrandim, musiał uchodzić na południe, w zamiarze wydania walnej bitwy w okolicach Khathylu.
Mieszkańcy osady porzucili swoje siedziby i częściowo ukryli się w pobliskich lasach i górach, budując naprędce namioty, częściowo wynieśli się do Mureń-Kure, klasztoru buddyjskiego, położonego o 90 kilometrów na południe. Miejscowy urząd mongolski porzucił zagrożony Khathyl, opuściwszy osadę na wielbłądach. Nasi Mongołowie, nastraszeni groźnem położeniem, zbiegli, zabrawszy z sobą wielbłądy i pozostawiając nas w bardzo ciężkiej i niebezpiecznej sytuacji.
W Khathylu był kantor Centralnego Syberyjskiego Towarzystwa Współdzielczego, czyli „Centrosojuza“, który, chociaż ogłosił się jako organizacja bezpartyjna, lecz prowadził politykę bezsprzecznie przychylną dla bolszewików. Na czele tej organizacji stał weterynarz Gej, mieszkający tu z całą rodziną. Ów Gej podczas rządu Kołczaka był podejrzewany o bolszewizm, sądzony, lecz warunkowo uniewinniony tytułem próby. Wybraliśmy się do niego po informacje co do ogólnego położenia i w kwestji kupna, czy też wypożyczenia dla nas trzech koni. Przyjął nas bardzo grzecznie i z wielką uprzejmością ofiarował żądane wierzchowce, które mieliśmy zostawić w Mureń-Kure, gdzie łatwiej było zaopatrzyć się w inne środki przewozowe. Oczekując na konie, po które Gej posłał Mongoła, musieliśmy spędzić w Khathylu całą noc; a była to noc, w ciągu której oczekiwano zjawienia się pierwszych oddziałów bolszewickich, gdyż Kazagrandi zmienił swój plan pierwotny i cofał się na wschód, pozostawiając osadę na łup wojsk sowieckich.
Zdziwiła mię bardzo okoliczność, że gdy wszyscy mieszkańcy uciekali z Khathylu, Gej z rodziną i z całą swoją majętnością pozostał w zagrożonej osadzie.
Nie mogłem tego rozumieć, gdyż słyszałem, że brał on czynny udział w tworzeniu się oddziału Kazagrandi, nie szczędząc dla niego środków pieniężnych, zapasów żywności i różnych towarów ze składów i magazynów „Centrosojuza“. W osadzie wraz z Gejem pozostało jeszcze kilku urzędników tej instytucji, oraz sześciu kozaków, śledzących ruchy czerwonych.
Nadeszła noc... Ja i agronom byliśmy zmuszeni robić przygotowania do boju lub... do samobójstwa. Znajdowaliśmy się w niewielkiej chacie, tuż nad brzegiem Jagi, wraz z kilku robotnikami, którzy jakkolwiek nienawidzili bolszewików, nie mając jednak koni, nie mogli uciec.
Siedzieliśmy w izbie, oświetlonej kopcącą świecą łojową, i myśleliśmy o przewrotności losu ludzkiego. Nagle wpadł do izby jeden z robotników i zdyszanym głosem zawołał:
— Biada! Biada! Czerwoni przyszli...
W tej samej chwili leśną ścieżką, poza domem, szybko przemknął jakiś jeździec. Okrzyknąłem go, lecz on w milczeniu popędził dalej. Koń był mi nieznany...
— Łżesz! — odezwał się ktoś z robotników. — To z pewnością jakiś Mongoł, a ty ze strachu już czerwonych zobaczyłeś!...
— Nie! to nie był Mongoł — bronił się wystraszony chłop. — Koń był podkuty. Wyraźnie słyszałem szczękanie żelaza o kamienie. Biada! Biada!
— Ta — ak! — przeciągłym głosem zauważył mój agronom. — Teraz to chyba i na nas przyszła kreska. Głupio się stało!
Nie mogłem oponować, gdyż p. Władysław miał zupełną słuszność. Sytuacja była głupia i... przykra.
Na szczęście jednak posłyszałem za oknem tupot koni i głos Mongoła, wołającego na mnie po rosyjsku. Przyprowadził konie, przysłane dla nas przez Geja. Nie tracąc chwili, okulbaczyliśmy je i wyruszyliśmy w drogę. W domu Geja panował popłoch, ponieważ na okolicznych górach spostrzeżono wielkie ogniska. Nie było wątpliwości, że bolszewicy, pewni siebie, a nie chcąc nocą wkraczać do osady, zatrzymali się w lesie na popas, aby rano triumfalnie wejść do Khathylu.
Zaczęliśmy żegnać Gejów, gdy naraz wszedł posłany na wywiad kozak i doniósł, że na górach, jakiś nieznany oddział pali ogniska, a dwóch wywiadowców przybyło już do Khathylu. Byliśmy obecni przy raporcie tych przybyszów. Oznajmili oni, że oddział białych partyzantów — chłopów z głębi Syberji przedarł się pod dowództwem kilku oficerów do Mongolji i, dowiedziawszy się o istnieniu oddziału pułkownika Kazagrandi, szedł, aby się z nim połączyć.
W ten sposób niebezpieczeństwo, zagrażające mieszkańcom Khathylu, narazie zostało zażegnane, lecz my nie czekaliśmy na przybycie oddziału partyzantów i, pożegnawszy wszystkich, ruszyliśmy zpowrotem do Uliasutaju. Po drodze jednak trzeba było zajechać do Mureń-Kure, aby pozostawić tam konie, należące do Geja, i wynająć wielbłądy na dalszą drogę.
Zbliżywszy się do brzegu Egin-Goła, spotkaliśmy trzech kozaków, wysłanych do uciekających z wieściami o wypadkach w osadzie.
Zeszliśmy z koni i, tak jak poprzednio, zaczęliśmy je prowadzić przez rzekę „Djabła“ za uzdy. Rzeka szalała. Podziemne siły burzyły uwięzioną pod lodem wodę, która z hukiem i, trzaskiem kruszyła swe zimne więzy i, porywając całe pola lodowe, pędziła z niemi na południe.
Szerokie, nieoczekiwanie zjawiające się szczeliny, biegły powierzchnią zamarzniętego jeziora w różnych kierunkach. W jedną z nich wpadł kozak, lecz z naszą pomocą wydostał się na lód; przemokły i zmarznięty musiał powracać do osady. Konie ślizgały się i padały. Zarówno ludzie, jak konie, zupełnie wyraźnie odczuwali obecność śmierci, która czyhała tu co chwila, przerażając nieoczekiwanemi niebezpieczeństwami. Przeszliśmy nareszcie przeklętą rzekę i szybko posuwaliśmy się naprzód, coraz bardziej oddalając się od wulkanu w prawdziwem i przenośnem znaczeniu tego słowa.
Późną nocą dogoniliśmy dużą grupę uciekinierów z Khathylu. Zatrzymali się na nocleg koło duguna chińskiego w wielkim namiocie, w którym przy dymiącym piecu zgrupowali się mężczyźni, kobiety, dzieci, zdrowi i chorzy. Nie mieliśmy ochoty zostawać w tej przykrej i ponurej atmosferze i pojechaliśmy dalej. Mróz szybko tężał, a wiatr dął coraz silniej i wścieklej. Całe dwa dni przedzieraliśmy się przez głębokie śniegi, kilka razy przejeżdżając przez dość wysokie przełęcze górskie. Nareszcie zobaczyliśmy obszerną równinę, przeciętą wstęgą niezamarzniętej rzeki Mureń, z kłębiącą się nad nią parą. W pobliżu brzegu widniały wysokie chińskie dachy świątyń buddyjskich, pałac księcia mongolskiego, wielkie murowane „obo“, czerwone słupy, oznaczające granice klasztoru, i szary kwadrat rosyjsko-chińskiej dzielnicy. Było to Mureń-Kure, liczące około 10.000 mnichów i około 5.000 ludności cywilnej.
Do Kure pozostawało nam zaledwie pięć kilometrów drogi, gdy naraz z poza zakrętu górskiego wysunęło się dwóch jeźdźców, którzy, spostrzegłszy nas, natychmiast zawrócili konie. Krzyczeliśmy długo, aby podjechali, lecz w odpowiedzi dostaliśmy dwa strzały karabinowe. Nie dowiedzieliśmy się nigdy, kto byli ci dwaj jeźdźcy. Mógł to być rekonesans bolszewicki, lub też poprostu zwyczajni bandyci, usiłujący w ten sposób odstraszyć nas od pościgu.
W pobliżu rzeki Tajrys spotkaliśmy rosyjskiego kupca Teternikowa, który mieszkał w rosyjsko-chińskiej handlowej osadzie przy klasztorze, jak to zawsze bywa w Mongolji, gdzie przy świątyniach powstają osady, zakładane przez chińskich i rosyjskich kupców.
Teternikow zaprosił nas do siebie na wypoczynek. Bardzo gościnnie i nad wyraz serdecznie podejmowała nas żona Teternikowa, pani Tatjana.
Odrazu poczuliśmy się jak wśród najżyczliwszych przyjaciół. Gospodarze, jak mogli, dogadzali nam, chociaż wiedzieli, że płacić nie możemy, że jesteśmy uciekinierami, że musimy jechać dalej, i że za przyjęcie nas będą ciężko pokutowali w razie przyjścia bolszewików do Mureń-Kure. Nie spostrzegliśmy nawet, jak wszystkie nasze poniszczone rzeczy naprawiła czyjaś niewidzialna ręka, w tobołach naszych znaleźliśmy wełniane rękawiczki, pończochy, pudełka z igłami i nićmi, blaszanki z solą, kakao i konserwami i dużo drobnych przedmiotów, świadczących, że dobroczyńca obmyślił dobrze każdy szczegół. Na nic się nie zdały nasze protesty. Teternikow i jego żona słyszeć nie chcieli o zwrocie przez nas tych drogich upominków.
A były to prawdziwie drogie rzeczy. Zrozumieliśmy to później, gdyśmy przechodzili północną część Gobi. O wtedy nieraz upominki Teternikowych ratowały nas od głodowej śmierci, gdyż koczownicy, wrogo dla cudzoziemców usposobieni, narazie nie chcieli sprzedawać nam koni i baranów, lecz nie mogli się oprzeć pokusie, gdyśmy ofiarowywali im igły i nici, które w okresie panowania bolszewizmu w Rosji i wojny w Mongolji stały się droższe od złota!
Pobyt w Mureń-Kure potrwał kilka dni. Staliśmy się świadkami dramatycznych wypadków.
Bolszewicy od strony Kosogoła, a także z obwodu Selegińskiego wtargnęli do Mongolji i wolno posuwali się na południe. Wszyscy rosyjscy koloniści, rozrzuceni po całym kraju, zaczęli uchodzić przed nimi i gromadzić się z rodzinami i dobytkiem w klasztorze Mureń, jako najbliższem zaludnionem miejscu.
Wkrótce w domach kolonistów i gościnnych jurtach klasztornych tłoczyło się do trzystu uchodźców. W miejscu, poświęconem mądremu a spokojnemu Buddzie, zapanowała ponura trwoga.
Spadły obfite śniegi, mróz dosięgał trzydziestu stopni, dzień w dzień szalał wicher, podnosząc chmury śniegu. Wszystkie ścieżki karawanowe utonęły bez śladu w głębokich zaspach. Górskie przejścia stały się niebezpieczne i nie do przezwyciężenia. Mongołowie nie chcieli dawać koni i wielbłądów, obawiali się prowadzić uciekinierów dalej, gdyż, jak twierdzili lamowie-kapłani, „bogowie zimy byli gniewni i czyhali na życie ludzi“.
A do naszego tymczasowego schroniska — mongolskiego miasta Uliasutaj było około czterystu kilometrów! Jak mogli przebyć ten szmat ciężkiej drogi koloniści, wioząc ze sobą kobiety i dzieci?!
Musiałem ze swoją grupą przebyć tę drogę przy tak ciężkich warunkach, że nawet my, już oddawna zahartowani i silni ludzie, cierpieliśmy niewymownie od mrozu, śnieżyc i wichru, szalejącego na szczytach górskich przełęczy i w wąskich szczelinach pomiędzy skałami, gdzie wiła się, jak wąż, co chwila znikająca w śniegu ścieżka. Podczas tego przejścia przez grzbiet Tarbagatajski i w dolinie Ederu straciłem dwóch ludzi, którzy zabłądzili i zamarzli.
Gdy ścisk i tłok w małej osadzie przy klasztorze panowały w całej pełni, przybyły władze chińskie i zaczęły nalegać, aby Mongołowie zmusili uciekinierów do porzucenia klasztoru.
Żadne prośby nie pomagały. Z bezwzględną surowością przybyli urzędnicy młodej rzeczypospolitej chińskiej zmusili Rosjan, aby ci opuścili gościnne domki osady i klasztoru. Z trudem udało im się pozyskać pozwolenie na założenie obozu śród okolicznych gór, gdzie po paru tygodniach wytropili ich i wymordowali sowieccy bandyci.
Teternikow jednak, zawdzięczając swoim zażyłym stosunkom z lamami i mongolskimi urzędnikami, potrafił nas obronić. Po wypędzeniu wszystkich uciekinierów, około tygodnia jeszcze spędziliśmy w Mureń-Kure. Przekonani przez Teternikowych Mongołowie oznajmili stanowczo ciemięzcom-Chińczykom, że nie wyrzucą nas z obwodu klasztornego, gdyż, jak mówili:
— Są to dobrzy biali ludzie, a śród nich dwóch nie-Rosjan, ludzi z ziemi „Porando“...
W kilka miesięcy później przekonałem się, że imię polskie jest znane w Mongolji — spuściźnie groźnego Dżengiza-Temudżyna i że Polskę nazywają „Porando“, co jest, być może, zepsutem słowem angielskiem „Poland“.
Mieszkaliśmy więc w gościnnym domu nowych przyjaciół, spędzając z nimi całe dnie i prowadząc nieskończenie długie rozmowy na różne tematy, wyczuwając w gospodarzach potrzebę obcowania z kulturalnymi ludźmi.
Nie mogę nie zaznaczyć tu tej interesującej cechy ludzkiej — szukania zapomnienia się w myślach o rzeczach ideowych, abstrakcyjnych, nie mających nic wspólnego z walką życiową.
Obserwowałem to w różnych miejscach za czasów bolszewickich w Rosji, a później podczas mojej podróży przez serce Azji w warunkach nader ciężkich.
Moja grupa składała się z ludzi całkiem różnych poglądów, psychologji i inteligencji, a tymczasem wszyscy mieli jedno i to samo upodobanie.
Oto co wieczór, przy ognisku, po herbacie z sucharami, ci zmordowani długim marszem ludzie nigdy nie zabierali się do spoczynku odrazu.
Paląc fajki, leżeli około ogniska i zwracali się codziennie do mnie z jedną i tą samą prośbą:
— Profesorze, niech pan opowie o czemś, co życiem nie pachnie...
Były to dziwne, nocne opowiadania przy ognisku, za którym czaił się ciężki, groźny mrok puszczy lub stepu, szalał mróz, ze złośliwym sykiem i zgrzytem miotała się śnieżyca.
Jakich tylko tematów nie poruszałem wtedy! Religja, historja, astronomja, nauki przyrodnicze, filozofja, wszystko to zmieniało się, jak w kalejdoskopie...
To samo powtórzyło się i tu — w domu Teternikowych, gdzie po kolacji, przy dużym stole opowiadałem dopóźna; słuchali mnie uważnie już nawykli do tego moi towarzysze, ale rozczulającem było zachowanie się gospodarzy. Zamieniali się w słuch, w jakiś kłębek napiętych nerwów. Z połyskującemi oczami, z zarumienionemi twarzami wpatrywali się we mnie i słuchali. Ich nerwowy nastrój udzielał się mnie i — doprawdy, na żadnem z najbardziej odpowiedzialnych moich wystąpień nie mówiłem z większem podnieceniem i starannością, jak w niskiej izbie domu Teternikowych, gdzieś w północnej Mongolji, około buddyjskiego klasztoru na Tajrysie!
Podczas takich pogadanek nieraz spostrzegałem baczne, niespokojne spojrzenia, rzucane przez gospodarza na twarz żony. Pani Tatjana siedziała zawsze wyprostowana, ze wspaniałemi czarnemi warkoczami, owiniętemi naokoło kształtnej głowy. Na jej twarzy o szlachetnych, ruchliwych rysach i pięknych ciemnych oczach malowała się jakaś trwoga lub troska, nurtująca ją.
Coś było w życiu tych dwojga ludzi, co stanowiło treść i boleść ich życia... Od kogo z dwojga pochodziła ta boleść? Jak się miała skończyć? Jakie ciężkie przechodziła koleje? W jaki sposób dręczyła ta boleść nieznana dusze i serca tych ludzi, rzuconych na bezbrzeżne stepy Środkowej Azji z ich męką, zwątpieniami i, być może, niewyraźnemi dążeniami?
Odpowiedź na te pytania przyszła bardzo prędko.
Po zwykłej wieczornej pogadance na parę dni przed opuszczeniem Mureń-Kure, udaliśmy się na spoczynek. Moi ludzie stali w oficynie na podwórzu, ja zaś z p. Władysławem mieszkałem obok pokoju gospodarzy.
Już się zacząłem rozbierać, gdy dobiegł mnie gorący szept Teternikowa. Chodząc po pokoju, zdławionym, urywanym głosem szeptał:
— Gdy patrzę na ciebie, Tatjano, taką uduchowioną, zasłuchaną, chcę na kolana paść przed tobą, stopy twe całować i modlić się do ciebie... takaś ty piękna, czysta i święta!
— Dymitr, nie potrzeba o tem mówić... — z męką w głosie odezwała się Tatjana.
— Nie mogę, nie mogę! — jął dalej szeptać mąż. — Cała krew we mnie burzy się, płonie dusza, a z dna mego serca podnosi się czarna chmura nienawiści! Rozumiesz — nienawiści? Jak mogłaś ty, czysta i święta, ty taka piękna i wszystko rozumiejąca, oddać swoje cudne serce temu przejezdnemu kupcowi? Jak mogłaś, jak śmiałaś? Widzę na twoich ustach ślady jego pocałunków, słyszę pod pułapem echa twoich przysiąg i słów pieszczotliwych! O, Tatjano, Tatjano! Jaka męka, jakie przekleństwo!
Głos się urwał, ale doszły mnie stłumione, ciężkie szlochania Teternikowa.
Długo trwało milczenie. Szloch ustał nareszcie. Zapanowała cisza zupełna.
— Mów! Mów! — rozległ się rozkazujący, namiętny szept mężczyzny.
— Już wszystko ci powiedziałam, — smutnym głosem, z głębokiem westchnieniem odezwał się kobiecy głos. — Jam nie winna przed tobą, Dymitr! Lubiłam słuchać jego opowiadań o szerokim bożym świecie, lecz nie było między nami nic, nawet słowa o miłości nie wypowiedzieliśmy. On był czysty i młody i nie znał grzechu... Ja ci to mówiłam, przysięgałam na pamięć ojca mego i na miłość do matki. Poco dręczysz siebie i mnie?...
Nie słuchałem dłużej. Narzuciłem na siebie kożuch i wyszedłem na podwórze. Czarne, grudniowe niebo wisiało nisko nad ziemią, a na nim, jak pochodnie, paliły się gwiazdy.
Zamyśliłem się nad życiem ludzkiem. Jasną była dla mnie w te chwile smutna prawda, przekleństwo kainowe, zmuszające ludzi wlec za sobą czarne pasmo męki.
Wszędzie, zawsze, gdzie tylko jest człowiek, czai się przy nim, jak cień nieodstępny, męka duszy jego... I nawet tu, w pustyni północnej Hałhi, spotkałem tę znaną nam w miastach rozpustnych, rozpasanych, udrękę namiętnej zazdrości, nienawiść w sercu, pałającem miłością, i, być może, dążący już w zmroku buntującej się duszy — niesprawiedliwy, krwawy wyrok...
Nazajutrz gospodarz zaprosił mnie by obejrzeć tabun, który pasł się w górach o kilka kilometrów za klasztorem.
W drodze był milczący, aż wreszcie podjechał do mnie i wybuchnął.
— Pan tak rozumie potrzeby ludzkie i ich dusze! — zawołał. — Ratuj pan nas! Ratuj, gdyż inaczej zginiemy!...
I opowiedział mi zwykłą historję, powiedziałbym banalną, gdyby nie to, że zdarzyła się ona w tak dziwnych i tajemniczych miejscach, jakiemi są potworne stepy mongolskie, gdzie, niemal widzialny, błąka się ponuro-szkarłatny cień Szatana.
Dymitr powrócił do Mureń po wojnie z Niemcami i zastał Tatjanę bardzo zmienioną. Ucieszyła się na jego widok, otoczyła go zwykłą opieką i ciepłem domowem, lecz zwykła wesołość jej prysnęła. Nocami często wzdychała i płakała pokryjomu, a bladła z dnia na dzień. Od chińskich kupców dowiedział się, że gościł u Tatjany przejezdny kupiec z Rosji, spędził kilka dni i odjechał. Podejrzenie i zazdrość ogarnęły Dymitra i coraz bardziej dręczyły go...
— Ratuj nas, ratuj! — błagał, chwytając mnie za rękę.
Jak mogłem poradzić na ból jego?
Zwykła historja, codzienna, prosta i ordynarna — tak myślałem, lecz naraz stanęły przede mną, jak żywe, piękne, uduchowione oczy tęsknej kobiety i jej mieniąca się od wzruszeń surowa twarz.
Obiecałem pomyśleć nad sprawą.
Gdy powróciłem do domu, a Dymitr był jeszcze zajęty przy naszych wierzchowcach, Tatjana rzuciła się ku mnie i, kurczowo ściskając ręce, zapytała:
— Mąż panu wszystko opowiedział?
— Tak!
— Wyprzedził mnie, chciałam sama prosić pana o pomoc. Dziś wieczorem mąż musi pojechać do Mongołów po pieniądze, wtedy sama panu opowiem...
Nastał wieczór. Teternikow odjechał. Pozostaliśmy z Tatjaną we dwoje.
Cichym głosem, spokojnie i przekonywująco odpowiedziała:
— Jestem córką Grzymanowskiego — Polaka, zesłanego na Ałtaj za polityczną sprawę. Pokochał tam Rosjankę i ożenił się z nią. Ojciec był bardzo uczony i mnie do nauki zachęcił, a umiał opowiadać tak porywająco o pięknych rzeczach, a najbardziej o Polsce, którą miłował płomiennie, religijnie... Marzył o powrocie do ojczyzny. Nauczył mnie po polsku, lecz umarł, gdy byłam pięcioletnią dziewczynką. Matka wyszła za innego, a gdy miałam siedmnaście lat, wydano mnie za Dymitra. Jest to bardzo dobry człowiek, prawdziwie mnie kocha, lecz nie rozumie mnie zupełnie, może dlatego, że jest o wiele starszy i zupełnie nie uczony, a ja byłam w gimnazjum, trochę się uczyłam i czytałam bardzo dużo... Otóż już czekałam na powrót Dymitra z wojny, gdy pewnego wieczoru przyjechał do Mureń-Kure i prosił mnie o gościnność młody, blady człowiek. Przyjęłam go i mieszkał u mnie przez pięć dni, gdyż miał tu interesy. Okazał się Polakiem — zesłańcem. Mieszkał w siole Mondy i prowadził drobny handel w Mongolji. Pierwszego wieczoru dowiedziałam się o tem, a gdy zaczął tęskne opowiadania o ojczyźnie swojej, skąd go porwali żandarmi i sądy, gdy widziałam, jak płonęły mu oczy, drżały usta i blada twarz — wypłynęły wspomnienia dziecinne, odezwała się krew przodków, i nigdy lepiej i cieplej nie czułam się, jak w jego towarzystwie. To wszystko, panie! A gdy po pięciu dniach odjechał, tęskniłam za nim, za jego głosem, za jego smętnemi lub płomiennemi oczami. Lecz nie była to miłość! Było to coś lepszego i wyższego... A co — tego nie wiem... Dopomóż nam, ratuj nas, inaczej zginiemy oboje! Ja żyć nie mogę pod podejrzeniem, Dymitr zginie, nie wierząc mi... i trując się swemi myślami. Z każdym dniem przepaść pomiędzy nami staje się głębszą i straszliwszą. Czem się to skończy — nie wiem...
Gdy odeszła, długo myślałem, w jaki sposób muszę działać. A działać musiałem.
Była przede mną kobieta, w której żyłach płynęła i burzyła się nasza polska krew. Czułem, że mówiła szczerą prawdę, świadczyły zresztą o niej śmiałe, gorejące oczy i tęskny do dna serca przenikający głos...
Myślałem całą noc. Tysiące planów zmieniłem, tysiące słów i dowodów dobierałem i odrzucałem.
W takiej rozterce zastał mnie świt.
Nad rankiem oczekiwano Dymitra zpowrotem od sąsiedniego mongolskiego księcia.
Naraz coś mnie tknęło. Zawołałem robotnika i poprosiłem, by okulbaczył konia. Wskoczyłem na siodło i wyjechałem na drogę, którą miał powracać Teternikow.
Po godzinnej jeździe zobaczyłem go, spuszczającego się ze stromej góry. Jechał zadumany, z głową nisko pochyloną na piersi. Dobry gniady koń, zeszedłszy z góry, pomknął całym pędem w stronę domu.
— Niech pan się zatrzyma! — zawołałem na Dymitra.
Podniósł głowę i drgnął. Zdarł konia, aż ten przysiadł na tylne nogi, a później zbliżył się do mnie.
— Co się stało na miłość boską? — pytał z trwogą w głosie. — Tatjana...
Uspokoiłem go, i pojechaliśmy razem dalej.
Gdyśmy wyjechali z krętej doliny Tajrysu do kotliny, w której stał klasztor, dziwny widok uderzył mnie.
Złocisto-różowe słońce zalało dziewicze śniegi stepów, przeciętych turkusową wstęgą zamarzniętej rzeki, a na jej brzegu z jakimś niepojętym spokojem wznosiły się wygięte dachy buddyjskich świątyń, czerwone, polerowane i złocone wieże, ściany i białe, ofiarne ołtarze. Nad klasztorem wznosiły się w nieruchomem powietrzu słupy zaróżowionego dymu i wzbijały się aż pod przezroczyste, mieniące się, jak perły obłoczki, płynące niby dumne łabędzie ku tajemniczej północy.
Panowała cisza niczem niezamącona; nigdzie nie było śladu żywej istoty, tylko milczenie tajemnicze, przejmujące i spokój panowały tu niepodzielnie.
Wstrzymałem swego wierzchowca i położyłem rękę na cuglach Dymitra.
Ktoś niewidzialny podszepnął mi myśl:
— Widzicie ten spokój, rozumiecie tę ciszę, czujecie tę nieśmiertelną trwałość natury? Jest to przejaw bóstwa. W obliczu tego bóstwa przysięgam wam na życie swoje, na swoją duszę, że Tatjana nie zgrzeszyła przed wami!
Dymitr, jak uderzony piorunem, zeskoczył z konia i, porwawszy mnie za rękę, przycisnął do niej czoło.
Ani słowa nie rzekliśmy do siebie przez całą drogę. Tatjana też o nic więcej nie pytała mnie.
Po dwóch dniach ruszyliśmy w dalszą drogę.
Gdyśmy się pożegnali i część moich ludzi dochodziła już do stromego brzegu Tajrysu, podbiegła do mnie Tatjana i, całując po rękach, szepnęła:
— Niech Bóg doprowadzi pana do szczęścia na polskiej ziemi za to, co pan dla nas uczynił!
Odjechaliśmy. Byliśmy wkrótce już o kilka kilometrów za klasztorem. Zaczynała się śnieżyca i wzmagał się wiatr. Naraz dopadł nas Teternikow.
Był płomienny i blask bił mu z twarzy.
— Przywiozłem wam beczułkę wódki, bo w drodze to dobrze robi. Bywajcie zdrowi! Z Bogiem!
Uścisnąwszy wszystkim ręce, zbliżył się do mnie i szepnął:
— Uwierzyłem panu jak Bogu! Tatjana — święta, niewinna! Weź pan ten nóż, który dawno przygotowałem na nią... Rozumie pan?
Porwałem nóż i cisnąłem go daleko do głębokiego wąwozu.
— Niech zginie wraz z męką waszą! — zawołałem. — Niech rdzą się pokryje, niech nikt nie wie, w co się zmienić miała miłość wasza!...
— Dziękuję, nie zapomnę do końca życia mego! — szepnął Dymitr i wspiął konia.
Obłok śniegu pogonił za nim, a zamieć po chwili pochłonęła jeźdźca.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.