Przez kraj szatana/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Przez kraj szatana
Pochodzenie Ludzie, zwierzęta, bogowie, tom II
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wydania 1929
Drukarz Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
V.
GNIAZDO ŚMIERCI.

Posuwaliśmy się naprzód pomyślnie po 50—60 kilometrów dziennie. Wpół drogi pomiędzy Uliasutajem i Khathylem zauważyliśmy na uboczu niewielki klasztor, samotnie położony w środku dużej kotliny pomiędzy wysokiemi górami. Było to zwykłe „kure“, wybudowane w kształcie czworokąta, otoczonego wysokim płotem z nieciosanych palów. Klasztor składał się z czterech kwadratów, pomiędzy któremi biegły ulice, prowadzące do świątyni; był to budynek w stylu chińskim, ciemno czerwony, z polerowanych belek i desek, z fantastycznemi dachami, powyginanemi i wykrzywionemi nakształt grzbietu smoka. Za płotami widniały domki i jurty lamów i niskie, małe zabudowania gospodarcze.
Po drugiej stronie drogi o 3—5 kilometrów od klasztoru na płaszczyźnie czernił się drugi kwadrat.
Była to chińska faktorja handlowa, t. zw. „dugun“, który zawsze bywa otoczony podwójnym, mocnym płotem i obronnemi budynkami wewnątrz. „Duguny“ ze znaczną liczbą dobrze uzbrojonych kupców, subjektów i robotników, odgrywają polityczną rolę, prowadząc wywiad dla rządu pekińskiego i w każdej chwili mogąc przeistoczyć się w warowny fort. Takiemi twierdzami rząd chiński, jak gdyby siecią, pokrył nietylko Mongolję, lecz Urianchaj, Turkiestan i nawet ościenne państwa.
Pomiędzy kure i dugunem, bliżej drogi, stało wielkie koczowisko mongolskie. Nie pasły się konie wpobliżu, co oznaczało, że Mongołowie zatrzymali się tutaj na długi popas. Świadczyło też o tem bydło, żerujące w górach w znacznej odległości od drogi. Nad kilkoma jurtami powiewały barwne flagi trójkątne, któremi buddyjscy lekarze oznaczają miejsca, gdzie są chorzy; przy niektórych namiotach na wysokich drągach były zatknięte czapki mongolskie, na znak że właściciele ich już nie żyją. Zgraje czarnych, zdziczałych psów, wałęsających się po stepie, wymownie dowodziły, że gdzieś w ukrytym wąwozie lub pod urwiskiem nad rzeką, leżą ciała zmarłych.
Zbliżyliśmy się do jurt.
Zdaleka już usłyszeliśmy ponure warczenie bębna, przeraźliwy głos piszczałki i szalone krzyki, pełne obłędu. Stary tubylec wyszedł i objaśnił nas, że kilka rodzin mongolskich przybyło do „kure“, aby skorzystać z cudownych leków świętego hutuhtu — przeora Dżałchancy, do którego należał klasztor z przylegającemi do niego obszarami stepów i gór. Mongołowie, chorzy na trąd i czarną ospę, przybyli zdaleka lecz na nieszczęście nie znaleźli Dżałchancy-hutuhtu. Sprawując urząd prezesa rady ministrów w Urdze, przebywał on oddawna na dworze „Żywego Buddhy“. Wtedy zmuszeni byli zwrócić się o pomoc do „szamanów“, czyli lekarzy-czarowników i wymierali jeden po drugim.
— Wczoraj zostawiliśmy na stepie 27 ludzi! — ze smutkiem i rozpaczą zakończył starzec swe opowiadanie.
W tej chwili z jurty wybiegł „szaman“. Był to stary, chudy człowiek z bielmem na oku i z twarzą, zniszczoną przez ospę, ubrany w jakieś brudne, różnokolorowe, rozwiewające się na wietrze łachmany z czerwonemi i żółtemi wstążkami, zwieszającemi się do pasa. Miał duży bęben i piszczałkę z kości.
Szaleństwo wyzierało z jego pałających, szeroko rozwartych, nieruchomych oczu. Nagle zaczął wysoko i szybko podrzucać nogi, jakoś dziwnie schylając je w kolanach, jął obracać się wkółko, dygotać jak w febrze; wił się, uderzając w bęben i gwiżdżąc w piszczałkę, krzyczał, szalał, miotał się w coraz zawrotniejszych susach i obrotach, aż wreszcie zbladł straszliwie, oczy mu się nalały krwią, z ust poczęła wyciekać piana. Padł na śnieg, rzucał się i wykrzykiwał nieprzytomnym głosem jakieś dziwne słowa.
W ten sposób leczył swoich pacjentów czarownik-szaman, odpędzając szaleństwem złe demony choroby i śmierci.
Inny znowu „cudotwórca“ dawał chorym do picia brudną, mętną wodę, niegdyś zaczerpniętą z wanny „Żywego Boga“, obmywającego w niej swoje „boskie ciało, które wyszło ze świętego kwiatu lotosu“.
— Om! om! — skowytał i piszczał szaman.
W międzyczasie, gdy czarownicy w tak niezwykły sposób walczyli z epidemją, chorzy byli pozostawieni własnemu losowi.
Biedacy leżeli w straszliwej gorączce pod kupami owczych skór i kożuchów, bredzili w malignie, miotali się i łkali.
Tymczasem zdrowi Mongołowie, obojętnie gwarząc, jedząc i paląc fajki, oczekiwali swojej kolei.
Jakaś kobieta, pokryta czarnemi wrzodami ospy, karmiła piersią dziecko i, jęcząc, brudnemi paznogciami rozdrapywała swe poranione, wynędzniałe ciało. Obok sterczały nagie, wychudłe nogi trupa, przykrytego brudnym kożuchem. W innej jurcie zdrowi ludzie pili herbatę, siedząc obok trędowatej kobiety, której usta, policzki i powieki były pokryte straszliwemi, ohydnemi ranami gnijącemi, coraz dalej i głębiej wżerającemi się w jej zbolałe ciało. Palce i dłonie nieszczęśliwej były spuchnięte i oszpecone chorobą. Trędowata swemi budzącemi przerażenie i wstręt rękami nalewała herbatę gościom, ropiącemi się palcami wrzucała sól do ich miseczek, paliła fajkę i oddawała ją sąsiadom.
Wielki Dżengiz-Chanie! Dlaczego ty, który pojmowałeś duszę i nastroje całej Azji i Europy, ty, któryś poświęcił całe swoje życie wojnie o sławę Mongolji, nie oświeciłeś światłem wiedzy swego narodu, tak uczciwego, tak święcie przechowującego starą moralność, wytrwałego w obyczajach przodków i spokojnego? Czyż twoje kości, leżące pośród ruin Karakorumu, nie poruszają się ze zgrozy wobec szybkiego wymierania niegdyś wielkiego szczepu, który zagrażał całej ludzkości, zamierzając podbić ją i zgładzić z oblicza ziemi?
Takie myśli owładnęły mną, gdy przyglądałem się koczowisku skazańców, słuchałem jęków i łkania umierających. Gdzieś wpobliżu złowrogo wył pies, i nieustannie rozlegały się monotonne huczenie bębna i dzikie okrzyki szamana.
Naprzód! Nie miałem dostatecznie silnych nerwów, aby patrzeć na to piekło męczarni, nie mogąc dopomóc nieszczęśliwym.
Szybko oddaliliśmy się od straszliwego miejsca. Zdawało mi się, że ktoś mknął za nami, niewidzialny, zły i przejmujący zgrozą...
Duchy chorób?
Widma niewysłowionych męczarni i rozpaczy?
Dusze umarłych ofiar ciemnoty i zacofania?
Jakiś niczem nieobjaśniony lęk ogarniał nas, i długo walczyliśmy z uczuciem beznadziejnego zgnębienia.
Westchnęliśmy z ulgą dopiero wtedy, gdy Dżałchancy-kure, dugun i koczowisko męczenników znikły nam z oczu, pozostając za niewysokim grzbietem lesistych pagórków.
Przed zachodem słońca podjeżdżaliśmy do wielkiego jeziora Tissin-Goł. Na brzegu południowym stał dom architektury rosyjskiej. Była to jedyna stacja telegraficzna pomiędzy Khathylem a Uliasutajem.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.