Portrety literackie (Siemieński)/Tom II/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucjan Siemieński
Tytuł Franciszek Morawski
Pochodzenie Portrety literackie
Wydawca Księgarnia Jana Konstantego Żupańskiego
Data wyd. 1867
Druk N. Kamieński i Spółka
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


VIII.

Wybuch rewolucyjny, pożądany i przewidywany przez jednych, odpychany przez drugich, jako źródło niewyczerpanych nieszczęść, mogących zniszczyć kwiat młodzieży, a kraj odrębnego bytu pozbawić — spełnił się jednéj listopadowéj nocy.
Długo tłumiony odwet za pietnastoletnie upokorzenia i krzywdy, dał się poznać w napadzie na Belweder. Wypłoszony z groźnego gniazda brat carski ustąpił z garnizonem rosyjskim i nie śmiał nawet próbować owładnięcia stolicy, niepewnéj jeszcze czy wojsko polskie stanie po stronie rewolucyi.... Nieliczne bowiem oddziały wciągnione do spisku, nie dawały dostatecznéj rękojmi, że wytrzymają atak rosyjskiego garnizonu i części polskiéj gwardyi pozostającéj przy boku w. księcia. Atoli bądź wrodzony brak odwagi, bądź wewnętrzny niepokój obciążonego krzywdami sumienia, bądź złośliwa myśl oddania całego królestwa na pastwę caryzmu — spowodowały odwrót — i w. książę oddał kraj w ręce rewolucyi.
Wieść o tym wybuchu stolicy, piorunem przeleciała po kraju.
Każda pierś odetchnęła swobodniéj, choć niejedna głowa zakłopotała się pytaniem: jakiż koniec nas czeka?
Po wojewódzkich miastach stojące załogi z jenerałami, półkownikami swymi, bez wahania się stanęły po stronie powstania, które przez to natychmiastowe połączenie się, przybrało wyraz powstania całego narodu.
Dzieło młodzieńczego zapału przeszło w ręce umiarkowanych, a ci nie wierząc w podobieństwo mierzenia się z olbrzymem, chcieli poprzestać na uratowaniu swobód konstytucyjnych i w imieniu króla polskiego, wojować z carem.
Detronizacya Mikołaja zadała cios téj pośredniéj drodze, ale nie naprawiła tego, co było w kilku tygodniach zmarnowaném: ostudzony pierwszy zapał, nie tworzył już cudów.
Jenerał Morawski, jak tylu innych wyższych wojskowych, stanął tam gdzie byli wszyscy, gdzie był naród. Wiadomość o powstaniu zastała go w Lublinie zkąd zaraz do Warszawy pospieszył.
Gdy już rozpoęzęły się kroki nieprzyjacielskie, naczelny wódz armii książę Michał Radziwiłł mianował go jenerałem dyżurnym, i w takim charakterze miał udział w bitwie pod Grochowem.
Ze zmianą wodza, gdy tę najwyższą godność powierzono jenerałowi Skrzyneckiemu, tenże przedstawił go rządowi narodowemu na ministra wojny. Odtąd urząd ten z całą gorliwością i sumiennością sprawował do samego końca; i nie przypominam sobie żeby opinia, szczególniéj w wojsku, ozwała się kiedykolwiek z jakim przeciw niemu zarzutem. Nie mam na to szczegółów pod ręką, ale na pewne mógłbym twierdzić, że w czynnościach jego wydziału musiał być porządek, pilność i ta praktyczna trafność, która obiera najprostszą drogę, żeby głównego celu próżnemi formalnościami nie gmatwać i nie opóźniać. Jeżeli kiedy, to w tak ważnych momentach, funkcya jego musiała w najściślejszéj harmonii zostawać z nim samym, i być tak prawą i sumienną, jak on był sumiennym i prawym.
Z upadkiem powstania, jenerał Morawski należąc do liczby tych, co nie wierzyli w kombinacyę francuskiéj interwencyi, i w urojone pomoce ludów — pozostał w Warszawie, zdając się na los, jaki mu nieprzyjaciel wymierzy.
Niedługo ciężyła mu niepewność. Wzięto go i wywieziono w głąb Rosyi.
W Moskwie gdzie się dłużéj musiał zatrzymać, doszła go wiadomość, że się o niego dowiadywał jenerał Wincenty Krasiński, jak wiadomo niebiorący żadnego udziału w powstaniu. Umyślił więc z téj okoliczności skorzystać i tak list doń napisał:
„Ponieważ jenerał raczył w Petersburgu dowiadywać się o moim losie, spieszę więc mu donieść, że wiozą mię do Wołogdy, 450 wiorst ku północy za Moskwą. Racz jenerał uwiadomić o moim pobycie Koźmiana i dzieci moje bawiące na Wołyniu, o których żadnéj nie mam wiadomości przez rok cały czy żyją nawet. Gdybym mógł przez jenerała mieć o nich jaką wiadomość, wdzięczen byłbym niezmiernie. Parę słów od jenerała będą dla mnie nie małą pociechą; nie wiemy losu naszego.... Przepraszam za nudy czytania tego listu....
W Moskwie 17go listopada 1831 r.“
Z tych kilku słów widać jak dalece przykro było wygnańcowi uciekać się o małą przysługę, dostania wiadomości od dzieci, do osoby stojącéj w przeciwnym obozie. Serce ojcowskie przezwyciężyło wstręt, i z całą godnością odwołało się do dawnego towarzysza bojów, do świetnego w swoim czasie reprezentanta chwały narodowéj.
Pośrednictwo to przyniosło pożądany skutek. Jenerał Krasiński starał się niejednokrotnie, polityczne swoje odstępstwo, zatrzeć prywatnemi usługami na korzyść prześladowanych współbraci.
Jakoż niedługo po przybyciu do Wołogdy, gdzie Morawski zastał innych towarzyszów wygnania, jak jenerała Rohlanda, Mrozińskiego, Czyżewskiego — uwiadomione przez Krasińskiego o pobycie ojca, dzieci, i Koźmian o pobycie przyjaciela, nie omieszkali pisywać doń, co niemałą było w nieszczęściu osłodą.
Mam przed sobą kilkanaście listów pisanych od naszego wygnańca z Wołogdy, do ojca i syna Koźmianów. W korespondencyi téj maluje się stan jego duszy, smutki i skąpe pociechy jakich przez dwa lata doświadczał.
„Jakżem szczęśliwy, że list mój was doszedł, że wasz do mnie dopłynął, mówię dopłynął, bo ta dalekość, rozległość, oceanem dla mnie. Jesteście więc zdrowi i spokojni. Bogu dzięki! I ja byłbym takim, gdyby jaka nadzieja, choćby najbiedniejsza zabłysnąć chciała, że was wkrótce obaczę, was, brata i dzieci; bo tam cały mój świat, cała obecność i przyszłość. Miałem wczoraj dzień pogodniejszy. Dzieci mi przysłały swoje miniatury. Tadzio bardzo podobny; Marynia daleko mniéj. Przytém list wasz przybył. Tyleż szczęścia zarazem, miałożby być wróżbą jakiéj wielkiéj radości, radości powrotu? Do natury nieszczęścia to należy, że we wszystkiém wróżbę widzi tak dobrego, jak złego; jedno nic je ożywia nadzieją; jedno nic wtrąca w otchłań czarnych marzeń. Największą męczarnią jest niepewność.... Używacie więc już wiosny; u nas jeszcze śniegi i lody[1], ale za miesiąc znikną może. Pomimo wszystkich uwag, rozumowań, nalegań, próśb i gróźb Jędrusia, nic nie piszę. Dusza nadto wezbrana boleścią, nadto przepełniona tęsknotą i żalem, aby je rymem stroiła. Więcéj może jest teraz poezyi w duszy niż kiedykolwiek, ale nie teraz zdolna powiadać co czuje teraz. Minione szczęście lub nieszczęście, najlepiéj się maluje jak wiosna w zimie; przynajmniéj taką jest moja natura. Obecność ssie, zbiera, gromadzi jedynie; w przeszłość zamieniona nabiera wdzięku wspomnienia, barwy poetycznéj. Ależ za to czytam jak najęty... Żyjemy tu cicho, skromnie, zgodnie, razem się stołujem. Ale żadnego poznania się z nikim, żadnego zdarzenia, wiadomości; czas więc nieruchomy i długi, szeroki jak wieczność.“
Tu zaklina aby mu donosić jak najdrobniejsze szczegóły; przysyłać wiadomości literackie i poezye Koźmiana. Kończy zaś zdrowemi radami dla Jędrzeja, które możnaby nazwać programatem zachowania się dla całéj młodzieży, co w kraju została.
„Kochany Jędrusiu! młody jesteś, możesz sobie nowy świat, całą przyszłość stworzyć. Oddaj się agronomii wyższéj, chłopkom twoim, poświęcaj się sąsiadom, bliźnim, krewnym; wybierz kilku przyjaciół, otaczaj uszanowaniem i szczęściem rodziców; wolniejsze chwile przeznacz literaturze, słowem, żyj dla drugich, a jeszcze zostaje ci pole do działania i bogate i wielkie. Starość posilać będziesz wspomnieniami cnotliwych usiłowań i śmierć będziesz miał spokojną, swobodną, z uśmiechem na ustach, jak mówią Skandynawi. Nie opuszczaj się; silnie chciéj, silnie postanów sobie, a w rok lub dwa znajdziesz to szczęście, którego ziemia nie odmawia, a nieba dozwalają; nie to szczęście, w które wierzyć, za którém się ubiegać jest nietylko marzeniem, ale i źródłem ogólnego nieszczęścia. Pamiętasz co pisze Lamartine: Le malheur des humains est de croire au bonheur.“
W moralném udoskonaleniu się społeczeństwa i organicznéj narodowéj pracy widział on więcéj rękojmi bytu, niż w politycznych gonitwach. Czy w tém się mylił? nie sądzę; dotąd bowiem bieg zdarzeń nie zadał mu kłamstwa.
Oprócz wielu strat materyalnych jakich doznał z powodu swego wywiezienia, była także strata dla literatury; teka z pracami jego gdzieś w téj zawierusze przepadła, jak to widać z listownéj wzmianki:
„Żal mi bardzo, że moich rękopisów mieć nie możesz. Gdybym przynajmniéj wiedział co się z nimi stało, i gdzie są; boć zawsze szkoda tego co się nabazgrało przez lat kilkanaście, zwłaszcza że niektóre wiersze zyskały waszą pochwałę. Jeźli dowiesz się o nich, donieś mi.“
W zbiorze tym miał być większych rozmiarów ukończony poemat pod napisem Yella, który przepadł bez słychu.
Trapiące myśli o klęskach ojczyzny, niepokój o dzieci i o własną przyszłość, nie mogły w jego duszy zrodzić tych błogich natchnień poezyi, któreby potrafiły umilić nawet przykrzejsze jeszcze położenie. Nieszczęścia publiczne robiły zawsze na nim takie wrażenie, że pióro z rąk wypadało.... Nie mógł więc mieć téj pociechy, jakąby znalazł każdy chłodniejszy duch, umiejący się odgrodzić od wrażeń, tłumaczyć je sobie, ale nie przyjmować do serca. Tego on nie umiał, i nie mógł. Widząc wszystko w rozbiciu, co dotąd tworzyło idealną całość, sam czuł się jak rozbitym, w proch startym; a na takiém tle i w takiém usposobieniu, duch zaniepokojony nie snuje nic z siebie, i jeźli do czego może być zdolnym, to chyba do umysłowego mechanizmu. Piękne niebo, malownicza okolica, sympatyczny świat towarzyski, ruch i życie — to wszystko mogłoby potrącić choć jedną strunę poezyi — ale na północy Rosyi, w sąsiedztwie Sybiru, w Wołogdzie, mógłże znaleść tę podnietę?....
Posłuchajmy jak opisuje nowy Owidyusz, to swoje wygnanie:
„Z wczorajszym dniem ustała tu całotygodniowa wrzawa. Wyobraź sobie, że od chwili rezurekcyi aż do przewodniéj niedzieli, wszystko co żyje idzie do dzwonnic i dzwoni. Dzieje się to bez przestanku, i w mieście gdzie jest cztérdzieści cerkwi. Słyszeć, mówić nie można na ulicy.... O ile gubernia jarosławska jest piękna, o tyle ta, w któréj się znajduję, jest skąpo uposażoną, i w ludność i położenia milsze. Dotąd nie widziałem tu innych drzew oprócz brzóz. Z nich tworzą ogrody i tak je obstrzygają, jak u nas niegdyś szpalery. Oprócz kruków i wron innych ptaków nie widziałem. Choć na wiosnę, jak mówią, mają tu bywać żórawie i dzikie gęsi. Wróble są rarytesy w klatkach trzymane. Kruków, kawek i wron tyle tu bywa w zimie, iż czasem gałęzi w całym ogrodzie nie widać, tak wszystkie drzewa obciążone są niemi. Na wieczór do rzeki po wiele tysięcy razem przybywa, siada na śniegu i szuka u brzegu wody. Handel, przemysł, do wysokiego stopnia tu dochodzi. Miasta, wsie, wszystko zatrudnione przemysłem różnego gatunku. Niema chłopa, któryby przestawał na dochodach z roli. Każdy pracuje dla miasta, lub ciśnie się do niego po zarobek. Jedni z zarobku uzyskanego w zimie płacą podatek skarbowi i panu; inni kupują dla siebie i dzieci wolność. Co także przyczynia się do przemysłu, to jest że panowie każą, wielu z swoich chłopów uczyć rzemiosła, a to dla tego, że sprzedając biegłego rzemieślnika, więcéj zań otrzymują.“
Lubo handlarstwo i przemysłowość rosyjskiego ludu, lody i zawieruchy nie miały czém obudzić poetycznego zapału, jednakowoż opisuje raz jedną chwilę, w ciągu swego wygnańczego żywota którąby można nazwać kwiatkiem z pod śniegu.
......„Położyłem się wczoraj o godzinie 11éj wieczorem. Księżyc świecił blado i smutnie. Kilkadziesiąt sani chłopskich wracało z miasta na wieś przez moją ulicę. Zaczęto śpiewać na tych saniach smętne dumki; to jest jednę tylko wszyscy śpiewali, każde sanie swoją strofę i tak czasem ostatnie sanie odpowiadały pierwszym sankom. Nieuwierzysz jak to było melancholiczne, smętne, urocze, jak przypominające gondole Wenecyi. Wrażenie to było tém silniejsze, że odpowiadało i smętności nocy i stanowi obecnemu duszy. Otworzyłem okno mimo mrozu i ścigałem te głosy niknące w dali i w zawiejach burzy. Lud tutejszy bardzo jest śpiewający. Przedmiotem wszystkich prawie pieśni jest miłość, melodyą smętność. Żal mi że rozumieć nie mogę. Chciałem użyć tego czasu na rozpoznanie się w literaturze krajowéj, ale mimo wszelkich usilności, nie znalazłem nikogo coby mógł i chciał uczyć mię po rosyjsku.“
Czytaniem dzieł rozmaitych, najwięcéj francuskich, czas sobie skracał, ale o tém czytaniu powiada, że mu nie szło na korzyść; głowa znękana myślami nie przyjmowała tego pokarmu, wreszcie i książek się przebrało.
„Niemając co do czytania, pisze on, coraz się bardziéj zagłębiam w nauce Astronomii. Bez globusa, narzędzi, pomocy nauczyciela, sam się biedzę. Imaginacya będąc w samotności najsroższym darem, staram się ją zabijać twardemi naukami, suchością rachunku. Lekkich płodów czytanie nie przemoże czarnych marzeń i tych długich myśli które tak dręczą okropnie, siły trzeba aby siłę wykorzenić i złamać, ztąd téż do głębszéj wziąłem się nauki. Skończyłem także Geologię. Znalazłem gramatykę angielską i téj się też uczę. Mam nadzieję dostania starożytnéj historyi Goldsmitha, która jest bardzo cenioną. Na zimę sprowadzę sobie botanikę, chemię i książki agronomiczne. Ale co mówię o zimie bliskiéj, kiedy już nadeszła. Przed kilku dniami[2] mieliśmy tu już i śnieg i lody. Nigdzie wyjść nie można było dla zimna; wszyscy krzyczymy tu na reumatyzmy, których trudno uniknąć; ten się na oczy, ten na nogę, ten na rękę skarży, a wszyscy na serce....“
Można sobie wyobrazić jaką rozkoszą napawała go każda wiadomość o kraju:
„Z biciem serca odbiéram wasze pisma. Ledwie list otworzę, już was czuję przy mojém sercu i całe widzę Piotrowice, każdy kątek, tych co są tam i co niegdyś byli, a teraz w grobie spoczywają. Po rodzinnéj wiosce Piotrowice najsilniéj do mojéj duszy przemawiają.
Każde tam echo musi głos mój pamiętać. Wystawiam sobie, że nieraz mówicie: przy tém drzewie mówiliśmy z nim o jego żonie; tam w owéj alei szarpał się o Szyllera; tam z matką waszą nielitościwie rąbał drzewa dla odkrycia stawu; a tu przy kominku kłócił się z kapitanem o sławę Alwinzego! Jednych groby porwały, drugich dalekość schłoniła, wszystko rozprószone. Deus afflavit et dissipati sunt.“
Piszącemu zdawało się jednak, że listy jego muszą być suche i czcze kiedy z takiego miejsca pisane, gdzie nikogo nie znał, nic nie widział, gdzie nic się nie działo, coby interesować mogło. „Nie obwiniaj o tę suchość serca mojego; wiécie co czuję dla was, i łatwo pojmiecie jego cierpienia, choć wam o nich nie mówi.... Trochę nawet boleści zrzucić z serca, już jest szczęściem w mojém położeniu...... Tym razem jednak nie mogę wam przesłać nadziei, i Bóg wié czy kiedy jaka będzie. Może tu przyjdzie kości złożyć! i nigdy już was nie widzić, nie widzić dzieci!....“
Niejaką rozrywkę w jego smutkach przyniosła mu ballada którą Kajetan Koźmian napisał na niektóre figury grające niepoczesną rolę w ciągu rewolucyi. Występowała tam cała Honoratka z przeklętéj pamięci sprawcami nocy 15go sierpnia. Wygnaniec Wołogdy tak się rozpisuje nad tym utworem:
„Odebrałem twój list z tą srogą, piękną, świetną, czarną balladą ojcowską, która do wszystkich uczuć budzi, łez, śmiechu, litości, indygnacyi, rozpaczy i wzgardy. Co za cudowna myśl wsadzenia Grz...... tego potworu na rumaka X. P. Obraz K.* z bocianią szyją, doskonały..... Trzebaby cały list zapełnić cytacyami na pochwałę godną téj ballady. Chaos brudu Honoratki, i ten Bóg morskich bałwanów, co budzi i ciszy burze, żyją pod pendzlem poety. Ale sądzę, że poema nieskończone; trzebaby jakiś śmieszny koniec wymyślić dla Grz... któryby go podał i wzgardzie i szyderstwu wiecznych czasów.... Takie potworki piętnować trzeba, dla przestrogi następnych pokoleń, które daj Boże, aby nauczyły się poznawać i cenić politycznych warchołów, podług ich rzetelnéj wartości!...... Wracając do twego ojca, proszę cię, nie daj mu próżnować; podstaw pod moje[3] krzesło jaką machinę parową, aby mu ognia i werwy dodawała. Niech napisze powrót na wieś; do któréj z Horacym przez tyle lat wzdychał. Szerokie pole! i sercu jego przedmiot odpowiadający. Niech czasem jaką wiejską scenę skreśli, jakiś widok, zdarzenie, rozmowę z wieśniakiem, zachód słońca, liście jesienne, dumanie przed kominkiem, i tym podobne; kiedyś będzie to galerya wiejskich obrazków niepotrzebujących związku między sobą, ani długiéj pracy. Widzisz że chciałbym go przerobić na lakistę[4], na człowieka téj nowéj szkoły poetów angielskich, o któréj z tobą nieraz mówiłem. Twój ojciec porwie się za głowę, że znowu coś nowego się zjawiło, i bojąc się należeć do tego, nie będzie chciał wziąść pióra w rękę; lecz każdy ma swój sposób pisania, każdy swoje przekonanie, swój własny kolor i charakter, i źle byłoby, gdyby się zmuszał do innego, który nie jest w jego naturze. Wreszcie, każdy przez inne przechodził koleje, marzenia, boleści; na innych kształcił się wzorach, w inném żył życiu.“
Rzadko jednak w tych listach z wygnania zajmują go przedmioty literackie, ani jeden dowcip nie wyrywa się z pod pióra z tą niespodzianością, z jaką ptak zrywa się z pod nóg myśliwca; najwięcéj jeżeli potrąci o przeczytaną książkę. Znać że dusza boleścią w nim struta, że umysł przygnieciony niepewnością losu, tęsknotą za dziećmi, za rodzinną ziemią. W odbieranych wiadomościach od Koźmiana zapewne pocieszano go nadzieją rychłego uwolnienia, ale on w nią nie wierzy: „Dziękuję ci za tę nadzieję, pisze w jednym z ostatnich listów, którą mi przesyłasz; dziękuję ci szczerze; choć prawdę mówiąc, i nadzieja już nie chce chwytać się serca, i myśl już jéj widzieć nie umie.“ Same nawet wspomnienia lepszych czasów stają się dla niego męczarnią: „Nie lubię wspomnień, bo i szczęśliwe i nieszczęśliwe smucą, w każdém jest łza. Odbierz człowiekowi nieszczęśliwemu pamięć, a przestanie być nieszczęśliwym. Tak to nadzieja zwodzi, pamięć smuci, obecność ciśnie, nie wiedząc gdzie się schronić!“
Tym razem jednak wieść dobréj nadziei przesłana od przyjaciół, była zapowiednią kończącego się wygnania. Niema już listów z Wołogdy, najbliższy nosi datę wsi polskiéj.

Przypisy

  1. List ten pisany 16go kwietnia 1862 r.
  2. List ten z daty 24go września 1832 r.
  3. Morawski ulubiony swój fotel, który został w Lublinie, ofiarował Koźmianowi, żeby w nim wygodnie oddawał się poetycznemu natchnieniu.
  4. Wordsworth był reprezentantem téj szkoły poetów natury, dla tego zwanych lakistami, że nad jeziorem wiejskie zamieszkiwali ustronia.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Lucjan Siemieński.