Pokutnik

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Antoni Edward Odyniec
Tytuł Pokutnik
Pochodzenie Poezye
cykl „Legendy“
Data wydania 1874
Druk Drukarnia Gazety Lekarskiej
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
POKUTNIK.



Ubrany w szaty kościelne,
Z potęgą od nieba wziętą,
Rozgrzeszać ludy śmiertelne,
Papież odprawiał mszę świętą,
Święte rozdawał odpusty.
Lud tłumny zbiegł się z okoła,
Kornemi całując usty
Zimne podłogi kościoła.

Do ziemi spadły kolana,
Cichość osiadła sklepienia,
Gdy Bóg przez usta kapłana
Miał rozlać słowo zbawienia.
Przebóg! lecz jakaż to trwoga
Nagle Pasterza przeraża? —
Z rąk mu krzyż, z obrazem Boga,
Upadł na stopnie ołtarza.

„Nieba! rzekł, cóż to za zbrodzień
Śmie się znajdować tu z wami?
Snąć odpuszczenia niegodzien
Tchem swoim świętość dnia plami.

Serce zamknięte przed skruchą,
Próżną zgryzotą usycha;
Niegodne słyszeć ich ucho,
Słowa zbawienia odpycha.

„Nieszczęsny! zbrodni twych zbytek
Przepełnił miarę szaleństwa.
Wstań, opuść święty przybytek,
Lub się bój mego przeklęstwa!...“ —
Z północnéj przybyły ziemi
Do Rzymu, w nizkiéj pokorze,
Klęczał pomiędzy wiernemi
Pielgrzym, w pokutnym ubiorze.

Lecz nikt go nie znał w tém mieście ;
W samotnéj mieszkał gospodzie,
Przez dni i nocy czterdzieście
Poszcząc o chlebie i wodzie.
Nikt silniéj w pierś nie uderza,
Nikt korniéj nie schyla czoła —
Jednak na słowa Papieża,
Powstał, i wyszedł z kościoła.

I wziąwszy podróżne szaty,
Powracał do kraju swego. —
Szedł, gdzie skaliste Karpaty
Sarmackiéj granicy strzegą,
Gdzie Wisła nurt swój rozwija. —
Zaprawdę, pięknie w tym kraju!
Ale go pielgrzym omija,
Idzie nad brzegi Dunaju.


Idzie na dziką pustynię.
Samotna wiedzie go ścieżka,
W posępną, głuchą jaskinię,
Gdzie obca słońcu noc mieszka.
Miejsce to zewsząd zakryte
Podniebnych modrzewi ciszą;
W górze piorunem rozbite
Czarne się skały kołyszą.

Promień letniego wieczoru
Rumienił wierzchołki Ossy[1],
A dzwonek z wieży klasztoru
Mięszał się z hymnów odgłosy:
Gdy pielgrzym, w smutném milczeniu,
Zważał swój pobyt straszliwy. —
Przed nim, na zimnym kamieniu,
Spoczywał kapłan sędziwy.

„Niechaj cię Chrystus wysłucha,
Rzekł — bogobojny pielgrzymie!
Miéj ufność — grzech zmaże skrucha,
Bóg szczere modlitwy przyjmie.“ —
Głos-li ten strwożył pielgrzyma?
Ogniem spłonęła twarz blada.
Mierzy go długo oczyma,
Lecz nic mu nie odpowiada.

„Wracasz-li z Solimy grodu?“
Rzekł kapłan łagodną mową —

„Masz-li relikwie Wschodu,
Albo gałązkę palmową?... —
— „Nie z świętéj Solimy grodu,
Lecz wracam z Tybru nadbrzeża;
Zamiast relikwii Wschodu,
Niosę przeklęstwo Papieża!“ —

— „Nieszczęsny! nie trać pociechy,
Strzeż się poddawać rozpaczy!
Wyznaj ze skruchą twe grzechy,
Bóg je przezemnie przebaczy.“ —
— „Ktoś ty jest, co chcesz pielgrzyma
Nieszczęśliwego pocieszyć?
Gdy ten, co Nieba klucz trzyma,
Gdy ten mię nie mógł rozgrzeszyć?“ —

— „Nie trwóż się myślami temi;
Z wyższych rozkazów tu dążę.
A wiedz, że co ja na ziemi,
Wszechmocny w Niebie rozwiąże.“ —
Pielgrzym więc, zgiąwszy kolana.
Tak mu swe serce otwiera:
Gdy biała głowa kapłana
Na drżącéj dłoni się wspiera.

— „Czy cię tu, Ojcze, wysłały
Kraje Zachodu, czy Wschodu,
Wiész, kto był Bolesław Śmiały.
Król Sarmackiego narodu.

Chciwy nie łupów, lecz sławy,
Brał, i rozdawał korony:
Lennikom zwierzchnik łaskawy,
Poddanym ojciec lubiony.

„Jam nim jest; — moje to ramię,
Starłszy potęgę dumnego,
Na złotéj Kijowa bramie
Wznowiło razy Chrobrego.
Lecz ach! tam zbytków ponęta,
Ojczyzny głusząc wołanie,
W zgubne ujęła mię pęta. —
Znasz-li ty rozkosz, kapłanie?“ —

— „Piérwszym z Nieba upominków,
Piérwszym jest rozkosz prawdziwa,
Rozkosz, co z dobrych uczynków,
Z pełnienia cnoty wypływa.
Lecz dusz piastunka zdradziecka
Jest rozkosz zmysły mamiąca,
Co zasłoniwszy wzrok dziecka,
W bezdenną przepaść je wtrąca.“ —

— „Ach! tak jest! ona mię pchnęła
W myśli i uczuć zawiłość:
Aż to, co miękkość zaczęła,
Występna skończyła miłość.
Na uciech drzémiący łonie,
Trudne narodem władanie
W pochlebcze zwierzyłem dłonie. —
Ach! znasz ty miłość, kapłanie?“ —


— „Jak w ziemi słońca blask zloty
Obfite kwiaty i żniwa,
Tak w duszy męztwo i cnoty
Rozwija miłość cnotliwa.
Lecz biada, kto ją znieważy!
Straszna się zemsta wykona,
Gdy go przed Bogiem oskarży
Niewinna dusza zgubiona!“ —

— „Kochałem młodą dziewicę,
Niestety! miłością drugą.
Sławni jéj byli rodzice,
Rodem, potęgą, zasługą.
Młodzian dostojny, bogaty
W rycerską chwałę i męztwo,
Liczne do ojców słał swaty.
Prosząc o córkę w małżeństwo.

„I już przy świętéj ofierze
Dłoń ich związali kapłani:
Gdy zbrojni wpadli rycerze,
Z mego rozkazu posłani.
Próżno na kochanka łonie
Tuli twarz łzami zalaną —
Młodzieniec zginął w obronie,
Dziewicę gwałtem porwano.

„Naonczas, w gronie kapłanów,
Stanisław, Biskup Krakowski,
Wobec mych dworzan i panów,
Śmiał mi ogłaszać gniew Boski,

Grozić mi klątwa kościelną!... —
Ach! płomień zawrzał w wulkanie! —
Przysiągłem zemstę śmiertelną. —
Znasz-że ty zemstę, kapłanie?“ —

— „Napój; — kto gniewem spragniony,
Za nektar bierze go snadnie;
Lecz skoro puhar spełniony,
Jad i śmierć tylko w nim na dnie.
— „Ach! tak jest, tak jest, niestety!
Nadto mi tego boleśnie
Dowiodły zgryzot sztylety —
Ale już było niewcześnie!

„Na Skałce, u stóp ołtarzy,
Wskazałem zgubę kapłana.
Trzykroć dłoń płatnych zbrodniarzy
Odparła siła nieznana.
Lecz czegóż przemoc nie dopnie? —
Przypadłem — Ojcze! drżysz cały!—
Przypadłem — a święte stopnie
Krwią się niewinną oblały.

„Między rozpaczą i szałem
Odtąd się życie me wlekło;
Nie śmiałem umrzeć, nie śmiałem
W otwarte rzucić się piekło.
Przeklęstwem ludu ścigany,
Wkrótce dziesiąty rok minie[2],
Jak z króla tułacz wygnany,
W dziką się skryłem jaskinię.


„Tu w piersiach zamknąwszy głosy,
Dnia widzieć nie dałem oku;
Chleb tylko z klasztoru Ossy,
Wodę czerpając ze stoku. —
Pokutowałem — a przecie
Papież mię przeklął! — Kapłanie!
Jest-że kto jeszcze na świecie,
Co grzech mój zgładzić jest w stanie? —

— „Zaprawdę, straszny sąd Pana,
Lecz litość Jego bez końca.
Krew Zbawcy za nas wylana,
To przed Nim grzesznych obrońca.
Jęk twej boleści i skruchy
Usłyszał Sędzia na Niebie;
Przodków i ziomków twych duchy
Ojca błagały za Ciebie.

„I Pan policzył dni twoje.
Żałuj! — lecz strzeż się rozpaczy! —
Jak ja ci chętnie śmierć moję,
Niech ci tak Pan Bóg przebaczy!“ —
Strach Króla przejął głęboko,
Krew ścięła trwoga nieznana;
Wzniósł nagle zdumione oko —
Lecz już nie było kapłana.

Któż on był? — próżne pytanie!
Samże to Stanisław Święty
Opuścił chwały mieszkanie.
Pokutą Króla dotknięty? —

Tego nikt wiedzieć nie może,
Lecz tak przynajmniej Król wierzył.
Nim drugie zabłysło zorze,
Bolesław Śmiały już nie żył.

Choć umarł w żalu i skrusze,
Ani żałobny jęk dzwonu,
Ani modlitwy za duszę.
Nie głosiły króla zgonu.
Człek jakiś w prostej odzieży,
W cichém go pogrzebł ustroniu.
Na grobie jego głaz leży,
Na głazie rycerz na koniu.
1824.





Przypisy

  1. Klasztor tego imienia.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Wg źródeł historycznych król Polski, Bolesław II Szczodry, skazał na obcięcie członków biskupa krakowskiego Stanisława w roku 1079, czym wywołał bunt możnych i musiał uchodzić z kraju. Zmarł na Węgrzech w kwietniu roku 1081 lub 1082.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Antoni Edward Odyniec.