Pod blachą/Tom II/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pod blachą
Podtytuł Powieść z końca XVIII wieku
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1930
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron


II.

Teatr de Société urządzonym był w jednej z sal radziwiłłowskiego pałacu, a że w owych czasach mniej daleko wymagającą była publiczność, nie odznaczał się wcale ani wspaniałością, ani wykwintnością zbytnią.
Ówczesnych dekoracyj najlichszy teatrzyk na prowincji dziśby się powstydził.
Miejsca też dla widzów wygodami wyszukanemi nie grzeszyły. Proste krzesełka dosyć gęsto ustawione zajmowały salę, rozdzieloną tylko na dwie części, jak świat, który tu uczęszczał. Jedna była dla śmietanki towarzystwa, dla zaproszonych gości, druga dla szarego mleka, dla z łaski za pieniądze wpuszczonej publiki.
Tu już zawczasu zajmowały miejsca postacie do najrozmaitszych warstw społeczeństwa należące, nawet tacy pewnie, którzy znajomością języka francuskiego pochlubić się nie mogli.
Główna za to część sali, przeznaczona dla zaproszonych, niezmierną prostotą urządzenia swego w sprzeczności była bijącej z osobami, które ją napełniać zaczynały.
Świat wielki w całym swym splendorze, piękności jego, elegancja, wytworność, stroje najwykwintniejsze cisnęły się tu i zajmowały szczupłe miejsca dla nich przeznaczone.
Francuskie nowe ubiory, głowy męskie à la Titus poostrzygane, gdzie niegdzie dawniejsze peruki i włosy ztyłu pozwiązywane, kobiece greckie fryzury najrozmaitszych kształtów, suknie jedwabne, klejnoty, koronki, kryzy, aksamity — jakby mozaiką żywą zaczynały wypełniać parter sali.
Nadewszystko błyszczało tu mnóstwo piękności, twarzyczek młodych, odmłodzonych, chcących być młodemi, już pięknych i pięknych jeszcze.
Wdzięk nie był nawet wyłączną cechą arystokratycznej części sali. Wśród płatnych miejsc, do których napływali mieszczanie, kupcy, drobna szlachta, a może nawet starsza służba możnych panów, dawały się dostrzegać lica, które z najdostojniejszemi o palmę piękności walczyć mogły.
Niejedna tu twarzyczka miała i arystokratyczną dystynkcię, i strój, któregoby się tytułowane pierwsze rzędy nie powstydziły. Z pokolenia, które schodziło, mało już było reprezentantów, świat młody po większej części lub mogący się liczyć do niego.
Z typów fizjognomij łatwo tu było wyróżnić Francuzów w wielkiej liczbie, których większość miała owo piętno galijskiego pochodzenia, jakiego wieki zetrzeć nie potrafiły. Na emigracji tej wcale znać nie było jej położenia, ani w wyrazie dumnych twarzy, ani w strojach wyszukanych i modnych.
Wszystko to zdawało się krajowcom wskazywać, poczuwać się do jakiejś wyższej roli i bardziej do zdobywców, niż do wędrowców bezdomnych było podobne.
Cisnęli się do nich ciekawi i z upragnieniem słuchali jak wyroczni.
Cała francuska kolonja zajmowała pierwsze rzędy, łączyła się z najwykwintniejszem towarzystwem i zdawała mieć poczucie, że mu zaszczyt czyni, poufale się z niem obchodząc.
Z większego świata, kto tylko nie grał dnia tego w zapowiedzianej komedji Dorat’a, znajdować się musiał w szrankach widzów. Było w modzie koniecznie pokazać się na Socjecie; gra artystów obudzała najżywsze zajęcie.
W sali ścisk się coraz powiększał, a że zaproszonych osób nie liczono i z płatnemi biletami się nie rachowano, przewidywać było można, iż wkrótce wszyscy się dusić będą.
Grabski, który unikał nazbyt ścisłych stosunków ze światem eleganckim i o zaproszenie dla siebie się nie starał, kupił sobie bilet zawczasu i znalazł się, wszedłszy, wśród bardzo różnorodnego tłumu, w którym rozpoznawał i w ulicach, i po sklepach, i na świecie gdzie niegdzie widywane twarze. Nie mógł on towarzyszyć kuzynce, gdyż liczba osób na bilecie zapraszającym była ograniczoną do trzech.
Majorowa podjęła się te panie i szambelana z niemi wprowadzić do krzeseł w pierwszych rzędach.
Mieczysław umieścił się tak przy ścianie, aby przynajmniej zdaleka mógł się widokiem pięknej Sylwji napawać.
Właśnie się był ubezpieczył, że go stamtąd nikt nie wyruguje, gdy we drzwiach ruch postrzegł i z bijącem sercem poznał po słusznym wzroście i ślicznej, radością rozpromienionej twarzyczce Sylwję, która, choć po raz pierwszy w życiu znajdowała się w towarzystwie tak tłumnem i z tak dobranych żywiołów złożonem, miała pewność siebie największą i nieustraszoną odwagę kobiety, która czuje, iż do tego świata jest przeznaczoną.
Szła jak królowa, śmiałe dokoła rzucając wejrzenia, ubrana ze smakiem wielkim, a razem z prostotą jej wiekowi przyzwoitą; szła z uśmieszkiem na ustach, zdając się mówić.
— Patrzcie, jak mnie Bóg piękną stworzył i jak mi z tem dobrze.
Włosy jej cudownie były związane wedle rysunku z kamei greckiej zdjętego i dodawały rysom twarzy szlachetnego, klasycznego wyrazu.
Suknia jasna, śliczne koronki, łańcuszek złoty wenecki na szyi, u boku zegareczek z emalją kameryzowany, na ręku biały szal turecki, jak do portretu ją ubierały.
Nad wszystko jednak ubierała ją młodość i te dziewicze kształty posągowe, które ówczesny strój uwydatniał, a żadna sztuka naśladować nie mogła.
Tuż za nią pani wojska Czeżewska z minką ściągniętą, zesznurowaną, d’une vraie précieuse ridicule, z oczkami przymrużonemi, sentymentalna, jak niewinna srogich losów ofiara szła, panosząc się sobą, aby ją, uchowaj Boże, o plebejuszostwo nie posądzono. Nakładła tego dnia na siebie co tylko mogła, i kokardami, fontaziami, wstążkami, fiokami, pstrocizną uczyniła się jak najdoskonalej śmieszną.
Była to żywa karykatura paryska, ale ona jedna wcale tego widzieć nie chciała.
Za nią przesuwała się żwawo, zamaszysto, strojna z prawdziwą dobrego tonu choć trochę jaskrawą elegancją, majorowa, wesoła, trzpiocząca się — łająca jednych, drugim coś poszeptująca na ucho, popychając, śmiejąc się, dowcipując, dając znaki oddalonym, wszystkim znajoma, miła, a tak pewna siebie, jakby tu była niezbędnem kółkiem w machinie.
Nim do miejsc dla siebie przeznaczonych doszły, miała zręczność mówić po francusku, po polsku, po włosku, zdaje się nawet po niemiecku, bo rodzina Hoymów zajmowała też miejsce w krzesłach.
Oczy wszystkich, a szczególnie mężczyzn młodych i starych, zwracały się na piękną nieznajomą, na Sylwję. Panie, którym przybywała rywalka, mierzyły ją od stóp do głów, w tym żywym, ślicznym posągu szukając plamki, rysu, czegoś, coby było wadą, coby psuło harmonję całości, coby pierworodnej zmazy ludzkiej było piętnem.
Z niepokojem trudnym do odmalowania wlepiały wzrok w twarzyczkę jej, wyraz i charakter chcąc zbadać. Nie brakli jej inteligencji? nie będzieli śmieszną? Egzaminowały strój, czy nie zdradzi niedostatku smaku i parafjańszczyzny? Z siłą intuicji, jaką posiadają kobiety, wcielały się w to nowe bóstwo, aby odkryć słabą stronę jego, coby je między słabe, pospolite córki Ewy strącić pozwalało.
Jedyną plamką, jaką mogły w Sylwji znaleźć, był zabawnie się przedstawiający, okrągluchny Polonus, jej ojciec, który, tuż ją ścigając, skarbu swego z oka nie spuszczał.
Ojciec ten kontuszowy dowodził, że i wychowanie panny, nawpół przynajmniej, staropolskie być musiało.
Czcigodny nasz szambelan Burzymowski na ten dzień występu coram publico przybrał był, na nieszczęście, fizjognomję jakąś niezwykłą, uroczystą, z którą mu nie było do twarzy. Czuć było, że ją zapożyczył. Wystroił się też, wiernym pozostając moribus antiquis, w najparadniejszy kontusz, w karmazynowy żupan, w złocisty pas nazbyt gruby, który na żołądku już i tak zaokrąglonym tworzył górę ogromną. Czapkę wspaniałą z obawy, aby mu jej nie pognieciono, niósł w ręku, wysoko unosząc nad głową.
Ale niczem było to wszystko przy nieocenionym wyrazie twarzy, na dni powszednie wesołej, jowjalnej, rubasznej, a na ten wieczór przerobionej w statystę.
Więc usta nadęte, czoło miał namarszczone, głowę wtył odrzuconą, a cała postawa wynaśladowaną była z jakiegoś niedobrego wzoru, dla szambelana niewygodną, dla patrzących zabawną.
Burzymowski, niosąc w garści zaproszenie, był pewnym, że jest w prawie zająć miejsce na straży około córki, i wcisnął się za nią między krzesła, depcząc suknie, miętosząc stroje, gdy nań zewsząd sykać zaczęto.
Pierwsze te rzędy krzeseł były wyłącznie tylko dla samych dam odseparowane.
Majorowa, widząc to, nachyliła mu się do ucha.
— Panie szambelanie, niech pan sobie miejsca szuka gdzie indziej, tu same kobiety! Widzi pan, tu nie można!
Obejrzał się Burzymowski.
W istocie mężczyźni u drzwi i w ostatnich rzędach się skupiali. Rad, nierad musiał się rejterować, co mu humor nadwerężyło. U wnijścia, do którego się wycofał, ujrzał twarze znajome Kalinowskiego i młodzieży śniadaniowej, witającej go nadzwyczaj serdecznie. To go ujęło znowu i przywróciło myśl dobrą.
Pan Pacewicz schylił mu się do ucha.
— Chodź pan do nas! co ci tam do bab pilno! Nim się rozpocznie gra i kurtyna podniesie, wychylimy w kąciku burgunda po lampeczce. To nam oczy zaostrzy.
Oparłby się był szambelan, bo i burgunda znajdował nie na miejscu, i chciał choć zdaleka patrzyć na córkę a pilnować jej, ale młodzież go siłą, mocą pod ręce uchwyciła i niemal w powietrzu uniosła, wołając:
— Szambelanie, Cygan się dał powiesić dla kompanji, czyżbyśmy gorsi być mieli od Cygana. Chodźmy!
— Chodźmy! Chodźmy! — powtarzano dokoła natarczywie — i szambelan sam nie wiedział, jak się znalazł za drzwiami, w sionce i w bufecie.
W tym improwizowanym bufecie, który podobno panu Ledoux z tepperowskiego pałacu powierzono, ścisk już był i gwar. Młodsi i starsi chłodzili się i rozgrzewali, niektórzy dla pań kupowali cukry i łakocie.
Burzymowski zostawiony sobie nie dostałby był ani kropli wody nawet, ale panowie prowadzący go mieli swe prawne przywileje, zasługi, głos przeważny i na jedno ich skinienie tłusta butelka burgunda natychmiast się zjawiła, jako przednia straż tych, które w ślady za nią iść miały.
Burgund nie był już teraz od rzeczy. Szambelan się rozmyślił, rozważył i znajdował, że się nim pokrzepić nie wadziło; naprzód z tej racji, iż u obiadu pani kasztelanowej tylko lekkie wino stołowe węgierskie podawano, które, wedle teorji Burzymowskiego, kwasy w żołądku mnożyło, powtóre, że się czuł bardzo zmęczonym, a na znużenie niema lepszej rzeczy nad kieliszek wytrawnego, krzepkiego jak burgund wina, naostatek ponieważ mu nierozsądna jakaś trwoga o córkę serce uciskała, a chciał ją rozpędzić.
Kielich więc wystałego burgunda przychodził w porę, siły mógł dodać... przyjął go szambelan i wszyscy ochoczo się stuknęli.
— Oby się nam dobrze działo! — zawołał, mrugając, szambelan i nadając toastowi szerokie znaczenie.
Młodzież otaczająca go, dając mu poznać, iż doskonale zrozumiała doniosłość życzenia tego, także mrugać i uśmiechać się zaczęła. Wzięto go w oblężenie i otoczono nieprzebytem kołem.
— Jedna lampeczka dobra rzecz! — dodał, smakując, Burzymowski.
— Dwie jeszcze są lepsze, bo bis repetita placent! — podchwycił Kalinowski — jest to aksjomat niewzruszony.
— Ba! ale nieskończenie prawdziwsze i uroczystsze jest mistycznego znaczenia omne trinum perfectum! — wtrącił inny.
— Cztery, aby było do pary! — wołał trzeci.
— Pięć jest połową dziesiątka — dodał ktoś zboku.
— Sześć stanowi dwie trójce!
— Zlitujcie się! co te wszystkie liczby znaczą przy siedmiu! Siedem dopiero to mi lik! Liczba kabalistyczna, dni w tygodniu, kolorów w tęczy, mędrców... i nieporachowanych zjawisk najprzedziwniejszych...
— A! niech ichmościów z ich arytmetyką! — rozśmiał się szambelan, trzymający się jeszcze jedności. — Na jednym dość! Trzeba pamiętać, że — że quid nimis.
I tak pito, a dolewano nieznacznie ztyłu do kieliszków napoczętych.
My zostawmy szambelana w dobrem towarzystwie, a powróćmy do sali.
Miejsce dla mających przybyć pań było zachowane, wskazała je usłużna majorowa.
Obok Sylwji siedziała już osóbka niezbyt ładna, ale młodością i życiem, wyrazem rozumu i dowcipu odznaczająca się w tłumie. Pomimo nadzwyczaj starannej tualety, można było dostrzec, gdy się poruszała.
jakby odrobinkę ułomności, jedno ramię trochę wyższe, ale to jej nie szpeciło. Gasiła tę przypadkową wadę twarzyczka tak rozjaśniona, tak rozumna, umiejąca przybrać wyraz, jaki chciała, tak przejęta wewnętrznym jakimś duchem młodzieńczym, iż przy niej najpiękniejsze nie zwracały uwagi; wydawały się martwe, bez życia, bezduszne.
Z ust i oczów tryskała jakaś siła, oznajmująca bogate wyposażenie głowy i serca.
Panienka ta od wnijścia Sylwji śledziła każdy ruch jej z ciekawością, z chciwością, a gdy szambelanówna usiadła przy niej, nie przestała badać najmniejszego szczegółu powierzchowności swej sąsiadki. Majorowa, zapewne już przygotowana na to, natychmiast przedstawiła pannę Burzymowską hrabiance Anecie Tyszkiewiczównie, córce pani hetmanowej, której między widzami nie było, bo miała wystąpić na scenie.
Niemłoda już pani hetmanowa miała taki talent dramatyczny, taką dystynkcję i wdzięk na scenie, iż wszystkie serca podbijała.
Hrabianka Aneta była jedną z gwiazd Warszawy, szczególniej się odznaczając rozlicznemi talentami, wielką umysłu żywością i znakomitem wykształceniem. Artystka, rysowniczka, sztycharka, zapalona czytelniczka wszystkiego, co na świat wychodziło, miała nad pospolitemi kobietami wyższość, jaką jej nadawały przymioty, które piękność zastąpić i kazać o niej mogą zapomnieć. Dlatego wdziękami nie mogąc walczyć z innemi współzawodniczkami, hrabianka Aneta zwyciężała je łatwo jednem słówkiem, i jak matka wdziękiem i słodyczą, podbijała dowcipem, często ostrym i wyższością umysłu niezaprzeczoną.
Lękano się jej zarówno, jak o łaski jej starano. Narazić się hrab. Anecie było to niepowrotnie się zgubić. Umiała okryć śmiesznością, a komu przyczepiła grzechotkę, ten się jej już pozbyć nie mógł. Sława jej dowcipu była ustaloną w Warszawie, powtarzano trafne jej słówka, a może i na rachunek hetmanówny tworzyć je sobie pozwalano.
Po drugiej stronie miały przybyłe panie piękność już niemłodą, goniącą ostatkami, świetną jeszcze przy wieczornych świeczkach i mroku, niezmiernie strojną, niespokojną, rzucającą oczyma na wszystkie strony.
Majorowa na ucho oznajmiła Czeżewskiej, że to była z domu księżniczka Sapieżanka, następnie księżna Sanguszkowa, a teraz hrabina Sewerynowa Potocka, — i że oczy jej biegały tak, szukając pana Michała, syna jenerałowej Grabowskiej.
Zkolei cały ten wieniec piękności najrozmaitszych musiała majorowa po imionach i nazwiskach dać poznać Sylwji, której też panna Aneta, zabrawszy z nią prędką i łatwą znajomość, służyła uprzejmie swą wszechwiedzą, ostrożnie dowcipem zaprawną.
Rozpoczęta rozmowa i zbliżenie się hrabianki Anety do szambelanówny dały jej poznać, że miała przed sobą niestrwożoną i trwożliwą wieśniaczkę, ale istotę bardzo dobrze usposobioną i przygotowaną do wcielenia się w świat wielki. Rozumiała wszystko od pół słówka, domyślała się łatwo tego, co dopowiedzieć nie wypadało, nie potrzebowała długich wyjaśnień. Dwie panienki wybornie do siebie przystały. Sylwja miała szczęście się podobać, prawda, że dowcipem wcale się nie myślała mierzyć z hetmanówną, a umiała go ocenić...
Ukazanie się świeżej, nieznanej piękności w Socjecie, osóbki, o której jeszcze nikt nic powiedzieć nie umiał, na którą wszystkie oczy były zwrócone — robiło wrażenie ogromne... Zapytywano dokoła, kto to mógł być taki? — skąd? — pod czyim patronatem wchodziła w towarzystwo? — do jakiej jego części miała należeć?
Na chwilę wszystkie panie musiały uczuć trochę zazdrości, takie dziewicza piękność wieśniaczki wywoływała zachwyty, tak pod pierwszem wrażeniem zgodnie cały ten świat uznawał ją — prześliczną.
Wprawdzie kobiety wkrótce potem znalazły różne drobniuchne skazy na tym diamencie. Jedna pani utrzymywała, że oczy miała za duże, druga, że usta za małe, inna, że jej płeć była wieśniaczo, chłopsko świeżą a niedystyngowaną — i t. p. Mężczyźni jednak wszyscy godzili się na to, że piękność była pierwszej wody.
Książę Józef, który ze swym przyjacielem, zakrytym kilku Francuzami, stał w kątku i wpatrywał się w Sylwję z nietajonem zachwyceniem, tak się urządził z wyborem miejsca, despotycznie trochę, aby w ciągu całego przedstawienia z oczów jej nie tracić.
Kiedy niekiedy wejrzenie jego spotykało się ze wzrokiem majorowej, która zdawała się mu coś chcieć dać do zrozumienia, ale książę, jak gniewny i zmieszany, natychmiast oczy odwracał.
Szambelana nie było ani śladu, młodzież opanowawszy go, trzymała w bufecie, nie puszczając do teatru. Mieczysław Grabski, stojący opodal, zaledwie mógł oczyma niespokojnemi raczej odgadywać, niż dopatrzeć, co się działo z jego kuzynką, której ledwie grecką dostrzegał fryzurę. Marszczył brwi, napróżno ojca szukając.
Gdzie się zapodział, pojąć nie mógł. Widział go wchodzącego, a przy córce nie był, w tłumie u drzwi znaleźć go nie umiał. Tymczasem oczy niebezpieczne, czarne, śliczne oczy księcia magnetyzowały dziewczę nieopatrzne, które ich nie unikało.
Gdyby nawet zawsze usłużna majorowa księciu nie pokazała go Sylwji i nie nazwała, szambelanówna z widzenia przez okno w powozie sama go była poznała.
Wydał się jej idealnie pięknym, miał w sobie coś pańskiego, szlachetnego, rycerskiego, co go wyróżniało od wszystkich, jakgdyby innej krwi był, rodu, plemienia, niż ci, co mu, dokoła stojąc, dworowali. Odblask tronu lśnił się na nim jeszcze. Nawet Francuzi, duki i markizy z wielkiemi tony swojemi wyglądali przy nim na lokajów. Sylwja spojrzała i spotkała wzrok jego wlepiony w siebie, przeszywający, ognisty, natrętny. Zarumieniła się, odwracając oczy, lecz gdy po chwilce nieśmiało znowu wzrok rzuciła w tamtą stronę, znalazła jego źrenice czarne, nieporuszone, nieprzestannie jeszcze patrzące na nią. Zrobiło się jej gorąco, dreszcz przebiegł po ramionach, chciałaby była uciec, skryć się od tego wzroku napastliwego, zuchwałego, mówiącego nadto i męczącego ją natarczywością swoją. Poczęła rozmawiać z panną Anetą, która jej właśnie oświadczyła, że po teatrze radaby ją zawieźć Pod blachę, aby tam poznała matkę jej, panią hetmanową.
Sylwja była tem uszczęśliwioną i wdzięczną.
Nie spoglądała długo w tę stronę, gdzie stał książę Józef, ale, rzecz dziwna, nie widząc jego wejrzenia, czuła je na sobie, paliło ją — a gdy po długim przestanku ukradkiem się chciała przekonać, czy książę jeszcze patrzył na nią — z przerażeniem zobaczyła czarne oczy jeszcze z większem natężeniem, wyrazem, blaskiem, jakby szukające jej wzroku.
Zapłonęła niezmiernie, gdyż pomyślała, że tak, jak ona, wiele innych osób mogło dostrzec to spojrzenie i tłumaczyć je sobie.
Zlękła się tego, ale razem szczęśliwą była i dumną.
W młodej główce co się to czasem roić może!
Któż wie? — widziała już może na białych ramionach swoich gronostajowy płaszcz książęcy, siebie panią i królową, u nóg swoich dwór cały, świat ten cały, a pięknego księcia, bohatera u boku — książę wydawał się jej coraz piękniejszym; zręczna postać jego rysowała się na białej ścianie sali w półcieniu, jakby ustawiona na piedestale — nie poruszał się prawie.
Francuzi, którzy się kusili zabawiać go rozmową, widząc, że do niej nie miał ochoty, odsunęli się nieco.
Kamenecki i Rautenstrauch zdawali się stać na straży, aby mu w jego zadumie nie przeszkadzano.
Dwór przyjacielski księcia Józefa łatwo było odróżnić po stroju, wszyscy doń należący mieli na sobie ubranie zwane mundurem przyjacielskim, złożonym z całego ad hoc garnituru: fraki zielone z czarnemi kołnierzami aksamitnemi, z guzikami, na których stał napis: Jabłonna, i ponsowe kamizelki, szamerowane po huzarsku.
Przypominało to przyjacielskich Albeńczyków i Szczęsnego Potockiego tulczynieckie liberje, upodlający serwilizm i lokajstwo szlachty, otaczającej magnatów — ale nie wszyscy też przyjaciele księcia Józefa radzi przywdziewali tę barwę dworską.
Po długiem oczekiwaniu podniosła się wreszcie kurtyna; — szmer rozmów, jakby czarodziejską różdżką zaklęty, nagle zmienił się w najuroczystszą ciszę, i wszystkie prawie wejrzenia zwróciły się ku scenie.
Mówimy: prawie, gdyż książę Józef był tego dnia roztargniony, zadumany i wolał się przypatrywać pięknemu temu parterowi kwiatów, który miał przed sobą.
Grano tego dnia Dorafa — La feinte par amour.
Nie będziemy ani podawać treści tej komedji, ani opisywać gry artystów, dosyć powiedzieć, że widzowie wszyscy byli zachwyceni; a panie Vauban, księżna Ewa Sułkowska, Sobolewska, panowie Vauban, de Beaumont, Grabowscy i inni co chwila wywoływali frenetyczne oklaski.
Szczególniej zimny i sztywny Vauban, który w codziennem pożyciu zdawał się bardzo pospolitym człowiekiem, na scenie okazywał talent dramatyczny znakomity, jakiego się po nim nie można było spodziewać, — szło wszystko jak z płatka, bo nawet role były doskonale wyuczone i nie potrzebowały powoływać się do budki suflera. — Na twarzach publiczności malowało się zdumienie i przejęcie.
Ze sztuki dowcipnej Dorat’a wiał francuski duch dawny, coś wypieszczonego, wydelikaconego, wysmażonego, wydającego się tak dziwnie dystyngowanem, jakby być miało ideału cywilizacji wyrazem, zamiast jego karykaturą... Niestety, styl ten był zwiastunem przeżycia się i chorobliwego wycieńczenia.
W czasie sztuki Sylwja słuchała jej z wielką uwagą, i z większą może, niż inni słuchacze naiwnością dała się porwać urokowi tego języka i akcji; okazywała szczerze swe wrażenia, ale to ją ożywiało, czyniąc piękniejszą jeszcze. Książę Józef patrzał a patrzał na nią jak w zwierciadło, w którem się komedja odbijała. Czasem i ona zwróciła szybko oczy, czy też zawsze ściga on ją tym nieznośnym wzrokiem i przekonywała się, że książę był niesłychanie uparty.
Któż nie wie o tem, że oczy mówić umieją, że wzrok nietylko powiada — kocham cię, nienawidzę, gardzę, brzydzę się tobą, ale ma sposób oznaczyć dobitnie każdy odcień myśli i uczucia? Sylwja pierwszy raz się w życiu przekonała, że niemą taką można było prowadzić rozmowę i doskonale się rozumieć.
Mówiła mu:
— Ale, proszę księcia, wszyscy patrzą, ja się wstydzę!
Książę jej odpowiadał.
— Przestać na ciebie patrzeć jest nad siły moje.
— Czyż znowu? — czyż jeszcze?
— Muszę! — Nie ustąpię kroku, nie odwrócę oczu!
— Ależ — ludzie?
— Co mi tam świat i ludzie? Niech wiedzą wszyscy, że ty jesteś bóstwem dla mnie.
— My się nie znamy przecie.
— Ja cię poznać muszę — i t. p.
Co się tymczasem działo z szambelanem, niepodobna było odgadnąć. Wprawdzie komedja po francusku grana, szybko, żywo, nie byłaby mu może całkowicie zrozumiałą, ale powinien się był choć pokazać między widzami i pośmiać na wiarę cudzą, gdy się wszyscy śmiali. Ani jego, ani młodzieży, co mu do bufetu towarzyszyła, nie było w sali. Czasami niektórzy z tej bandy ukazywali się we drzwiach na krótko, zarumienieni, w dobrych humorach — i wnet znikali. Zdawali się tylko przybywać dla przekonania się, że teatr był jeszcze pełny.
Grabski wszystko zdała obserwujący, bladł i niecierpliwił się, odgadł był prawie spisek na starego uknuty.
Nie mógł nic poradzić na to. Widział ze swojego miejsca, jak Sylwję opanowano, wciągnięto w koło dam z Pod blachy, jak ożywiona, szczęśliwa, zapomniawszy o ojcu, cała się oddawała nieznanej, nowej dla siebie przyjemności.
Odwróciwszy się po chwili, ujrzał Mieczysław przy sobie stojącego niemłodego mężczyznę, ze smutną jakąś twarzą, na której ślady lat przeżytych burzliwie bardzo były widoczne.
Ubrany skromnie, z założonemi na piersiach rękami, oparty o mur przyglądał się i przysłuchiwał z uwagą wielką, znawcy i miłośnika sceny. Grabski znał tę twarz z widzenia, nie mogąc jej sobie przypomnieć zrazu. Dopiero szukając w pamięci nazwiska, trafił na Bogusławskiego. On to był w istocie.
A że Mieczysław był mu niegdyś prezentowany, pomiędzy aktami zbliżył się do niego, przywitał i przypomniał mu się.
Stary milcząco, skromnie, z jakąś nieufnością przyjął Grabskiego, był pod wrażeniem przykrem, przygniatającem.
— Cóż pan, jako najlepszy znawca, mówisz o grze tych artystów amatorów? — zapytał go pocichu Grabski.
— Wyborna jest! — odparł dyrektor. — Przyszedłem uczyć się i podziwiać, bo ze wszystkiego należy korzystać. W rolach salonowych są to aktorowie nie porównani — dodał z nieco dwuznacznym uśmiechem, w nich też oni więcej od nas mają wprawy.
Całe życie aktorami być nawykli. My, schodząc z desek, radziśmy być prostymi ludźmi, jak nas Pan Bóg stworzył — oni...
Nie dokończył Bogusławski, czując, że nadto może był szczerym, a po chwilce milczenia dodał, jakgdybv pod ciężarem trapiącej go myśli.
— Jutrobyśmy tego Dorat’a mogli dać na polskiej scenie, o niewiele gorzej może, ale któż przyjdzie słuchać nas i patrzeć na nas po tych dostojnych artystach?Konkurencji z hrabiami i książętami nie sprostamy ani talenta, ani stroje nasze! Pan młodym jesteś, — mówił ze łzą w oku Bogusławski — nie pamiętasz lub nie widziałeś na naszej scenie — „Powrotu posła“, a potem „Krakowiaków i górali“. Nasz teatr trzeba było naówczas oglądać, gdy jedno serce biło na scenie, w lożach i na parterze. Naówczas rosnął aktor, siły mu dodawała publiczność, z nim i w nim grali wszyscy.
Otarł łzę stary Bogusławski, a Grabski szepnął poruszony:
— Mylisz się, szanowny dyrektorze — bardzo młody jeszcze, z całą żywością uczuć młodzieńczych, słuchałem „Powrotu posła“ i byłem na „Krakowiakach!“
Bogusławski za obie ręce go pochwycił, oczy mu oschły i zaiskrzyły się.
— Byłeś pan! byłeś! — zawołał drżącym głosem. — A! to były czasy szczęśliwe. — Nie! to był sen i marzenie! Znikło też i rozwiało się jak senne mary!
Kurtyna podniosła się znowu. Grabski daleko był mniej zajęty Dorat’em i maleńką sztuczką, która po nim nastąpiła, niż Sylwją i jej ojcem. Czuł się coraz niespokojniejszym, a szambelana jak nie było, tak nie było.
Zapadła nareszcie zasłona po raz ostatni wśród grzmotu nieskończonych oklasków, wszyscy wstawać zaczęli, zamieszanie wielkie wszczęło się na sali, a że widzowie powstawali z miejsc swoich, Miecio nie mógł już nawet dojrzeć, co się działo z Sylwją i jej ojcem. Chciał co najprędzej wynijść, ale właśnie u drzwi płatnych miejsc ścisk był taki, że przecisnąć się stawało niepodobieństwem.
On i Bogusławski wstrzymani, zduszeni, cofnęli się, dając innym, szczególniej kobietom, wydobyć z tłumu i nieprzyjemnego tłoku. Czekali trochę, próbując po kilkakroć przebić się napróżno, — czekali znowu, i tak aż prawie do samego końca, gdy się już tylko resztki pozostały.
Grabski wybiegł nareszcie z sali, i na myśl mu przyszło zajrzeć do bufetu, jakby miał przeczucie, iż tam wciągnięto starego.
Znowu zmuszony przebijać się przeciwko prądowi, dostał się do pierwszej izdebki, w której nikogo już nie było, gdy do drugiej zbliżywszy się, zaleciał go głos znajomy.
Szambelan otoczony pięcią czy sześcią młodzieży, z kielichem w ręku, właśnie im nader raźnie i zamaszysto opowiadał, jak dzielnym był niegdyś myśliwym i jak na polowaniu u książąt Sanguszków wypadł na niego razem dzik i rogacz.
— U księcia, mościbdzieju, porządek w myślistwie był rarytalny. Każdy myśliwy miał przy sobie chłopaka, który co najmniej dwie strzelby nabite trzymał w gotowości dla niego. Ja miałem właśnie jedną pogotowiu w ręku, gdy usłyszałem łomot — patrzę sadzi na mnie wprost wspaniały rogacz. Jak nie palnę... brzdęk! wywrócił się, a tu chłopiec mi drugą fuzję ciśnie, — odyniec! Złożyłem się do bestji. Jak huknę, mościbdzieju — wywrócił się i jucha mu pyskiem buchnęła! A, to powiadam asińdziejom, na ręku mnie tego dnia nosili...
W ciągu opowiadania szambelan spostrzegł stojącego wre drzwiach, jak widmo, nieporuszonego Grabskiego.
— A! asińdziej tu co robisz! mocanie Miciu? — zawołał.
Wszyscy się zwrócili ku nowemu gościowi i, znaki sobie dając, żwawo się wysuwać poczęli, nawet bez pożegnania. Grabski się zbliżył do szambelana.
— Już po teatrze! — rzekł do niego.
— Jakto?! co gadasz?! po teatrze?! Słyszę się jeszcze nie zaczęło! Coś tam zabrakło... — zawołał szambelan — ci panowie mi ręczyli.
Obejrzał się na swych towarzyszów, aby się do nich odwołać, obwinionych już nie było.
— Sztuki obie dawno odegrane. — dodał Grabski — wszyscy się do domów rozjechali, na sali niema nikogo.
Szambelan osłupiał!
— Ale, — możeż to być? — zakrzyknął, szukając aksamitnej swej czapki, którą tak troskliwie niósł nad głową w ręku, aby mu jej nie zmięto. Czapka znalazła się, ale spłaszczona i wysiedziana wniwecz... Burzymowski strzepując ją, aż nogą tupnął z gniewu.
— Najsłodsze Serce Jezusowe! — zawołał. — Co ty prawisz! sztuka skończona? wszyscy się rozjechali? Możeż to być? któraż godzina?
— Ostatni prawie wyszedłem z sali — potwierdził Grabski.
Szambelan począł się śpieszyć, klnąc pocichu. Wybiegli oba ku teatrowi, bo Burzymowski chciał się przekonać naocznie, jak rzeczy stały. W teatrze istotnie zastał pustki, dwie tylko świeczki łojowe paliły się w kątach, a kilku ludzi rozpatrywało się w pogubionych rzeczach, w pozapominanych chustkach i szalach.
Przed pałacem radziwiłłowskim powozu nie było żadnego, głucha cisza. Jeden chłopaczek z latarnią prosił się do przeprowadzenia.
— A no, to chodźmy z nim do domu — rzekł Burzymowski zrezygnowany. — Nie tak ci to daleko, a mnie niepilno. Prawda, że teatr straciłem, wdawszy się z tymi szałaputami, ale com się ubawił, tom się ubawił — powiadam ci, jak nigdy. Serdeczni to ludzie, młodzież złota! A łgą!! aż się za nimi kurzy, ale z taką fantazją, zawsze arte i zabawnie!!
Sylwja — dodał szambelan, idąc — będzie na mnie markotna, bo — mea culpa, winienem, zabałamuciłcm się, jak młodzik! przeproszę ją! Przecież Czeżewska zna miasto jak swoją kieszeń, i powóz miały, i służącego, więc o nic się pewno nie zafrasowały! Nic się im nie stanie.
Grabski milczał posępny, szli dalej.
— Lękam się, — odezwał się wreszcie Micio — czy tylko powróciły do domu?
— No! a gdzieżby być miały? cóż znowu? — zaśmiał się Burzymowski — do kościoła za późno, a na przejażdżkę za wcześnie.
— Nie wiem, alem obserwował. — rzekł Grabski — że Sylwja porobiła znajomości, otoczoną była przez panie i — mam jakieś przeczucie, że ją musiano gdzieś zaprosić na resztę wieczora.
— Cóż znowu? co znowu? gdzie? jak? beze mnie? tak obcesowo? To nie może być! — zawołał szambelan — imaginacja!
Spiesznym krokiem szli ku Miodowej ulicy. Zbliżając się do domu, podniósł oczy szambelan ku oknom pierwszego piętra, nie zobaczył w nich światła, ale wytłumaczył to sobie tem, że tylko co powróciwszy, panie się jeszcze z wielkich toalet rozbierać musiały.
Zybek, jak zwykle, dla lepszego przypatrywania się miastu stał we drzwiach. Zobaczywszy go zdała, niespokojny trochę Burzymowski zawołał:
— Zybek! dawno panienka powróciła?
— A! panienkiż niema! — odparł chłopak — musić w tyatrze, czy co.
— Jakto niema? trutniu jakiś! jakto niema! Musiałeś, ty jucho, latać i prześlepiłeś, gdy wróciły — zawołał gniewnie szambelan.
— Ani krokiem nie ruszałem się od tego progu, — odpowiedział Zybek — toć oczy mam, widziałbym.
Z wielkim pośpiechem i rosnącym niepokojem wprost na górę popędził stary i wpadł do garderoby, gdzie służąca ze wsi i służąca z miasta wzięta, w towarzystwie jakiegoś eleganta z ogromnemi pseudokoralowemi dewizkami na żołądku, zabawiały się wesołą konwersacją.
— Panienka powróciła? — zahuczał głos szambelana.
Towarzystwo niezmiernie zmieszane — pierzchnęło na widok tej twarzy meduzy we drzwiach, a jedna z panien odpowiedziała, głos odzyskawszy.
— Panienki niema! Pan nas tak nastraszył!
Burzymowski drzwi nawet nie zamknąwszy, w rozpaczy się stoczył na dół do oczekującego nań Grabskiego.
— Patrzajże! patrzaj! — począł jeszcze na wschodach. — Bodajby cię z proroctwem twojem, a mnie z mojem bałamuctwem wszakci — ich niema! Co to może być!!
Weszli na dół do stancyjek, w których Zybek już był świecę zapalił i, znając obyczaj pański, gotował się go z kosztownych szat rozbierać.
Łaska to Boża była dla szambelana, że jedno zmartwienie drugiego mu postrzec nie dało. Buty! owe paradne buty pooblewane były i srodze zabłocone, czapka pognieciona straciła cały swój urok dziewiczy, a na paradnym kontuszu i żupanie plamy od wina pozsychałe świadczyły wymownie, gdzie i w jakiem znajdował się towarzystwie. Co najgorzej! pas ucierpiał złocisty, okapany łojem! Żybek nie mógł się wstrzymać, aby, zdjąwszy z pana kontusz, nie pokazał mu zaraz szkód i obelg, jakie poniósł w teatrze. Innego czasu kląłby był Burzymowski, na czem świat stał, teraz był tak zgryziony i znękany, że to nowe nieszczęście najmniejszego już na nim nie uczyniło wrażenia.
— Pal go tam djabli! — mruknął niewyraźnie, dając kułaka Zybkowi.
Chciał Grabski odejść, nie puścił go szambelan.
— Nie odstępujże ty mnie! ratuj! radź! — krzyknął niemal płaczliwie, ręce załamując, gdyż wino uczyniło go sentymentalnym.
— Co my tu poczynać mamy? Gdzie się one podziać mogły, a raczej ona — bo o Czeżewską mi nie chodzi, choćby z kretesem przepadła?
— Być może, iż majorowa ta, która z niemi była, zaciągnęła je do siebie na kolację, — rzekł, usiłując go uspokoić, Grabski — ale mogły i te panie, przy których siedziały, bom widział koło Sylwji hrabiankę Anetę Tyszkiewiczównę, — zabrać z sobą Pod blachę.
— Tegoby mi tylko jeszcze brakło!! tego! nadomiar nieszczęścia mojego! — zawołał, ręce ku niebu podnosząc, szambelan.
Narzekań biednego ojca powtarzać nie będziemy, bił się w piersi i obwiniał. Grabski przez litość starał mu się to w mniej przykrem świetle przedstawić.
Przesiedzieli tak prawie do północy.
Nareszcie usłyszano turkot powozu, który się u drzwi zatrzymał, i nieszczęśliwy ojciec wybiegł na córki spotkanie. Grabski pozostał umyślnie, czując, że w pierwszej chwili byłby tam zbytecznym.
Sylwja, jak anioł piękna, jak ptaszek wesoła, rzuciła się ojcu na szyję.
— Tatku kochanv! — zawołała — nie uwierzysz, jaka ja jestem szczęśliwa! wszystko to winna jestem tobie, mój drogi, mój najlepszy ojcze!
Szambelan, który nagotował się był ciskać pioruny, rozbrojony, osłupiały — stał niemy.
— Ale cóż się z wami stało? — zaczął, przychodząc do siebie i głos odzyskawszy. — Gdzieżeście mogły być beze mnie? bez wiadomości mojej? Ja tu ze strachu umierałem.
— Byłyśmy Pod blachą! kochany tatku! — szczebiotała Sylwja.
— Pani hetmanowa z panną Anetą zabrały nas. Szukałyśmy ciebie wszędzie, czekały, posyłały, nigdzie tatka znaleźć nie było podobna... A! co za wieczór rajski! jakie towarzystwo! co za ludzie! Jakie śliczne i miłe panie. Co za dystyngowani ci francuscy panowie.
Czeżewska, która stała, czekając, żeby się odezwać, pośpieszyła, dodając z emfazą, jakby była twórczynią tego triumfu.
— A! córka pana szambelana zrobiła tam, prosto mówiąc, konkietę całego świata! wszyscy nią zachwyceni, uniesieni, w admiracjach! Jutro jesteśmy proszone na obiad en petit comité do pani hetmanowej Na górę.
Fakt był spełniony! po tem, co się stało, cóż już mógł mówić szambelan? Spuścił głowę, potrząsł nią, zmilczał, nie pisnął ani słowa, przyjął życzenie dobrej nocy od córki i powrócił do Grabskiego oniemiały.
Popatrzał mu w oczy długo, potrząsając głową — uściskał go i rozpłakał się. Burgund wylewał się łzami.
— Ale powiedzże ty mi, — odezwał się żałośliwym głosem, upadłszy na krzesło — powiedz mi tak sumiennie, rzetelnie, uczciwie, co ja tu winien? Skład okoliczności! nieprzeparty fatalismus! Żebym się był nawet nie zagadał z tymi szaławiłami — to co? Mógłżebym się ja oprzeć pani hetmanowej? — Nigdy w świecie! Nie było na to rady! powiadam ci — fatalizm! przeznaczenie!!
Grabski nie chcąc go drażnić wymówkami, już teraz próżnemi, zabierał się do wyjścia milczący.
— Ja tam na ten obiad do pani hetmanowej nie pójdę — dodał zadumany Burzymowski. — Przyjdź ty do mnie, zjemy razem i pogadamy! Zlituj się. — Ja głowę tracę z tą dziewczyną — a ona powiadam ci, jakby ją kto na sto koni wsadził, taka szczęśliwa! I tak się ten niefortunny dzień zakończył.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.