Po uczcie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Żuławski
Tytuł Po uczcie
Pochodzenie Kuszenie Szatana
Data wydania 1914
Wydawnictwo Tow. Akc. S. Orgelbranda S-ów, E. Wende i Spółka
Druk Zakł. graf. Tow. Akc. S. Orgelbranda S-ów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
PO UCZCIE
1900



Hałas odsuwanych stołków, brzęk talerzy i kieliszków, gwar rozmów, wybuchy śmiechu...
Pan radca, ósmy z kolei mówca, zakończył i wszyscy z kieliszkami w dłoniach podchodzili ku jubilatowi, trącali się z nim, ściskali go za ręce, niektórzy całowali go w ramiona lub wąsy, inni powtarzali ostatnie słowa mówcy: „Zdrowie życia, tego pięknego, pełnego, bujnego, nieokiełznanego życia, którego tyś nam jest rzecznikiem i przedstawicielem, — zdrowie życia w twoje ręce i na twą cześć!...“
A on stał pochylony, nieco zakłopotany, ale zadowolony, niemal szczęśliwy i drżącą ręką ściskał wyciągające się ku niemu dłonie, uśmiechem odpowiadał na uśmiechy, z rozrzewnieniem całował się z dawnymi przyjaciółmi... Ale w całej postaci jego, chudej i wysokiej, w ruchach, w ściągłej, siwiejącym zarostem okolonej twarzy, w dużych, przygasłych oczach, pod wysokiem, łysiną aż do tyłu czaszki przedłużonem czołem — znać było znużenie obezwładniające a przemocą tylko powściągane. Uczta, wydana na jego cześć w pierwszorzędnym hotelu przez grono przyjaciół i wielbicieli, trwała już wzwyż czterech godzin i przez ten czas musiał wysłuchać ośmiu mów, na niektóre odpowiedzieć, musiał zjeść mnóstwo równie drogich jak niestrawnych potraw, wypić kilkanaście kieliszków różnych win, a nadewszystko musiał być ożywiony, przyjemny, wdzięczny, w miarę skromny i w miarę dumny... Wszyscy na niego patrzyli, nim się zajmowali, o nim mówili. Wszystko to razem nużyło go nad wszelki wyraz i teraz, gdy wybuch gwaru, zakończeniem ostatniej mowy spowodowany, uciszył się trochę, a w sali potworzyły się grupki rozmawiających i palących cygara, on, usunąwszy się w kąt olbrzymim oleandrem zacieniony, myślał już tylko o powrocie do domu... Podniecenie, sztucznie zapałem, wiwatami i winem wywołane, ustąpiło już. Patrzył obojętnym, prawie niechętnym wzrokiem na otaczających go ludzi, co go przez cztery godziny nudzili, a teraz zastępowali mu drogę ku drzwiom, o których z utęsknieniem myślał. Czekał tylko sposobności, aby się wymknąć.
Wreszcie udało mu się. Skorzystał z chwili, gdy redaktor poważnego miejscowego dziennika wyłuszczaniem swych śmiałych poglądów na ostatnie wypadki we Włoszech zwrócił na siebie powszechną uwagę, i wymknął się po cichu, nie żegnając się z nikim. W garderobie chwycił płaszcz z rąk zadziwionego tak wczesnem odejściem lokaja, który go znał, (ktoż go nie znał w całem mieście! wszakże był sławny...) i zbiegł szybko po schodach. Owiało go rzeźwe, ostre powietrze pogodnej nocy jesiennej. Przystanął, — i w tej chwili, jakby z obawą, aby ucieczki jego tam na górze nie spostrzeżono, postąpił szybko parę kroków i skinąwszy na najbliższą dorożkę, których cały szereg czekał na ucztujących, skoczył na siedzenie, podając adres swego mieszkania.
Dorożkarz zawahał się.
— Wielmożny panie, — rzekł, uchylając czapki, — tam na wielmożnego pana czeka zamówiona kareta, która miała odwieść...
— Jedź! — zawołał...
Gospodyni widocznie nie spodziewała się go jeszcze, gdyż ze zdziwieniem spojrzała na niego, otwierając drzwi korytarza.
— A! pan już?...
— Już.
— No, no! Może herbaty z cytryną? Przygotowałam samowar. Zaraz będzie...
— Dajcie mi herbaty z cytryną... Nie... zresztą nie trzeba.
Mówiąc to, zdjął już płaszcz i wchodził do swego gabinetu. Gospodyni wsunęła się za nim, aby pozapalać świece, — odprawił ją jednak niecierpliwym ruchem ręki.
Przez niezasłonięte okno wpadało do pokoju światło zachodzącego księżyca; jasną smugą przerzynało biurko, zastawione bogatemi brązowemi przyborami do pisania i biegło wzdłuż ściany, po półkach pełnych książek w pięknej oprawie, aż do portretu jakiegoś, co wisiał nad półkami i teraz, oświetlony do połowy, z dziwnym grymasem wyglądał z ciężkich złoconych ram. Atmosfera była duszna i ciężka. W piecu ogień niedawno snadź się wypalił; biło jeszcze od niego gorąco. Jubilat zrzucił frak, rozpiął krawat i koszulę pod szyją i nie zapalając światła, począł się przechadzać po pokoju. Znużenie, które go obezwładniało, ustąpiło po przejażdżce w otwartej dorożce na świeżem powietrzu, nawał chaotycznych myśli zato cisnął mu się do głowy.
Wracał do domu w dziwnem rozdrażnieniu, ale teraz na widok znajomych ścian i sprzętów, pod wrażeniem ciepła i swojskiej atmosfery, przepełnionej wonią kwiatów, których mu dzisiaj obficie ze wszech stron naznoszono, i zapachem, jaki stare książki i meble skórą obite wydają, rozdrażnienie znikło bez śladu, ustępując miejsca owemu błogiemu uczuciu zadowolenia, które się łączy z lekkiem i miłem podnieceniem. Myśli, tłumnie cisnące mu się do głowy, utrwalały ten nastrój.
Chodził tak po pokoju, przecinając co chwila wysoką, czarną sylwetką pas księżycowego światła i uśmiechał się do swych myśli. Dwadzieścia pięć lat pracy! dwadzieścia pięć lat literackiej działalności, której owocem kilka dzieł treści naukowej, tomy poezji, powieści... Przystanął i spojrzał na półki, gdzie widniały kolorowe, skórzane grzbiety jego dzieł, rzędem poustawianych obok siebie. Księżyc doszedł właśnie do nich i sunął mdłe światło po złoconych napisach... Portret u góry prawie cały tonął już w mroku, kawałek ust tylko zeń się jeszcze szyderczo uśmiechał...
Literat usiadł w wygodnem krześle przed biurkiem i przesunął zwolna dłonią po łysiejącej głowie. Stanowczo, to jeden z najpiękniejszych dni jego życia. Jest zadowolony, jak rzadko. Nie pojmuje nawet w tej chwili, dlaczego tak wcześnie wyszedł stamtąd, od tych ludzi, którzy w imieniu całego narodu składali mu zasłużony hołd w dwudziestąpiątą rocznicę... Pracował ciężko, pracował z zaparciem się siebie nieraz, ale nie może się skarżyć na niewdzięczność ani obojętność społeczeństwa... Tyle miał dowodów sympatji, uznania, czci...
Lekkie rozrzewnienie przeszło mu miłym dreszczykiem przez kości. Uśmiechnął się tedy z zadowoleniem i począł znowu myśleć o dniu ubiegłym... Dziwna rzecz, że te mowy tak go nużyły. Teraz z przyjemnością o nich myśli. Poczciwi ludzie! — prostemi, nieraz naiwnemi słowy wyrażali mu swą miłość i uznanie — jak umieli.
Przebiegał myślą postacie swych przyjaciół, przypominał sobie toasty, mowy, wyszukiwał w nich miłe dla siebie zwroty i wyrażenia...
A ten radca, — ten zacny radca, towarzysz z ławy szkolnej... Mówił o życiu... O bujnem, pełnem życiu, które on...
W tej chwili drgnął i gwałtownym ruchem ścisnął skronie obiema rękami. Zdawało mu się, że się zbudził ze snu. Mowa, której szczegóły dopiero co z przyjemnością sobie przypominał, wydała mu się nagle strasznem, potwornem szyderstwem.
Wyprostował się na fotelu i rozwarł szeroko oczy... Jak on to mówił?... Życie, bujne życie, za którem tęsknimy...
O, tak! tęsknimy, tęsknimy...
Czuł, że budzi się w nim coś, co już dawno przezwyciężył, pokonał, zapomniał. Chciał odpędzić tę myśl; ale ona powracała ciągle wbrew jego woli...
Tęsknimy, tęsknimy, tęsknimy za życiem, — szumiało mu w głowie obłędnie, wciąż w koło... W piersiach uczuł bolesny a rozkoszny równocześnie ucisk, jakieś straszne, namiętne pragnienie oddechu, którego doznawał niegdyś, niegdyś, przed laty, gdy wicher pędził nad nim i szumiał i drzewa łamał i pożarem myśli i żądz w młodych włosach mu się palił, a on się nie mógł z nim zerwać i lecieć i pędzić i roztrącać po drodze...
Bujne, piękne życie — mówił pulchny, tak głupio zadowolony ze siebie radca we fraku, — bujne, piękne...
— Czy ja... żyłem? — wyrzekł głośno.
I uczuł, jak w odpowiedzi na to pytanie gorący rumieniec wstydu rozlał mu się po twarzy, zmarszczkami pokrytej... Uczucie bezmiernego, fizycznego niemal wstrętu wypełniło całą jego istotę. Wstrząsnął się z odrazą.
— Wstręt i ohyda, ohyda wszędzie, wszystko... Dwadzieścia pięć lat pracy, to uznanie, ta uczta dzisiejsza i mowy... A nadewszystko to moje życie...
Zerwał się szybko i począł znów chodzić po ciemnym pokoju.
— Głupstwo, — szeptał, — głupstwo, — i próbował się uśmiechnąć z pobłażliwem lekceważeniem dla tych uczuć, które, spóźnione, przyszły doń znowu teraz, — „przyszły bez powodu“ myślał. Ale uśmiechał się nieszczerze i wiedział, że zmusza się w myślach do kłamstwa. Bo to nie było głupstwo; to była burza przemocą przytłumionych a niezaspokojonych żądz, porywów, namiętności, pragnień, które niegdyś jak tabun stepowy w piersi mu tętniły, wołając orkanowym głosem: Do życia! do życia.
Przeląkł się tego.
— Stary już jestem, — mówił do siebie, — stary... nie czas na podobne, głupie, dziecinne... Zresztą — żyłem, żyłem tak, jak chciałem, bom pracował, bo... a wszystko inne, to głupstwo, śmieszne marzenie...
Spojrzał na półkę, gdzie stały pięknie oprawne tomy jego dzieł.
— To moje życie i jestem zeń dumny, jestem zadowolony...
I znowu czuł, że kłamie przed sobą. Bo w istocie te książki mądre i piękne, z których jedne podziwiano w świecie, drugiemi się zachwycano, — ta praca cała, to uznanie, sława, spokój, dobrobyt — to wszystko było mu niczem, wobec pragnienia tego czegoś nieokreślonego, nieznanego a przeczuwanego tylko, do czego się modlił, gdy był młody, o czem myślał z żalem, gdy się postarzał, co się w snach jego ognistemi zgłoskami na błękicie niebios pisało i czytało: Życie!
— Za wiele wina widocznie wypiłem dzisiaj — szepnął i podszedł ku oknu. Stał tak, oparty o framugę i czuł, że musi doprowadzić myśli do porządku.
— Bądźmy logiczni, — myślał. — Większa część pragnień naszych jest śmieszna, bo nie wiemy, czego pragniemy. Przedmiot należy ściśle określić... W młodym wieku są czasem pragnienia nieokreślne, pochodzące z nadmiaru sił... fizycznych, tak jest! fizycznych przedewszystkiem, — ale ja mam już lat pięćdziesiąt parę i śmiesznym być nie chcę...
Snuł te myśli na przekór całej swej wewnętrznej istocie. Wiedział, że zmusza się do sofisterji, ale usiłował wmówić w siebie, że tak nie jest...
— A zatem, cóż to jest życie?...
Spojrzał znowu na półki. Tam leżała gruba książka, która mu niegdyś wyrobiła sławę i podbiła wszystkich młodych... Książka o życiu. Tam już zadał sobie to pytanie, rozklasyfikował je, rozwiązał, wyczerpał wszystkie odpowiedzi. Tak mu się przynajmniej zdawało... Chociaż właściwie... nie! — to nie jemu, to się tak zdawało tym, co książkę czytali... On czuł zawsze i w głębi duszy przyznawał się do tego, że nie wie, co to jest owo życie, ów tajemniczy bóg, którego obecność czuł wszędzie, ponad sobą, około siebie, tylko nie w sobie...
Gwałtownym wysiłkiem woli przerwał pasmo snujących się myśli. Za wszelką cenę pragnął się uwolnić od myśli o życiu, tej dręczącej zmory, która mu się aż nadto śmieszną wydawała.
— Czyby się nie położyć spać? — błysło mu w głowie, ale w tej samej chwili uczuł, że toby było jeszcze gorzej. Będzie leżał, — bo wie, że nie zaśnie, — i będzie myślał w dalszym ciągu o tej dziwnej rzeczy, której nazwać nawet nie umiał.
— Życie... cóż mówi ten wyraz? — myślał znowu pomimowoli, — życie... przemiana nieorganicznej materji w organiczną, zawiązywanie pewnych syntez... Ach! jakże to wszystko głupie i płytkie! — A jednak jest poza tem głąb jakaś! w tem pojęciu tkwi coś nieuchwytnego, co jest jego treścią istotną...
Wstrząsnął się, podszedł do biurka i zapalił świece.
— To do niczego nie prowadzi, — myślał, rzucając się w fotel, — męczy mnie tylko. Trzeba się otrząsnąć, zająć czemś...
Wyciągnął rękę i wziął książkę, która otwarta leżała na biurku. Była to ewangelja silnych, książka dla wszystkich i nikogo. Przeglądał ją właśnie wczoraj i pozostawił tak otwartą. Pisał artykuł dla jednego z czasopism naukowych o jej autorze, w którym tonem nieskończonej wyższości dowodził, że jest on jednym z tych chorobliwych szaleńców, co własnych sił nie rozumieją, a przeto nie wiedzą, czego chcą... Wczoraj nie zdawał sobie sprawy z tego, że to on sam słów książki nie rozumie, a raczej rozumieć nie chce, broni się nieświadomie ze wszystkich sił przeciw ich zrozumieniu, gdyż to by go wytrąciło z utartej kolei, w którą z takim trudem błędne i gorące niegdyś myśli swe wcisnął...
Teraz trzymał książkę w ręku i patrzył uporczywie na otwartą stronicę... Ale myśl jego była gdzieindziej i długo nie mógł liter połączyć w wyrazy, wyrazów w zdania... Nareszcie powoli, powoli, gdzieś głęboko w duszy zaczęły mu dźwięczeć słowa, z kart książki oderwane, rytmiczne, świecące, tańczące, żywe...
„Niedawno w oczy patrzyłem twe, o Życie!; złoto błyszczało w twych źrenic nocy, — ucichło serce we mnie z rozkoszy:
— złociste czółno widziałem błyszczące na mrocznych wodach, niknące, tonące, znowu wstające, złociste czółno rozkołysane...“
A oto on klęczy na wybrzeżu, wązkiem jak ostrze noża, zasypanem żwirem czarnym, twardym, wżerającym się w nagie kolana... Serce w nim nie ucichło z rozkoszy, lecz krzyczy z bólu straszliwego i tęsknoty i wyciąga ręce, wyciąga z tak strasznym wysiłkiem, że zda się, iż jeszcze jeden okrzyk, jeden ruch jeszcze, a oderwą się od ramion i pójdą, wewnętrzną jakąś mocą uniesione, nad to morze, ku temu czółnu, co świeci i błyska coraz już dalej...
Kolana mu wrosły w piasek i powoli kamienieją, czuje, jak zamienia się cały w bryłę ołowiu, krzyku już z piersi wydobyć nie może, tylko ręce wyciągnięte drżą i rwą się od ciała nad to ruchliwe morze, tam ku tej gwieździe.
A morze faluje, ciągle faluje, cicho bez łoskotu, z pośpiechem coraz większym. To już nie wiatr je trąca, to już ono samo, jak żywa istota, wydyma się i gnie i rusza i wije około tego złocistego czółna w oddali...
I w cichem dotychczas falowaniu morza słychać pomruk głęboki, dreszczem przejmujący, jakby skały na dnie mówiły:
„Oto złociste czółno przed tobą, oto w bezkresy życie odpływa“...
Wstrząsnął się gwałtownie i oprzytomniał...
Świece na biurku chwiały płomieniem i topiły się coraz więcej; długie, niewyraźne cienie przesuwały się szybko falistymi ruchami po miękkim dywanie, po ścianach, półkach z książkami i oszklonych szafach. Nogi mu ścierpły, na krzyż założone.
Musi być już późno, pomyślał i uniósł się nieco, aby spojrzeć na zegar, ale w tej chwili osunął się znowu na fotel. Co zależy na godzinie? Wszak tyle ich już zmarnował i bezpowrotnie.
Patrzył przed siebie, na ulubione sprzęty, które go otaczały, na rzadkie i drogie dzieła sztuki, na książki, które latami całemi z zapałem i miłością gromadził — i wszystko wydawało mu się niezmiernie obcem, błahem i wstrętnem... Skąd on się tu wziął i po co tu siedzi? — a nadewszystko: czy to możliwe, że on tu spędził połowę życia, tu w tym pokoju, zajęty pracą — ach! jak mizerną, marną, nic nie znaczącą pracą! Po co? dla kogo? dla czego? — Pracował dla ludzi, dla świata, aby pouczać, podnosić, zachwycać...? Wszakże on sam wie najlepiej, że to kłamstwo, bezczelne, ohydne kłamstwo, które tak długo sobie powtarzał, że gotówby wnet w nie uwierzyć. W istocie ci ludzie, ten cały świat, co to jest? To go nic nie obchodzi, to nie obchodziło go nigdy! Jedyną rzeczą, wartość dlań mającą, to on sam, życie! — I rwał się, targał, oh! jak się targał, aż wreszcie przekonał się, że jest za słaby, aby żyć dla siebie, to jest żyć jednem słowem, i wtedy począł żyć dla innych, dla świata, dla ludzi, to jest pracować... A! jakże to wszystko marne! jakże on sam jest marny...
Przymknął oczy i zdawało mu się znowu, że morze ze złocistem czółnem na grzbiecie faluje przed nim i on głos znowu słyszy:
— Odpływa złota łódź rozkołysana, odpływa po falach czarnego morza w kraje, których nigdy nie ujrzysz:
tam, gdzie po stepach, spalonych słońcem, tabuny dzikich rumaków grzmią kopytami i tratują stare mogiły;
tam, gdzie po pustyniach chodzi wicher gorący i w rozżarzonych piaskach z chychotem się tarza;
tam, gdzie się góry wzbijają w niebo i głośnym rykiem śmiechu odpowiadają na gniew piorunów;
tam, gdzie są w borach stuletnie dęby i świerki dumne pod całunem śniegu;
tam, kędy palmy wieją, jak ptaki, zielonemi skrzydły, a w cieniu ich przeciągają się leniwe, do wężów podobne ciała odalisek;
tam, gdzie wulkany słupami ognia mówią do błękitów i ziemi, która drży pod brzemieniem ich słów płomiennych;
tam, gdzie jest Życie! — —
Tak, tam jest życie! — a tu?...
Wstał i zatoczył się jak pijany. Straszne, dławiące przerażenie ścisnęło go za pierś;
Tu — śmierć. Powolne umieranie bez celu, bez walki, nawet bez bólu.
Zdawało mu się, że chciałby krzyczeć na lata swe ubiegłe, na zmarnowane siły, na nie rozumne porywy i szały, z których śmiał się wczoraj, na młodzieńcze marzenia bezowocne, których wczoraj się wstydził, na przeszłość całą, aby wracała, aby...
Krzyk uwiązgł mu w gardle: wszak to napróżno!
Z wyrazem najwyższego zwątpienia opadł na fotel. Życie życie! brzmiało mu w uszach.
I jeszcze raz, z całą okropną, bezlitosną przytomnością, ogarniając jednym rzutem myśli wszystkie swe lata ubiegłe, płodne i dobrej pracy poświęcone w przekonaniu innych, a tak strasznie zmarnowane w jego własnem przekonaniu, — z całą świadomością i szczerością zapytał:
— Czy ja żyłem?...
Gdzie to wulkaniczne wyładowanie sił, które z posad ziemię rusza, lub przynajmniej wierzyć każe, iż ją poruszy?
Gdzie ta pierwotna potęga uczucia, przez którą w jednej chwili całą wieczność rozkoszy lub bólu się przeżywa?
Gdzie jest ta wiara, która dozwala się chełpić z błędów nawet i upadków?
Gdzie wzloty, gdzie upadki, gdzie życie?
Rozbił je, rozdrobnił na tysiące chwil, godzin, małych rozkoszy, codziennych bólów, dzieł przemijających, czynów niepłodnych; rozbił, zniweczył siebie samego, a w zamian zyskał — uznanie.
A prawda! i jeszcze jedno: równowagę!
Za cenę życia...
Schylił głowę jeszcze niżej i z ponurą uporczywością, jak człowiek, który strwoniwszy przez nieopatrzną lekkomyślność cały majątek, jeszcze raz przegląda wszystkie skrytki i kieszenie, czy mu gdzie grosz nie pozostał, zaczął przebiegać myślą dzień po dniu, rok po roku, całe swoje życie. Szukał w niem godzin, w których czuł święty dreszcz namiętności i siły, o którychby dziś mógł powiedzieć, że nie były stracone. Całe lata pracy, z których dotychczas był dumny, dnie cichego zadowolenia, o których dotychczas myślał ze słodyczą, wyrzucał z pamięci, jako rzeczy błahe i marne. Zato drobne wypadki, do których nikt nie przywiązuje wagi, zapomniane porywy młodzieńcze, szaleństwa, chwile obłędu i chwile bólu wielkiego, upadki i namiętności, których świat się wstydzi, stawały mu żywo przed oczyma i rozkoszował się teraz wspomnieniem tych chwil, pieścił się niemi, bo niegdyś czuł w nich, że żyje.
Przypomniał sobie dziecinne lata, pełne tajemniczych przeczuć i marzeń dumniejszych, niż marzenia najdumniejszego zdobywcy świata u szczytu potęgi i ciągłą, uporczywą walkę otoczenia z tą bujną naturą dziecka...
I pierwsze, bujne wybuchy chłopięce, które rozsadzały jeszcze te więzy, jakie mu na ręce i duszę nakładano, — wybryki, przez wszystkich karcone, których nawet on sam wówczas wstydzić się usiłował, poczynając już wierzyć, że inni mają słuszność, nie on, nie on...
A potem?... Jeszcze marzeń kilka młodzieńczych, kilka szałów nieszkodliwych i niewielkich — i życie jego poczęło płynąć równem, spokojnem korytem. A jeśli czasem jeszcze coś tam w głębi duszy jego zadrgało, to sam tłumił z pośpiechem i lękiem niepotrzebne i niebezpieczne iskry... Zaczęła się dla niego ta uporczywa i gnuśna walka — nie z życiem, lecz z żądzą życia. Później już i walki nie było. Stał się statecznym człowiekiem i zdolnym literatem. Powodzenie mu się uśmiechało. Nie miał nieszczęść ani obłędnych radości, — wszystko szło zwykłym, utartym trybem. Mała miłość i małżeństwo szczęśliwe, kilka podróży, tak zwana sława...
Ach! i jeszcze jedno! Tak, to była rzecz straszna... Śmierć żony... Przywiązał się do niej, zżył się z nią i nagle ten grom! To była ostatnia chwila, kiedy czuł, że żyje, czuł przez ból i rozpacz, która nim targała...
Potem już nic...
I to ma być wszystko? To jest cała treść życia? Te kilka marnych okruchów namiętności, szału lub bólu? Ludzie mu zazdroszczą, cha, cha! ludzie mu zazdroszczą spokojnego, szczęśliwego a urozmaiconego życia! Cha, cha, cha!
Śmiał się bolesnym, spazmatycznym śmiechem.
O! jakże on zazdrości wszystkim szaleńcom, zmarnowanym, nieszczęśliwym, nad którymi świat się lituje. Jakże zazdrości wszystkim, co żyją:
którzy są niewolnikami wielkich pragnień i namiętności i czują w piersiach huczący orkan życia;
którzy wierzą w rzeczy nieistniejące i niewykonalne i idą dumni na stos za tę swoją wiarę;
którzy podpierają barkami góry, aby je dźwignąć i giną pod gruzami skał;
którzy zmiażdżeni kołem losu podnoszą pięść bluźnierczą ku niebu;
którzy cierpią, szaleją, buntują się, walczą!
O! cóżby on dał za jednę godzinę, jednę chwilę wielkiej wiary, wielkiej miłości, wielkiego zwycięstwa, bodaj wielkiego bólu lub pogromu! Ale on całe życie pracował — nieświadomie — nad tem, aby chwil takich nie mieć — i jest za to szczęśliwy.
Cha! cha! cha! Szczęście! najohydniejsze, najstarsze kłamstwo ludzkości! Majak i fałszywe bóstwo, do którego się modlą ci, co są za słabi, aby się modlić — życiu!
Straszny bunt wstrząsnęł najtajniejszą głębią jego duszy: jakiem prawem wyplenił ze siebie wszystko, co w nim było siłą i mocą, jakiem prawem zapomniał o sobie, aby żyć dla innych i tak nikczemnie się zmarnił! Gdyby spłonąć w jakiemś poświęceniu wielkiem i doznać rozkoszy ofiary, — ale nie tak marnie, tak marnie...
Wyciągnął ręce i głosem, w którym brzmiało szaleństwo, począł wołać:
— O, życie! bóstwo silnych! dlaczego odchodzisz ode mnie! —
I ogromne pragnienie, bezmierna tęsknota za tem czemś nieznanem, co jest większe niż szczęście, potężniejsze niż Bóg, świętsze niż wszystkie świętości świata, rozpierała mu piersi, targane wewnętrznem łkaniem.
I zdało mu się, że widzi tajemniczy, olbrzymi orszak Życia. Tysiące szaleńców, półnagich, ochrypłych od krzyku, zlanych potem wysiłku, biczem losu smaganych, ale z płomieniem w oczach, burzą w piersi, wiarą w sercu ciągną rydwan potworny po ziemi, setkami tysięcy ciał zasłanej. Koła rydwanu ciężkie, ostrymi guzami najeżone, całe we krwi, grzęzną w tem żywem mrowisku. Obracają się zwolna, ale z nieubłaganą, fatalną siłą i miażdżą ludzi, którzy się dobrowolnie pod nie rzucili, i ludzi, których przemocą tu przywleczono... Z szaleńczemi okrzykami ciągnących miesza się potworny chór jęków, przekleństw, modlitw... Trzeszczą kości łamane, chlupią kałuże krwi, a nad tem ciągły, nieustanny okrzyk szaleńców: Evoë vita!
I pędzą, idą na oślep, przez góry, lasy i doliny. Czasem który się potknie i krzyk mu w gardle zamrze i nim się podniesie, już koła rydwanu przechodzą po nim i miażdżą i idą dalej...
A na rydwanie — Życie, sfinks tajemniczy, nieubłagany, bóstwo z zasłoniętą twarzą... Tysiące rąk się wznosi ku niemu, tysiące modlitw, przekleństw i krzyków, cała burza, huragan cały zmieszanych, bezładnych, rozpaczliwych i tryumfalnych głosów; ale sfinks milczy niewzruszony. Tylko przez zasłonę błyszczą oczy... oczy...
A tam za nim na rydwanie kilku z biczami w ręku, kilku śmiejących się, tryumfalnych bogów ziemi! Różami uwieńczyli skronie, błyskawice pozapalali nad swemi czołami! Dumnem okiem patrzą w przyszłość, dokąd ich rydwan wiezie... W kraj dzieci swoich...
A czasem śmigają biczami i wtedy Życie, sfinks, bóstwo nieubłagane u stóp im się łasi... i skomli... Oni odgadli jego zagadkę...
Wstrząsnął się cały wobec tej wizji.
O! być jednym z tych panów życia, przez dzień, godzinę, chwilę! Być jednym z tych szaleńców, co rydwan jego ciągną! — bodaj jednym z tych, co giną tam pod kołami, zgnieceni brutalnie!
O, jedno mgnienie oka wielkiej mocy, wielkiego szału, lub bólu ogromnego!
Ale dla niego nic... nic... On jest słaby... Życie nim pogardziło! Nie miał siły wedrzeć się na jego rydwan, a ono przeszło mimo niego z olbrzymim, straszliwym tryumfem, w całej promiennej grozie, nie obejrzawszy się nań nawet. Nie wprzęgło go do swego rydwana, nie zmiażdżyło nawet kołami, przeszło tylko i minęło go pogardliwie.
Upadł twarzą na biurko i siwa, błogosławieństwem i sławą otoczona głowa trzęsła mu się w okropnym, ohydnym, beznadziejnym płaczu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Żuławski.